Na portalu wPolityce.pl toczył się niedawno spór pomiędzy Krzysztofem Czabańskim i mną na temat systemu jednomandatowych okręgów wyborczych. Spór ten będzie miał też swoje miejsce w tygodniku „Sieci” (wkrótce ukaże się moja polemika z niedawnym artykułem Czabańskiego).

CZYTAJ TAKŻE: Jednomandatowa wiosna ludów? Niech Bóg broni! Partie polityczne mają wiele wad. Ale to one są solą demokracji

CZYTAJ TAKŻE: JOW-y powinny być początkiem naprawy systemu. Polemika z Czabańskim

Tutaj chcę dodać jeszcze jeden argument przeciwko obecnemu systemowi i za JOW-ami – argument, który nie znalazł miejsca w dotychczasowych polemikach, a na który Czabański kompletnie nie zwrócił uwagi.

Otóż tylko w systemie proporcjonalnym możliwe są różnego rodzaju manipulacje, wynikające z ideologicznych zapotrzebowań politycznej poprawności. Z jedną z takich manipulacji mamy już zresztą do czynienia w postaci parytetów na listach wyborczych do Sejmu. To absurdalne rozwiązanie, będące kpiną z demokracji i wolnego wyboru obywateli, może być zresztą rozwijane dalej. W Sejmie debatowany jest właśnie projekt tzw. suwaka.

Ponieważ okazało się – co łatwo było przewidzieć – że same parytety nie spełniają oczekiwań politpoprawnego towarzystwa, więc trzeba je jeszcze wzmocnić, wprowadzając przymus naprzemiennego umieszczania na listach wyborczych kobiet i mężczyzn.

Oczywiście tego typu manipulacje nie są możliwe w przypadku JOW-ów, po prostu dlatego, że nie ma w tym systemie list wyborczych w obecnym znaczeniu. Nie da się umieszczać naprzemiennie kobiet i mężczyzn, jeśli każda partia wystawia jednego kandydata. Można sobie oczywiście wyobrazić wymóg, aby połowa kandydatów była płci żeńskiej, to jednak już znacznie trudniejsze niż w przypadku wyborów proporcjonalnych. Także dlatego, że może wyraźnie wpłynąć na skuteczność poszczególnych partii, a to z kolei może odwieść je od głosowania za takim rozwiązaniem.

Jest jeszcze druga sprawa. Oto ordynacją jednomandatową zajął się ostatnio Instytut Spraw Publicznych – think-tank bardzo bliski partii rządzącej, realizujący w ostatnich latach programy badawcze, oparte w większości na postulatach z nurtu liberalno-lewicowego i politycznej poprawności („równe szanse”, parytety, imigranci itp. – to zresztą bardzo znaczący spadek jakości prac ISP w stosunku do dawnego okresu jego działalności).

Analizę poświęconą JOW-om napisał dla ISP dr Radosław Markowski, socjolog znany ze sprzyjania partii rządzącej i ataków na opozycję. Analiza krytykuje ideę wprowadzenia JOW-ów, przywołując powszechnie znane argumenty, ale także dowodząc, że ich wprowadzenie przyczyniłoby się do dalszego spadku frekwencji wyborczej. Tu trzeba wiedzieć, że ISP jest jedną z instytucji, wyznających fetysz frekwencji. Na stronach instytutu można m.in. znaleźć raport, traktujący całkiem poważnie propozycję obniżenia wieku wyborczego do 16 lat (jeszcze z 2010 r.), co – jak wiadomo – postuluje ostatnio Janusz Palikot.

Nie deprecjonuję poprawności metodologicznej analizy Markowskiego, choć z przytaczanych przez niego faktów i danych wyciągam odmienne wnioski. Dla mnie frekwencja nie jest fetyszem, głosowanie jest prawem, a nie „obywatelskim obowiązkiem”, tezę o „blokowaniu kobietom dostępu do polityki” za sprawą JOW-ów uważam za przejaw ideologii, a nie racjonalny argument, wykluczanie „mniejszości” nie musi być wcale wadą systemu (jeśli faktycznie zachodzi, a to dyskusyjne) i tak dalej.

Przeciwnikom JOW-ów na prawicy poddałbym jednak te pod rozwagę te dwie kwestie. Po pierwsze – podatność systemu proporcjonalnego na politpoprawne eksperymenty. Po drugie fakt, że w kręgach radykalnych zwolenników postępu JOW-y są ekstremalnie mało popularne. Z tego również trzeba wyciągać wnioski.