"Profesor nazwał studentów palantami i wybuchł skandal. W jego ślady jednak chętnie poszłoby wielu wykładowców"

Fot. wPolityce.pl
Fot. wPolityce.pl

Profesor nazwał studentów palantami i wybuchł skandal. W jego ślady jednak chętnie poszłoby wielu wykładowców. Plagiaty to plaga polskich uczelni. Kto odważy się powiedzieć głośno, z czego to wynika?

Pisząc małą kartkę profesor Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza nie oczekiwał aż takiej reakcji.

Od dzisiaj będę wywieszać na tablicach, we wszystkich budynkach kampusu, imiona i nazwiska. Wszystkich tych, którzy zdecydują się postępować jak złodzieje, oszuści, po prostu lenie śmierdzące i palanty, oddając mi prace pisemne skopiowane skądkolwiek, a podpisane własnym nazwiskiem

- ten komunikat podpisany przez dr. hab. Marka Andrzejewskiego wywołał burzę, gdy jeden ze studentów zaniósł kartkę do mediów.

O kulisach całej sprawy piszę w ostatnim numerze „Sieci ” — profesor co prawda starannie unikał dziennikarzy, ale w końcu udało mi się go skłonić do wynurzeń. I muszę powiedzieć, że nie dziwię się, iż swoje uwagi sformułował w tak bezkompromisowy sposób.

Jak bowiem ma zachować się wykładowca, gdy znakomita część sprawdzanych przez niego prac to „fanty z kradzieży ”, czyli teksty powstałe metodą „skopiuj, wklej ”?

A przyłapani na plagiacie studenci zachowują się, jakby chcieli powiedzieć:

Ty mi profesorzyno nie czaruj o plagiatach, tylko masz pytać, pytać, aż uda ci się trafić w to, co umiem?

Ale naprawdę przerażający jest powód, dla którego tak wielu studentów popełnia plagiaty.

Plagiaty to rozpaczliwa samoobrona studentów postawionych w sytuacji, która ich przerasta. Niektórzy nie są stanie napisać samodzielnej pracy. Na uczelniach jest coraz więcej osób, które nie powinny się tam znaleźć, i to powie każdy wykładowca.

Szkoły wyższe w sytuacji niżu demograficznego biorą chętnych niemal z łapanki. Dotyczy to przede wszystkim uczelni prywatnych, różnych akademii o szumnych nazwach i prestiżu tak fałszywym, jak gronostaje kadry naukowej. Ale i na renomowanych uczelniach państwowych pamięta się, że „pieniądz idzie za studentem ” i tworzy dość kontrowersyjne wydziały, by przygarnąć wszystkich chętnych.

Mogłabym się założyć, że mamy największą w Europie liczbę politologów i specjalistów kulturoznawstwa na kilometr kwadratowy.

Kilkanaście lat temu studiował co dziesiąty młody człowiek. Teraz studiuje już połowa posiadaczy nowej matury. Powszechne studia stały się elementem polityki społecznej — przetrzymuje się kilka lat młodych ludzi w przechowalni, by nie wpuścić ich na rynek pracy, gdzie czeka na nich bezrobocie.

Jak mają się zachować wykładowcy akademiccy w tej sytuacji? Obniżyć drastycznie wymagania czy nadal walczyć, by studia były studiami?

A swoją drogą, plagiaty wynikają też z ogólnego obniżenia standardów, a nie tylko z bezradności intelektualnej. Trudno o nią podejrzewać naukowców, przykład zaś Poznania świadczy, że taki proceder nie jest rzadkością. Ostatnio do grona plagiatorów dołączyła tam profesor, która metodą „skopiuj, wklej ” zagospodarowała w swej książce kilkadziesiąt stron pracy swej magistrantki.

Autor

Wiadomości Google

Kliknij Obserwuj i bądź na bieżąco!

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...