Z Aleksandrą Polewską, autorką książki „Piątek, który zmienił wszystko. Męka Pańska w świetle zdumiewających odkryć i niezwykłych wizji mistycznych” rozmawia specjalnie dla portalu wPolityce.pl Karolina Wichowska.

 

Karolina Wichowska: Badanie tematyki Męki Pańskiej budzi ciekawość i emocje. Pani jednak, choć przyjęła zamówienie wydawnictwa, początkowo brała się do pracy niechętnie. Dlaczego?

Aleksandra Polewska: Chociaż wielokrotnie zajmowałam się archeologią biblijną, to propozycja skonfrontowania ustaleń naukowców z objawieniami ani trochę nie skojarzyła mi się z tą dziedziną. Czym innym jest opisywanie, jak cesarzowa Helena poszukiwała krzyża 300 lat po zmartwychwstaniu Chrystusa, w momencie, kiedy wiemy, że wszystko się dobrze skończyło, a czym innym – próba rekonstrukcji samych wydarzeń z Wielkiego Piątku. Nie lubię żadnej tematyki związanej z cierpieniem, nawet „Pasję” Mela Gibsona trudno mi się oglądało. Kiedy piszesz o Męce, musisz zanurzyć się w ból, w dramat, w strach. Nie ma w tym nic przyjemnego. A w Wielki Piątek nikt nie spodziewał się, że Jezus zmartwychwstanie.

 

Nikt poza nim samym...

... ale jednak się bał, to zrozumiałe – w końcu był człowiekiem. A o stresie, jaki przeżywał, świadczy chociażby krwawy pot. Długo myślałam, że to określenie występujące w Ewangelii św. Łukasza jest jakąś przenośnią literacką, a w ostateczności nadprzyrodzonym zjawiskiem, niewystępującym normalnie. Tymczasem okazuje się, że takie zaburzenie, chociaż bardzo rzadkie, jednak zdarza się u ludzi i jest opisane w literaturze medycznej jako hematidrosis.

 

Na czym to polega?

Na gwałtownym rozszerzeniu się podskórnych naczyń włosowatych, które pękają pod gruczołami potowymi. Krew miesza się z potem i wydziela się porami na zewnątrz. Przyczyną tego zaburzenia jest ekstremalny stres, ale nie występuje ono u wszystkich ludzi (nie wiadomo też, od czego zależy podatność organizmu na to zjawisko). Leonardo da Vinci opisywał takie przypadki u żołnierzy przed bitwą, kiedy wiedzieli, że zginą. Amerykański lekarz Frederick Zugibe, specjalista od hematidrosis, twierdzi, że jest to częste u ludzi skazanych na śmierć albo takich, którzy wiedzą, że umrą, bo np. chorują na nowotwór. A zatem chodzi tu o stres wywołany strachem przed własną śmiercią, a nie jakąkolwiek inną tragiczną wiadomością, np. o śmierci kogoś bliskiego albo o tym, że mieszkanie się spaliło.

 

Zestawia pani odkrycia naukowców z wizjami niemieckiej mistyczki, bł. Katarzyny Emmerich. Część jej – sugestywnych, to prawda – opisów zgadza się z ustaleniami naukowców, ale wiele jest sprzecznych. Chociażby szczegółowa relacja, kto i jak obmywał Jezusa przed pogrzebem. A przecież z badań płócien pogrzebowych wynika, że żadnego obmycia nie było.

Zdaję sobie sprawę, że takie rozbieżności mogą się pojawić. Stanowisko Kościoła w odniesieniu do wizji Emmerich sprowadza się do tego, że nie są one sprzeczne z istotą Ewangelii, natomiast nie stwierdzono, że są one stuprocentowo zgodne z faktami. Wizje bł. Katarzyny są bardzo plastyczne, mogą być uzupełnieniem opisów ewangelicznych. Brak obmycia ciała Jezusa przed pochówkiem jest wysoce prawdopodobny. Żydzi wierzyli bowiem, że we krwi człowieka kryje się jego dusza i obchodzili się z nią nadzwyczaj ostrożnie. W dodatku nie było czasu – przecież z pogrzebem trzeba było zdążyć przed zachodem słońca, czyli początkiem szabatu.

Nie zgadzają się też fakty dotyczące tabliczki z treścią wyroku zawieszonej na krzyżu. Ale są w tej wizji również elementy, które odpowiadają wynikom badań – choćby to, że Jezus nie dostał nic do picia przez kilkanaście godzin – od aresztowania aż do śmierci. Świadczy o tym barwa krwi na całunie i tunice z Argenteuil (czyli tej szacie bez szwów, którą miał Jezus na sobie, gdy niósł krzyż) – krew nie zbrązowiała, ale wciąż jest czerwona. Okazało się, że zawiera bilirubinę, czyli wydzielinę wątroby, która przedostaje się do czerwonych krwinek, kiedy osoba torturowana nie dostaje nic do picia. To właśnie bilirubina odpowiada za zachowanie czerwonej barwy.

 

Udało się wyodrębnić DNA Chrystusa – najpierw z całunu, a potem – znacznie czytelniej – z tuniki. Żeńska część tego DNA jest ludzka, to oczywiste. A co z męską?

Też jest ludzka. Gerard Lucotté, wybitny genetyk, który wraz z nieżyjącym już specjalistą optyki Andre Marionem prowadził badania nad tuniką, obawiał się ujawnić rezultaty swojej pracy. Był przekonany, że wywołają one medialną sensację, ściągną na Kościół mnóstwo problemów, a on sam zostanie obwołany – wbrew swym intencjom – pogromcą dogmatu dotyczącego poczęcia się Chrystusa z Ducha Świętego. Dlatego w książce o tunice, napisanej razem z Marionem, w imieniu ich obu, podkreśla z całą mocą, że badania nad DNA wyodrębnionym z krwi zaschniętej na tunice w żadnej mierze nie przesądzają o tym że Chrystus nie był Bogiem i że nie począł się z Ducha Świętego. Kościół przecież uczy, że był w pełni i człowiekiem, i Bogiem.

I chociaż dzisiaj – twierdzi genetyk – nauka nie jest w stanie wyjaśnić w kontekście dogmatu o nadprzyrodzonym poczęciu Chrystusa pochodzenia męskiej części DNA z tuniki, to wcale nie jest powiedziane, że za pięć czy 50 lat to się nie uda. Na rzecz niezwykłości postaci Jezusa z Nazaretu, zdaniem naukowców, bardzo silnie przemawia fakt, że człowiek z całunu (a więc człowiek, który miał na sobie tunikę!) przeniknął przez płótno w sposób podobny do anihiliacji, czyli przemiany materii w energię. Ale podkreślam: podobny, bo precyzyjnie wciąż nie udało się ustalić, w jaki sposób to się stało – i być może nigdy nie uda się tego odkryć.

Ale skoro ktoś o takim zwykłym, zdawałoby się, DNA potrafił przeniknąć po śmierci przez materiał, to samo to świadczy o jego niezwykłości. Zresztą datowanie całunu jest świetnym przykład tego, że wyniki badań naukowych mogą okazać się zwyczajnie błędne, bo zostały oparte na błędnych przesłankach. Ostrożność jest więc jak najbardziej wskazana.

 

Kiedy rozpoczęły się badania nad całunem turyńskim, mówiono, że może to oryginał, a może średniowieczny falsyfikat. W miarę kolejnych odkryć argumenty na rzecz autentyczności płótna były coraz mocniejsze. Ale dopiero pod koniec 2011 r. ostatecznie ogłoszono, że całun pochodzi z czasów antycznych. Co przesądziło o takim stwierdzeniu?

Ponowne datowanie płótna izotopem węgla. I to – co szczególnie ciekawe – stało się w wyniku badań Raya Rogersa, termochemika ze słynnych laboratoriów w Los Alamos, zaprzysięgłego ateisty. Ten naukowiec w latach 70. przyłączył się do STURP (Shroud Of Turin Research Project, spontanicznie skrzykniętej grupy naukowców badających całun), bo całun turyński interesował go jako ciekawostka. Do Turynu leciał z nastawieniem, że na pewno zobaczy falsyfikat.

Zobaczył całun i był przekonany, że nie może być on autentykiem. Kiedy w 1988 r. badanie izotopem węgla potwierdziło jego podejrzenia, uznał sprawę za ostatecznie rozstrzygniętą. Owszem, przyznał, że średniowieczny fałszerz był genialny i to wstyd dla XX-wiecznej nauki, że nie potrafi wyjaśnić metody jaką zastosował, ale płótno pochodzi nie z antyku, tylko z wieków średnich właśnie.

Tymczasem w latach 90. amerykańska pielęgniarka Sue Benford przez przypadek usłyszała o całunie i bardzo pilnie zaczęła śledzić wszystkie dostępne publikacje i fotografie. Na jednym z takich specjalistycznych zdjęć zauważyła, że środkowa część płótna ma inny odcień niż brzegi. Dotarła do naukowców, którzy dotychczas zajmowali się całunem i zapytała, czy nie uważają, że ta różnica zabarwienia może mieć znaczenie.

Przypomniała, że całun w średniowieczu był sztukowany po pożarze i do badań mogli pobrać akurat fragment nieoryginalny. Naukowcy zaprzeczyli – przecież materiał jest w jednym kawałku, nie ma żadnych łat! Pielęgniarka zaczęła wtedy czytać o technikach naprawy tkanin w średniowieczu.

Okazało się, że wówczas wypruwano zniszczone nici, a na ich miejsce wplatano nowe. Mało tego – farbowano je na taki odcień, jaki miała oryginalna tkanina, żeby nie było widać sztukowania. Sue Benford pojechała do Raya Rogersa i powiedziała mu, że chyba się pomylił w swoich badaniach, sugerując jednocześnie ponowienie badań izotopem węgla na niciach pobranych ze środkowej części płótna.

Naukowiec, znany choleryk, wściekł się na taką bezczelność. No bo jak to: jakaś laiczka śmie podważać wyniki jego badań?! Zadzwonił do Barriego Schwortza, kolegi ze STURP, i zapytał, co ma zrobić z natrętną, bezczelną wariatką, która nie daje mu spokoju. Schwortz, człowiek dla odmiany niezwykle łagodny i spokojny, poradził koledze, żeby dla świętego spokoju powtórzył eksperyment i udowodnił amatorce, że się myli. Rogers posłuchał Schwortza. I co się okazało? Jedne nici były lniane i pochodziły z antyku, a drugie – bawełniane ze średniowiecza. Pielęgniarka miała rację.

 

Naukowiec zmienił zdanie?

Mało tego – uwierzył w Boga. Bo chociaż wcześniej uważał, że Jezus z Nazaretu był postacią historyczną, to twierdził, iż był on tylko człowiekiem. Kiedy Rogers sam obalił wyniki swoich poprzednich badań, był już chory na nowotwór. A ponieważ wcześniej we wszystkich wywiadach twierdził, że całun to falsyfikat, postanowił, że resztę życia wykorzysta na rozpowszechnianie wyników drugiego datowania całunu i wyjaśnianie przyczyn pomyłki. Publikował artykuły w prasie specjalistycznej, jak choćby w „Thermochimica Acta”, udzielał wywiadów dziennikarzom BBC czy „The Independent”. Pod koniec 2011 r. światowe media obiegła informacja, że całun jest autentykiem.

Nie ukrywam, że Ray Rogers jest moim ulubionym badaczem ze STURP. Co ważne, większość członków tej grupy to ateiści albo przynajmniej sceptycy. A jednak wyniki ich badań potwierdzają to, co czytamy w Ewangeliach. Przez to są tym bardziej wiarygodne, bo skoro nie mieli emocjonalnego stosunku do wydarzeń Wielkiego Piątku i nocy Zmartwychwstania, nie mieli też potrzeby naginania czegokolwiek.

 

A co z tych wyników okazało się dla pani najbardziej zaskakujące?

Odczytanie napisu na całunie. Okazało się, że odbił się tam certyfikat pogrzebowy Jezusa. To wyjaśnia, dlaczego uczniowie zwrócili się do Piłata o wydanie ciała. Jezus, tak jak wszyscy skazańcy pod rzymską okupacją, miał być pochowany w mogile zbiorowej. Taki sposób grzebania miał jeszcze dodatkowo upokorzyć skazańców po śmierci. Certyfikaty wystawiane – na pergaminie, tkaninie lub kawałku drewna – miały umożliwić późniejszą identyfikację zwłok, ponieważ po roku rodzina mogła urządzić pogrzeb w indywidualnym grobie. U Jezusa jest napisane to samo: dane osobowe i informacja, że ma być pochowany w zbiorowym grobie, a po roku wydany najbliższym. Najwyraźniej atrament musiał być jeszcze mokry, kiedy dotknęło go płótno całunu.

 

Tajemnice Wielkiego Piątku, które badacze próbują wyjaśnić, to nie tylko przebieg samej męki Chrystusa. To także np. ciemność, która zapanowała po śmierci Syna Bożego. Wiadomo, co było jej przyczyną?

Najprostsze skojarzenie to zaćmienie słońca. Ale ono zostało wykluczone już przez pierwszych chrześcijańskich pisarzy, m.in. przez Orygenesa. Nie może przecież być zaćmienia słońca w momencie pełni księżyca – a święto Paschy odbywa się właśnie wtedy. W zeszłym roku w maju naukowcy zupełnie przez przypadek odkryli, że faktycznie w momencie odpowiadającym ukrzyżowaniu Chrystusa w Jerozolimie i okolicy miało miejsce trzęsienie ziemi. Jeden z nich, geolog Jefferson Williams, stwierdził, że skoro potwierdza się ewangeliczna informacja o trzęsieniu ziemi, to pewnie i ta o ciemnościach musiała być prawdziwa. Jego zdaniem najprawdopodobniej doszło wtedy do burzy piaskowej. Kiedy do niej dojdzie, rzeczywiście jest bardzo ciemno. To znacznie więcej niż zwykła zawierucha. Badania na temat akurat tamtej konkretnej burzy wciąż trwają. Ale udało się ustalić datę trzęsienia ziemi, a tym samym ukrzyżowania: 3 kwietnia 33 r. Wcześniej przypuszczano, że ukrzyżowanie miało miejsce 6 kwietnia.

 

Ale już kilkanaście lat temu astronomowie doszli do wniosku, że ustalając kalendarz liczony od narodzenia Chrystusa, popełniono błąd. I że Boże Narodzenie miało miejsce trzy, cztery lata... przed Chrystusem. Stąd i ukrzyżowanie musiało się wydarzyć raczej około 30 r. niż dokładnie w 33.

Słyszałam o tym, ale teza Williamsa wydaje mi się godna uwagi. On i uczeni z jego zespołu przy pomocy źródeł historycznych, badań astronomicznych, danych geofizycznych, godzin dnia, czyli między 6 a 9 (tj. wg naszego zegara: południem a 3 po południu), to znaczy kilka godzin przed żydowskim Szabatem oraz żydowskiego święta Paschy, a które przypadało 14 dnia miesiąca nisan, ustalili, że owo trzęsienie ziemi musiało mieć miejsce właśnie 3 kwietnia 33 r. Choć wstępne ramy czasowe obejmowały dekadę między 26 a 36 r. Jako ciekawostkę dodam, że po odkryciu Williamsa pojawiły się nawet propozycje, żeby Wielkanoc przestała być świętem ruchomym, skoro znamy już konkretną datę wydarzeń.

CZYTAJ TEŻ: Poruszające przesłanie papieża Franciszka z okazji wystawienia Całunu Turyńskiego: To spojrzenie nie szuka naszych oczu, a naszego serca