Polityczni wrogowie pułkownika Władimira Władimirowicza Putina zapadają na tajemnicze choroby. Zazwyczaj przytrafia im się to już po ucieczce z ojczyzny, kiedy mają nadzieję, że na Zachodzie nic złego ich nie spotka. Rosyjskie służby sięgają po trucizny, by pozbyć się niewygodnych ludzi – zupełnie jak w sowieckich czasach, z tą różnicą, że ludzie Putina mają do dyspozycji środki bardziej wyrafinowane niż onegdajsi zabójcy wysyłani przez Stalina, Chruszczowa czy Breżniewa. Do dziennikarzy w biały dzień, by nie było wątpliwości, że nikomu nie ujdzie mu na sucho pisanie prawdy o okrucieństwach wojny w Czeczenii albo o porachunkach między ludźmi władzy. Polityczni wrogowie chorują – latami, jak zatruty dioksyną w 2004 roku kandydat na prezydenta Ukrainy Wiktor Juszczenko – lub miesiącami, jak zmarły w 2006 roku po napromieniowaniu polonem na Zachodzie uciekinier, oficer Federalnej Służby Bezpieczeństwa, Aleksandr Litwinienko.

A w czasach Związku Sowieckiego KGB mordowało, kogo chciało, po cichu, unikając zbędnego rozgłosu i nie pozostawiając śladów. Tajne służby sięgały po wyszukane sposoby skrytobójstwa.

Zarazić Josipa Broz Tito

Kiedy szef Jugosłowiańskiej Partii Komunistycznej Josip Broz Tito ogłosił w 1948 r., że jego kraj będzie budować „rodzimy socjalizm” i pójdzie „własną drogą”, zanegował zasadę moskiewskiego przywództwa w obozie wschodnim. Na domiar złego postanowił utworzyć federację bałkańską, więc wściekły Stalin kazał go zabić, by ratować zagrożoną sowiecką hegemonię. Najbardziej znaną próbę likwidacji Tity organizował Josif Grigulewicz – ten sam, który kierował pierwszym nieudanym zamachem na heretyka komunistycznego Lwa Trockiego w Meksyku w 1940 roku.

Agent Grigulewicz bywał podczas różnych misji szpiegowskich w Jugosławii i miał dobre kontakty z dworem Tity. W 1952 roku obiecano mu nawet prywatną audiencję u przywódcy Jugosławii. Podczas narady z wysłannikami sowieckiego Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego w Wiedniu z początkiem 1953 roku przedstawił kilka wariantów operacji. Jeden z nich przewidywał, że Grigulewicz rozpyli podczas wizyty u szefa jugosłowiańskiej kompartii dawkę bakterii dżumy z ukrytego pod ubraniem cichego rozpylacza, a sam uodporni się wcześniej na tę chorobę; rozważano też pomysł, by podarować Ticie biżuterię w pudełku, z którego po otwarciu wydobędzie się śmiercionośny gaz. 1 marca 1953 roku do Stalina nieoczekiwanie dotarła informacja, że z zamachu na razie nic nie wyszło. Kilkanaście godzin później dostał wylewu i zmarł rankiem 2 marca. Sprawa Tity rozwiązała się sama.

Breżniew woli cyjanek

W późniejszych latach obiektem ataku sowieckich służb na Zachodzie stawali się emigranci. Gieorgija Okołowicza, jednego z liderów organizacji rosyjskiej emigracji Narodowy Związek Pracy (NTS – Narodno-Trudowoj Sojusz) w RFN, miał zabić Nikołaj Chochłow, wyszkolony przez mistrza ZSSR w dżudo Michaiła Rubaka i pięciokrotnego zwycięzcę sowieckich zawodów w strzelaniu podpułkownika Godlewskiego.

NTS założyli w 1930 roku rosyjscy emigranci w Jugosławii z zamiarem podjęcia zbrojnej walki przeciwko Sowietom. Związek współpracował z Niemcami podczas drugiej wojny światowej, między innymi wydając gazety na terytorium Rosji okupowanym przez Trzecią Rzeszę.

Po 1945 roku rozpoczęła się dla NTS era działalności u boku służb specjalnych Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych, kiedy na Zachodzie przetrwały niedobitki z tak zwanej drugiej fali emigracji rosyjskiej – ludzie, którzy przeżyli niewolę niemiecką, a potem ocaleli a operacji „Keelhaul”, podczas której alianci wydali Stalinowi setkami tysięcy rosyjskich jeńców wojennych wziętych przez Niemców, obywateli ZSSR wywiezionych na roboty do Trzeciej Rzeszy i członkami formacji walczących po stronie Hitlera. Do połowy lat pięćdziesiątych agenci wywodzący się z szeregów NTS przemycani byli do Związku Sowieckiego, gdzie zbierali informacje i werbowali agenturę.

Już wówczas pojawiły się podejrzenia, że środowisko to infiltrowane jest przez KGB, i to w samym centrum. Wpadki powtarzały się jedna za drugą, chociaż organizacja pracowała w głębokiej konspiracji, zachowując scentralizowane struktury. Sowiecki wywiad przeniknął do jej kręgów przywódczych i wykorzystał NTS do rozprawy z rosyjskimi dysydentami, stosując liczne prowokacje: a to jakiś „tajny” kurier docierał do Moskwy i proponował opozycjonistom wysadzenie w powietrze mauzoleum Lenina, a to usiłowano ich nakłonić do zakładania „piątek szturmowych” występujących zbrojnie przeciwko systemowi.

Podczas procesów wydawców pism drugiego obiegu, tzw. samizdatu, Aleksandra Ginzburga i Jurija Gałanskowa w 1968 roku władze zarzuciły oskarżonym przede wszystkim „kontakty z NTS”, choć nie mieli żadnych powiązań z tą organizacją. Podobnie usiłowano postąpić z żyjącym dziś na emigracji w Wielkiej Brytanii Władimirem Bukowskim, do którego NTS przyznawał się tak ochoczo, że nie pozostawił najmniejszych wątpliwości co do swego prowokatorsko-agenturalnej roli.

Narzędzie mordu planowanego na Gieorgiju Okołowiczu wykonano w warsztatach rusznikarskich KGB – był nim ukryty w pudełku papierosów elektrycznie odpalany samopał, strzelający cyjankiem potasu. Chochłow pojawił się 18 lutego 1954 roku we Frankfurcie nad Menem i zamiast Okołowicza zabić, wyznał niedoszłej ofierze prawdę, po czym oddał się w ręce CIA, która początkowo nie dawała mu wiary. Podczas konferencji prasowej pokazał dziennikarzom niecodzienny okaz broni palnej. We wrześniu 1957 roku usiłowano w odwecie za zdradę otruć Chochłowa w niemieckim hotelu Palmengarten, w pobliżu granicy niemiecko-francuskiej, podczas międzynarodowej konferencji działacze antykomunistycznych z Europy i Ameryki. Chchłow przed wygłoszeniem swego referatu wypił kawę, podsuniętą mu przez któregoś z uczestników spotkania. Kiedy stracił przytomność, jego niedoszła ofiara Gieorgij Okołowicz, przewiózł go do szpitala, gdzie zdiagnozowano zatrucie bardzo silną, nieznaną trucizną. Całe ciało Chochłowa pokryte było czarnymi plamami, a twarz zniekształcona opuchlizną. Okołowicz poprosił o pomoc wojskowych lekarzy amerykańskich, którzy zidentyfikowali truciznę – radioaktywny tal. Chochłow miał silny organizm, więc przeżył.

By uniknąć w przyszłości „ludzkiego czynnika psychologicznego”, który może zawieźć w ostatniej chwili, Sowieci sięgnęli po zawodowych zabójców. Wybór ten miał jeszcze jedną zaletę: pozwalał zacierać ślady prowadzące do Moskwy.

Do likwidacji przewodniczącego NTS, Władimira Poremskiego, wynajęto Niemca Wolfganga Wilpretta. Spore zdumienie zapanowało na Łubiance, kiedy i on się rozmyślił, a potem zgłosił do zachodnioniemieckiej policji w grudniu 1955 roku.

Gazowy rozpylacz i rycyna

Wreszcie przyszła kolej na dwóch czołowych przedstawicieli emigracji ukraińskiej, jednego z głównych teoretyków ukraińskiego ruchu narodowego Lwa Rebeta i przywódcę nacjonalistów ukraińskich Stepana Banderę. Pierwszy zginął w 1957, drugi w 1959 roku. Wykonawcą wyroków był oficer KGB Bohdan Staszyński, zaś jako narzędzie mordu służył rozpylacz, który strzelał cienkim strumieniem gazu z miażdżonej ampułki z cyjankem.

Staszyński miał bazę operacyjną w zamkniętym ośrodku KGB w Karlshorst pod Berlinem. W 1960 roku poznał Niemkę z NRD, nieprzychylnie nastawioną do Sowietów. Staszyński zdawał sobie sprawę zarówno z tego, że popadł w niełaskę, jak i z tego, że nigdy nie zazna spokoju, bowiem zbyt wiele wie. Kilka dni przed zamknięciem granicy z Berlina Wschodniego do Zachodniego, w sierpniu 1961 roku, uciekł na drugą stronę. W październiku 1962 roku stanął przed sądem w Karlsruhe. Podczas procesu opowiedział w szczegółach o zamachu zleconym mu przez władze na Kremlu. Po raz pierwszy na jaw wyszły fakty, którym Moskwa nie mogła zaprzeczyć. Wyznał nawet, że za zabicie Bandery otrzymał od Chruszczowa Order Czerwonego Sztandaru. Sędzia orzekł, że głównym winowajcą jest rząd Związku Sowieckiego i skazał Staszyńskiego na osiem lat więzienia.

„Bułgarski parasol”

Czterdziestodziewięcioletni Georgi Markow czekał wieczorem 7 września 1978 roku na przystanku autobusowym nieopodal londyńskiego mostu Waterloo, nie wiedząc, że wyrok śmierci z polecenia towarzysza Todora Żiwkowa, szefa bułgarskiej partii komunistycznej, został już na nim wykonany. Agonia Markowa zaczęła się kilka sekund wcześniej – dokładnie w momencie, gdy mijał go przypadkowy przechodzień. Mężczyzna mówiący z wyraźnym obcym akcentem zagadnął go, a równocześnie niechcący – jak się zdawało – upuścił parasol. Podnosząc go szybko, trącił czubkiem parasola w łydkę. W pośpiechu wsiadł do taksówki i odjechał.

Georgi Markow uciekł w 1969 roku z komunistycznej Bułgarii, kiedy był już znanym dramaturgiem, eseistą i powieściopisarzem. W Londynie pracował w rozgłośni BBC, był korespondentem monachijskiego Radia Wolna Europa oraz niemieckiej stacji Deutsche Welle.

Wyśmiewał czułego na własnym punkcie Żiwkowa, mówiąc o chamstwie „wioskowego policjanta” i „niesmacznie miernym poczuciu humoru” pierwszego sekretarza. Był przekonanym wrogiem komunizmu, nieprzejednanym i nieprzekupnym. Władze postanowiły go więc zlikwidować, korzystając z pomocy KGB.

Pisać zaczął w sanatoriach, dokąd wyjeżdżał wciąż jako chory na gruźlicę emerytowany nauczyciel chemii. W 1961 roku ukazała się jego pierwsza powieść Ankieta, a także zbór opowiadań Między dniem i nocą. Niebawem jego kolejną książkę Mężczyźni uznano za powieść roku. W latach sześćdziesiątych stał się jednym z najpopularniejszych autorów w swoim kraju: wydał kilka powieści i sztuk teatralnych przygotowywał też filmowe scenariusze.

Z końcem lat sześćdziesiątych cenzura wstrzymała publikację jego powieści Dach, a dwie sztuki napisane na podstawie jego scenariuszy zostały zdjęte z afiszy. Kiedy 1969 roku dostał zgodę na wyjazd do Włoch, aby spotkać się tam z bratem, postanowił nie wracać. Osiadł w Anglii. Wciąż pisał i odnosił sukcesy: w 1974 roku jego sztuka Archanioł Michał zdobyła pierwszą nagrodę na festiwalu teatralnym w Edynburgu.

W tym samym roku zniknął nagle ze swego duńskiego mieszkania redaktor i wydawca emigracyjnego pisma bułgarskiego, Boris Arsow. Odnalazł się po dwóch miesiącach – w sofijskim areszcie. Skazano go na piętnaście lat więzienia. Władze nie ukrywały, że został porwany przez funkcjonariuszy KDS (Komitet za Drżawną Sigurnost), czyli bezpiekę. Po roku odsiadki znaleziono go martwego w celi.

W połowie lat siedemdziesiątych komuniści bułgarscy zaczęli pozbywać się wrogów: śmierć Arsowa zbiegła się w czasie z zastrzeleniem w Wiedniu trójki emigrantów bułgarskich, którzy pomagali organizować ucieczki na Zachód: Weselina Stojowa, Petera Niezamowa i Iwana Kolewa. Zidentyfikowany natychmiast przez austriacką policję zabójca, agent KDS, zdążył uciec pod opiekuńcze skrzydła Żiwkowa.

Urodzinowy prezent dla sekretarza

Z początkiem 1978 roku Dymitr Stojanow, zmarły w 1999 roku polityk komunistyczny, wówczas minister spraw wewnętrznych oraz szef KDS, poprosił KGB o pomoc w uciszeniu niepokornego emigranta. W naradzie wziął udział sam szef KGB Jurij Andropow. Początkowo przeciwny udziałowi Sowietów w zamachu, dał się jednak przekonać, że publiczne wyszydzanie towarzysza Żiwkowa źle służy wspólnej sprawie komunizmu.

„Nie planujcie żadnego bezpośredniego udziału z naszej strony. Dajcie Bułgarom, czego potrzebują, pokażcie, jak tego używać i wyślijcie kogoś do Sofii, żeby wyszkolił im ludzi. Ale na tym koniec” – takie polecenie Andropowa cytuje były archiwista KGB, Wasilij Mitrochin, który razem z ogromnym zbiorem skopiowanych dokumentów sowieckich tajnych służb przedostał się na Zachód z początkiem lat dziewięćdziesiątych.

Toksykolog na usługach tajnych służb, Siergiej Michajłowicz Gołubiew, któremu zlecono przygotowanie odpowiednich środków dla Bułgarów, uznał, że najlepsza będzie rycyna wstrzyknięta w śmiertelnej dawce. Do zabiegu posłużyć miało urządzenie umieszczone w szpicu parasola.

Sowieci wybrali parasole produkcji USA. A Bułgarzy – datę zamachu: urodziny towarzysza Żiwkowa.

Markow czuł się zagrożony, bowiem ktoś zadzwonił do niego z ostrzeżeniem, że w najbliższym czasie może zostać otruty. Jadł i pił wyłącznie w towarzystwie najbliższych przyjaciół.

7 września 1978 roku, kilka godzin po incydencie na przystanku, Markow poczuł się bardzo źle i trafił do szpitala. Przypomniał sobie, że podczas spotkania z obcokrajowcem poczuł ukłucie w nodze, na które wówczas nie zwrócił uwagi. Zmarł po trzech dniach, 11 września. Podczas sekcji znaleziono w miejscu ukłucia platynową kulkę o średnicy 1,5 milimetra, zawierającą śmiertelną dawkę rycyny. Na powierzchni kulki znajdowały się dwa małe otwory.

Po jego śmierci zgłosił się do szpitala natychmiast inny emigrant bułgarski, Władimir Kostow, którego zaniepokoiły okoliczności śmierci Markowa, bowiem sam został pokłuty parasolem 26 sierpnia 1978 w Paryżu. Po miesiącu od ataku, 25 września, z jego pleców chirurdzy wydostali kuleczkę podobną do tej, którą znaleźli w ciele Markowa. Tym razem pocisk nie wszedł dostatecznie głęboko w ciało ofiary, a ponadto kulka była nienaruszona, więc trucizna nie przesączyła się do krwiobiegu. Kostow wydał później książkę Bułgarski parasol, w której opisał metodę stosowaną przez KDS.

Do dziś nieznane pozostają szczegóły zamachu na Markowa i jego śmierci. W szpitalu, do którego trafił na pięć ostatnich dni życia, ktoś zniszczył jego dokumentację. W archiwach służby bezpieczeństwa KDS żadnych informacji podobno nie znaleziono. Wiadomo tylko, że zamachu dokonał niejaki Francesco Gullino – Duńczyk włoskiego pochodzenia i tajny agent reżimu w Sofii, którego nazwisko pojawia się również w pisowni „Giullino”.

Christo Christow z dziennika „Dnewnik” prowadzi od lat śledztwo dziennikarskie. W 2008 roku, w trzydziestą rocznicę zamachu na Markowa, Christow opublikował dokumenty, z których wynika, że urodzony w Bari w 1946 roku Francesco Gullino, występujący pod pseudonimem „Piccadilly”, został zwerbowany przez KDS w 1970 roku i w tym samym roku przeszkolony. Jeździł przez kilka lat po Europie, udając handlarza antykami; trzykrotnie odwiedził Związek Sowiecki. Dzień po ataku na Markowa w 1978 roku uciekł do Włoch. W nagrodę za zabicie pisarza dostał trzydzieści tysięcy dolarów, za które otworzył w Danii sklepik.

W 1993 roku był kilkakrotnie przesłuchiwany przez duńskie i brytyjskie służby, pobrano jego odciski palców, poddano podpis analizie grafologicznej. „Piccadilly” kategorycznie zaprzeczał, by miał jakieś związki ze sprawą Markowa. Duńczycy musieli go zwolnić, bowiem nie mieli podstaw do wystąpienia z oskarżeniem.

18 kwietnia 1993 roku Gullino wyjechał z Danii. Dwa miesiące później jego dom i sklep w Kopenhadze został sprzedany – później już nikt o nim nie słyszał.

„Service 7”

Oleg Gordijewski, ważny szpieg amerykański i brytyjski, któremu udało się uciec w 1986 roku z Sowietów, potwierdził, że morderstwo zaplanowało i wykonało KGB, lecz Bułgaria nie spieszy się, by ujawnić bliższe okoliczności. Dochodzenie wszczęto wprawdzie w 1990 roku, lecz kilka miesięcy wcześniej, w grudniu 1989 roku tuż po upadku reżimu Todora Żiwkowa, służby bezpieczeństwa zniszczyły kilkadziesiąt tomów akt Markowa. W 2007 roku doszło nawet do skandalu: szef ekipy prowadzącej śledztwo w tej sprawie, Andrej Cwetanow, zakomunikował publicznie, że winnymi śmierci emigranta byli brytyjscy lekarze, którzy nie rozpoznali oznak zatrucia i leczyli ofiarę na grypę.

Rok później Scotland Yard wznowił swoje śledztwo. Według brytyjskiego dziennika „The Times”, pięciu detektywów Scotland Yardu wyjechało do Bułgarii, ponieważ pojawiły się nowe informacje. Cwietanow powiedział gazecie „Dniewnik”, że brytyjscy śledczy poprosili go o wgląd do dokumentów dotyczących śmierci Markowa oraz starali się uzyskać pozwolenie na przesłuchanie czterdziestu świadków, w tym dwóch byłych policjantów.

Także w 2008 roku szef bułgarskiej Krajowej Służby Śledczej Bojko Najdenow poinformował, że do pracy nad wyjaśnieniem tego, co i tak jest jasne, „zostaną włączeni młodzi, nieobciążeni przeszłością prawnicy”. Jego wypowiedź była reakcją na zarzuty postawione przez rodzinę Markowa, że Cwetanow umyślnie blokuje dochodzenie.

W 2010 roku zostały w Bułgarii odtajnione dokumenty komunistycznych służb bezpieczeństwa związane z działalnością komórki „Service 7”. Zorganizowana w latach sześćdziesiątych grupa składała się z zawodowych morderców, którzy na polecenie bezpieki, często współdziałając z KGB, porywali i zabijali za granicą bułgarskich emigrantów pod dowództwem pułkownika Petko Kowaczewa. Zaczynali w 1963 roku we czterech, lecz rok później Kowaczew zaczął nalegać na powiększenie – jak pisał – „naszego małego oddziału”. Doczekał się prawie czterdziestu zabójców pod swoimi rozkazami. Zachowała się notka z 1 lipca 1970 roku: „Musimy wykonywać wyroki śmierci – pisał ówczesny minister spraw wewnętrznych Angel Solakow. – Wiem, że to wygląda na brudną robotę, ale dla nas praca ta jest zaszczytem”. Grupa została podobno formalnie rozwiązana w 1972 roku, mimo to jej właśnie przypisuje się udział w zamordowaniu Markowa, ponieważ wśród pojawiających się w dokumentach pseudonimów znajduje się „Piccadilly”.

Historia ta jako żywo przypomina próby wyjaśnienia zabójstw politycznych w różnych krajach bloku sowieckiego. Akta giną, świadkowie znikają, władze zapewniają, że sprawiedliwości stanie się zadość.

A tymczasem w leksykonach służb specjalnych pojawiło się nowe hasło: „bułgarski parasol”.

Putin i metale ciężkie

Minęły lata, odtrąbiono upadek ZSSR, powstało państwo rosyjskie, a władze na Kremlu wciąż sięgają po trucizny. W 2006 roku cały świat mógł oglądać w telewizji długą agonię podpułkownika jednostki specjalnej do zwalczania zorganizowanej przestępczości, Aleksandra Liwinienki, zatrutego w Wielkiej Brytanii polonem.

Zanim Litwinienko wydostał się w 2000 roku potajemnie z kraju przez Gruzję, zdołał – ryzykując życie – zebrać dowody na to, że krwawe zamachy, które stały się pretekstem rozpętania drugiej wojny czeczeńskiej, zostały przeprowadzone przez Federalną Służbę Bezpieczeństwa. Na Zachodzie przygotowywał wraz z Jurijem Felsztinskim – emigracyjnym rosyjskim historykiem – publikację Wysadzić Rosję, ujawniającą fakty oraz nazwiska, o których nikt miał nigdy nie usłyszeć.

Książka ukazała się w 2007 roku, tuż po śmierci Litwinienki. We wstępie Felsztinski napisał: „W sierpniu 2001 roku kilka rozdziałów z naszej przyszłej książki opublikowała po rosyjsku moskiewska »Nowaja Gazieta«. Od tamtej pory straciło życie kilka osób, które nam pomagały. Władimir Gołowlow i Siergiej Juszenkow, deputowani do Dumy, przewozili taśmy z zakazanym filmem dokumentalnym »Zabójstwo Rosji«, opartym na wątkach z naszej ksiązki. Obaj zostali zastrzeleni. Jurij Szczekoczichin, również deputowany oraz zastępca redaktora naczelnego dziennika »Nowaja Gazieta«.

Rosja odmówiła wydania Andrieja Ługowoja, który jest, zdaniem brytyjskich służb, głównym podejrzanym o morderstwo.

W styczniu 2011 roku berlińska prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie zatrucia rtęcią małżeństwa Kałasznikowów – rosyjskich dysydentów. Niemcy stwierdzili, że nie ma dowodów, by podano im świadomie zabójczy pierwiastek. Bo samego faktu zatrucia nie neguje nikt: poziom rtęci we krwi byłego pułkownika KGB i jego żony mariny przekraczają dwudziestopięciokrotnie normę, co wykryto podczas badania w berlińskim szpitalu na początku listopada 2010 roku. Wiktor Kałasznikow pracował po 1991 roku jako specjalista od spraw niemieckich w sztabie Jelcyna i uchodził za jednego z najbardziej wpływowych ludzi w Rosji. Gdy władzę przejął Putin, zajął się dziennikarstwem i popadł w niełaskę za krytykę polityki Kremla. Wiadomo, że po ucieczce niejeden raz grożono mu śmiercią.

„Rosja powraca na ścieżkę ekspansji zewnętrznej – pisał Kałasznikow w maju 2009 roku – Cały świat obchodzi serię dwudziestych rocznic obalenia komunizmu, narzuconego przez Związek Sowiecki różnym krajom. Moskwa udaje, że to wszystko jej nie dotyczy. Zimna wojna kosztowała ludzkość pięćdziesiąt milionów ofiar. ZSSR został w niej rozgromiony, choć nie do końca. Dziś decyduje się, w jakim kierunku proces potoczy się dalej”.

 

Fragment książki „Kremlowskie trucizny”, Arcana 2012