NASZ WYWIAD. Prof. Zybertowicz o problemach polskich uczelni. "Większość kadry akademickiej jest zainfekowana lękiem przed politycznością"

Wystąpienie premiera na Uniwersytecie Jagiellońskim. Fot. M.Śmiarowski/KPRM
Wystąpienie premiera na Uniwersytecie Jagiellońskim. Fot. M.Śmiarowski/KPRM

Problem plagiatów na polskich uczelniach wyższych poruszył dr hab. Marek Andrzejewski, a temat opisała w najnowszym numerze tygodnika " Sieci" Maja Narbutt. O sprawę zapytaliśmy profesora Andrzeja Zybertowicza.

CZYTAJ WIĘCEJ: "Profesor nazwał studentów palantami i wybuchł skandal. W jego ślady jednak chętnie poszłoby wielu wykładowców"

 

wPolityce.pl: Jak według Pana wygląda sytuacja na polskich uczelniach pod względem kradzieży intelektualnej, potocznie nazywanej plagiatami?

Nie znam danych z mojej uczelni. W ostatnich latach słyszałem o przypadkach, gdy kadra nie miała determinacji, żeby karać plagiatorów, zazwyczaj studentów, ale nie tylko. Gdy na uczelniach było wielu studentów, a promotorzy mieli do czynienia z dużą liczbą prac magisterskich, opieka intelektualna była fikcją, co tworzyło przestrzeń dla bezkarnego plagiatowania. Tu ważny jest kontekst: na plagiaty przymyka się oko w ramach szerszej kultury przyzwoleń na bylejakość, która w podobnej mierze dotyczy studentów i znacznej części kadry.

 

Z czego wynika ten duch przyzwolenia? Przecież plagiatowanie to zwykła kradzież.

Między innymi z niechęci wchodzenia w konflikty z innymi. W Polsce w ogóle posiadamy małe umiejętności cywilizowanego reagowania w sytuacjach konfliktowych, więc wiele osób za wszelką cenę unika wchodzenia w konflikty, zwłaszcza publiczne, wiążące się z wysokimi kosztami emocjonalnymi. W dodatku plagiat to nie jest zwykła kradzież. Zwykła kradzież wiąże się z istnieniem ofiary, wobec której możemy czuć empatię. W przypadku plagiatu rzadko stawiamy się w sytuacji osoby okradzionej.

 

Panie profesorze, chciałbym popolemizować. Czy wyobraża pan sobie plagiatowanie prac przez przyszłych lekarzy? Albo inżynierów uczących się budować mosty?

Oczywiście, że sobie wyobrażam.

 

I kto wtedy jest ofiarą takich potencjalnych plagiatów?

To nie ma znaczenia. Pewnie niejasno wyraziłem swoją myśl. Wysoki poziom przyzwoleń na plagiaty ma jedno ze swoich źródeł w tym, że w odróżnieniu od sytuacji pobitej i okradzionej ofiary na ulicy, mało kto z nas wyobraża sobie siebie w sytuacji osoby okradzionej przez plagiat i ponoszącej z tego powodu jakieś straty. Kilka lat temu była głośna sprawa pewnego znanego profesora filozofii w Łodzi, specjalisty od filozofii niemieckiej, który splagiatował jednego z niemieckich profesorów. I ten niemiecki naukowiec miał powiedzieć – gdy się o tym dowiedział – że nie czuje żalu do polskiego kolegi i nawet się cieszy, że jego praca została uznana w oczach jego polskiego kolegi za tak wartościową, że ją splagiatował.

 

To takie nowatorskie podejście.

Nie, widzę to inaczej. W czasach szumu informacyjnego wszyscy, nawet wybitni myśliciele, cierpią na deficyt uznania. Więc plagiat bywa odbierany jako perwersyjna forma uznania wartości jakiegoś tekstu. Wiele tekstów, a w czasach Internetu, któż ich nie pisze, nigdy nie zostałoby zauważonych, gdyby ktoś ich nie splagiatował.

 

Czyli powinniśmy się oswajać z tym nowym, „pozytywniejszym” obrazem plagiatowania?

W żadnym wypadku. Na uczelniach powinniśmy wprowadzić bardzo surowe zasady karania za wszelkie przejawy plagiatu. Tymczasem media w ostatnich latach opisywały sytuację, np. z rektorem Akademii Medycznej we Wrocławiu, gdy został mu – z tego co pamiętam - udowodniony plagiat, to jego koledzy i senat bronili go i nie chciano go odwołać. Presja powiązań formalnych i nieformalnych bywa większa niż potrzeba przyzwoitości.

 

Co dolega światu akademickiemu?

Po słynnym demaskatorskim wykładzie pani profesor Ewy Nawrockiej z Uniwersytetu Gdańskiego napisałem w „Gazecie Polskiej” tekst pt. „Granica akademickiej śmiałości”. Pani profesor przedstawiła prawidłowy opis sytuacji degradacji uczelni, na których my – kadra, udajemy, że nauczamy, a studenci udają, że się uczą. Wzajemnie przymykamy oczy na swoją bylejakość. Diagnoza prof. Nawrockiej dociera do instytucjonalnego rdzenia funkcjonowania uczelni we współczesnej Polsce, ale zmiana tego rdzenia nie jest możliwa bez przejścia na poziom polityczny. Większość kadry akademickiej w Polsce jest zainfekowana lękiem przed politycznością. Kojarzy każdą polityczność z czymś niedobrym (choć przecież polityczność ma różne oblicza) i boi się zaangażować w poparcie tej partii, która obecnie jako jedyna ma potencjał zmiany systemu.

 

A jak pan ocenia wsparcie Ewy Wójciak ze strony akademików? To jakiś symbol obecnego stanu, prawda?

Przeglądałem listę osób, które podpisały list z poparciem. Jest tam spora grupa przedstawicieli świata akademickiego, w tym takie, których dorobek jest wartościowy. Myślę, że list to wyraz i efekt pewnej lojalności środowiskowej.

 

Te same osoby, które podpisały akt poparcia dla Wójciak, twierdząc, że próba jej odwołania, to zamach na wolność słowa, dwa tygodnie wcześniej podpisały akt sprzeciwu wobec nadużywania wolności słowa przez prof. Krystynę Pawłowicz. Te osoby z listy mają więc jakiś prywatny problem ze zdiagnozowaniem sytuacji.

Gdy Henryk Sienkiewicz wkładał w usta Kalego pewne reguły odróżniania dobra od zła, to nie wymyślał etyki Kalego, a jedynie opisywał schemat moralny, który ludzkość praktykowała od tysiącleci. Świat dzieli na swoich i obcych - swoim wybaczamy, jesteśmy dla nich pobłażliwi, a obcych byśmy surowo karali. I pewnie ta reakcja jest tego przejawem.

Ale nowoczesny rozwój cywilizacyjny zaczyna się wtedy, gdy udaje się wprowadzać jasne standardy, które bezlitośnie stosujemy do wszystkich. W przypadku nadużyć wolności słowa występuje bardzo szeroka gama niejasności interpretacyjnej i stosowanie bezlitosnych standardów byłoby bardzo niebezpieczne.

Natomiast plagiat jest czynem, którego znamiona w sposób niewątpliwy względnie łatwo jest określić. I tutaj standardy powinny być ostro stosowane. Być może powinno być tak, że każdy student i każdy pracownik naukowy w momencie, gdy jest przyjmowany/zatrudniany– podobnie jak jest przy instalowaniu nowego programu komputerowego i musimy zgodzić się na warunki licencji – tak samo student i pracownik naukowy musiałby podpisać, że akceptuje reguły dotyczące plagiatowania, iż stwierdzenie plagiatu łączy się z automatycznym usunięciem ze studiów, a pracownika pozbawieniem pracy na uczelni. Oczywiście wszystko przebiegać musiałoby przy zastosowaniu procedury odwoławczej.

Wydaje się, że przynajmniej z plagą plagiatów można by było się w ten sposób uporać. Zaś pokazanie, że nie jesteśmy pobłażliwi wobec jednych przywar, przesunęłoby tonację moralną w ogóle. Bylibyśmy mniej pobłażliwi wobec innych swoich słabości.

Rozmawiał Sławomir Sieradzki

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...