Jeśli sądzili Państwo, że największym kretynizmem podatkowym, na jaki może się zdobyć polski fiskus, jest opodatkowanie pączków, zafundowanych nam przez pracodawcę w Tłusty Czwartek, to byliście Państwo w błędzie. Dwie rzeczy nie ulegają wątpliwości. Pierwsza to ta, że rząd, walczący bohatersko z poupychanym tu i tam deficytem finansów publicznych, jest w stanie opodatkować wszystko. Absolutnie wszystko. Podatek od deszczówki to tylko jeden z całej serii oryginalnych pomysłów. Druga – że do tej smutnej prawdy tak bardzo już przywykliśmy, iż nie dziwi nas zupełnie coś, co na zdrowy rozum wydaje się absurdem.
Od dawna już wiadomo, że za korzystanie ze służbowego sprzętu w prywatnych celach podatek trzeba zapłacić. Niektóre rzekome dodatkowe korzyści można w miarę łatwo wyliczyć – jak korzystanie z auta albo telefonu komórkowego. Ale jak policzyć rzekomą korzyść, którą odnosi się z prywatnego korzystania ze służbowego laptopa? Albo jak policzyć, ile się zyskało na tym, że za pomocą służbowego bezprzewodowego internetu odebrało się cztery prywatne mejle?
Tak czy owak, tylko w państwie, które obywatela tłamsi i wyciska z niego każdy grosz mogły powstać przepisy, według których używanie służbowego sprzętu do prywatnych celów trzeba obłożyć podatkiem. To nie jest normalne, to jest chore.
Ale to nie koniec. Niedawno Naczelny Sąd Administracyjny wydał wyrok w sprawie, która zaczęła się jeszcze w 2004 r. od roszczeń urzędu skarbowego wobec pewnej firmy. Otóż zgodnie z wyrokiem NSA nieodpłatnym świadczeniem na rzecz pracownika jest udostępnienie mu służbowego sprzętu do wykonania określonej pracy. Tak, to nie błąd: pracownik, zdaniem sędziów, zyskuje na tym, że pracodawca daje mu narzędzie pracy. Czyli powinien od tego odprowadzić podatek. Wyrok nie jest oczywiście obowiązującą wykładnią dla wszystkich urzędów skarbowych, ale może je zachęcić do ofensywnych działań. Skoro w jednej sprawie US wygrał w NSA, to może wygrać i w kolejnych podobnych.
Proszę pomyśleć, jak gigantyczne możliwości się otwierają i ile budżet może zarobić na takim nowatorskim podejściu do opodatkowania obywateli! Ja na ten przykład bywam w swojej macierzystej redakcji rzadko, ale jak już jestem, to siadam przy służbowym biurku na służbowym krześle i – mało tego – włączam służbowy komputer. Na szczęście tylko na moment. Graficy, którzy składają „Fakt”, będą musieli zabulić znacznie więcej, bo siedzą przy swoich Macintoshach cały dzień. Zakładam oczywiście, że im bardziej eleganckie miejsce pracy, tym podatek będzie wyższy. Wolę nawet nie myśleć, ile zapłaci Bronisław Komorowski za siedzenie pod żyrandolem w Pałacu Prezydenckim.
Ale to wszystko pikuś. Weźmy takiego na ten przykład maszynistę. Stosunkowo nowa lokomotywa firmy Siemens to około 4 mln euro. To się fiskus obłowi! Że już nie wspomnę o pilotach. A kapitanowie żeglugi wielkiej pójdą z torbami jak nic. W życiu nie wypłacą się z podatków. Całe szczęście, że nie wysyłamy jeszcze ludzi w kosmos, bo długi astronauty wobec fiskusa spadłyby nie tylko na jego dzieci, ale nawet na prawnuki.
Co zatem zrobić, aby uniknąć podatku od sprzętu, na którym się pracuje? Cóż, trzeba go kupić samemu. Mnie na komputer stać, ale gdybym miał sobie kupić lokomotywę… Najlepiej zaś umrzeć. Od martwego nawet najbardziej pazerny minister finansów niczego nie wyegzekwuje. Jak powiedział Benjamin Franklin – pewne są na tym świecie tylko dwie rzeczy: śmierć i podatki. Szczęśliwie wykluczają się nawzajem.
Tekst ukazał się w dzienniku "Fakt".
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/152655-podatek-od-lokomotywy-czyli-lepiej-umrzec-rzad-walczacy-bohatersko-z-deficytem-jest-w-stanie-opodatkowac-wszystko
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.