Bijcie Polaków, ażeby aż o życiu zwątpili. Mam wielką litość dla ich położenia, ale jeśli chcemy istnieć, to nie pozostaje nam nic innego, jak ich wytępić

- zalecał w jednym z listów Otto von Bismarck. „Żelazny kanclerz”, który polski naród miał za śmieci utrudniające mu integrację wielkiej Rzeszy Niemieckiej, ma w Polsce swój „pomnik” na Ziemi Kaszubskiej. Właściciel hotelu w podbytowskim Dąbiu nazwał go imieniem realizatora rugów pruskich.

Wypędzenia Polaków były tak brutalne, że wzbudziły protesty nawet niektórych jego podkomendnych.

Gdy pewnego dnia wielki kanclerz ustąpi, wielu będzie się wstydzić i wzajemnie zarzucać sobie nikczemność, z jaką płaszczyli się przed jego potężną wolą

- komentował generał piechoty Hans Lothar von Schweinitz, dotknięty „niemądrym i niepotrzebnie okrutnym rozporządzeniem o wydaleniach” naszych rodaków. Historia śmierdzi, ale nie pieniądze. Widać właściciel „Hotelu Bismarck” doszedł do wniosku, że wymyślona przez niego nazwa podziała jak magnes na turystów zza Odry. Facet mógł wymyślać, co chciał, tylko - kto mu to zatwierdził?

Niewiele brakowało, a Wrocław nazywałby się dziś Breslau. Na taki pomysł wpadła w 2008 r. Lidia Geringer de Oedenberg, z domu Ulatowska. Europosłanka SLD o nazwisku po mężu ubzdurała sobie, że stolica Dolnego Śląska z polską nazwą „słabo się sprzedaje”, jest trudna dla cudzoziemców do wymawiania. Zaproponowała jej niemiecki lub angielski odpowiednik. Cóż, jak mawiał doktor Josef Štrosmajer z czeskiego „Szpitala na peryferiach”, gdyby głupota miała skrzydła, paru naszych rodaków na różnorakich stanowiskach fruwałoby jak gołębie.

Gołębic i gołębi mamy niemało. Polskie Linie Lotnicze LOT i Polska Organizacja Turystyczna POT byli „partnerami” specjalizującego się w kartografii wydawnictwa Höfer Verlag. Tak w każdym razie twierdzą jego szefowie, którzy ponoć konsultowali z LOT-POT-em mapę Wielkopolski. Można ją kupić w RFN za 12,90 euro, w każdym sklepie z tego rodzaju publikacjami. Niemiecka nazwa tej mapy brzmi: „Polen, Wartheland Posen - Gnesen”. Wielkopolska to po niemiecku „Grosspolen”, lecz wydawnictwo wolało posłużyć się nazwą nadaną temu regionowi Polski w styczniu 1940 r., podczas hitlerowskiej okupacji (Reichsgau Wartheland). Jakby tego było mało, na mapach i planach z tego terenu znalazły się nazwy miast i ulic upamiętniających takie postaci, jak np. Hermanna Göringa, współtwórcy III Rzeszy, skazanego przez międzynarodowy trybunał w Norymberdze na śmierć za zbrodnie przeciw ludzkości. Höfer Verlag wydał też mapy i plany miast z obszaru „Wartheland Ost”, „Ost-West Preussen” czy z „Hrabstwa Glazer Land” - okolic Kłodzka, Lądka- i Kudowy Zdroju. Jak podkreślają szefowie tego wydawnictwa, przywiązują szczególną troskę o zachowanie w pamięci przez potomnych dawnego nazewnictwa…

Teraz tylko czekać, aż jakiś mieszkaniec „Wartheland” otworzy… „Hotel Göringa”. Polska Organizacja Turystyczna, z którą podobno Höfner Verlag uzgadniało treść swych „przewodników”, jest agencją rządową, jak reklamuje się POT na internetowych stronach - „jedną z ponad 200 działających na świecie narodowych organizacji turystycznych”, a jej celem „jest wypromowanie Polski jako kraju atrakcyjnego dla turystów, nowoczesnego, z wysokimi standardami”. Bardzo to osobliwa promocja i standardy. Niemcy z iście pruską konsekwencją kształtują świadomość historyczną przyszłych pokoleń, m.in. właśnie poprzez drukowanie map i powielanie niemieckich odpowiedników nazw polskich miast, miasteczek i wsi, włącznie z takimi łamańcami, jak np. Tschenstochau - Częstochowa, czy Schneidemühl - Piła, która de facto w obrębie Prus znalazła się dopiero po rozbiorze Polski w 1972 r. Nie przeszkadza to jednak istnieniu w RFN ojczyźnianych organizacji „wypędzonych” z tych „dawnych, niemieckich terenów”… Z ich punktu widzenia da się to jakoś wytłumaczyć, zadziwia natomiast upowszechnianie niemieckiego nazewnictwa przez polskie biura podróży. Na największych w świecie targach turystycznych ITB w Berlinie, które co roku odwiedzają setki tysięcy organizatorów wycieczek, hotelarzy, przewoźników i zwykłych amatorów turystyki można bez problemu znaleźć opracowane i wydawane w Polsce foldery, reklamujące uroki np. nieistniejącego kraju „Ostpreussen”, jakby nie było niemieckich odpowiedników tych regionów, jak „Masuren” czy „Kaschubei”.

Nazewnictwo jest najkrótszą i najszybciej zapadającą w pamięć lekcją historii. W przeciwieństwie do Niemców, w naszym kraju nikt nie chce jej udzielać. Na polskich mapach można znaleźć nieliczne polskie odpowiedniki nazw co większych miast i regionów w RFN. Pomijam już takie wykoślawienia w pozjednoczeniowej nowomowie, jak np. powielaną nazwę „Pomorze Przednie” dla Vorpommern (a gdzie jest tylne?), zamiast Przedpomorze. Konia z rzędem temu, kto znajdzie w wydawanych u nas atlasach, na mapach i w przewodnikach takie nazwy, jak np. Dziewin (Magdeburg), Nowy Branibór (Neubrandenburg), Kamienica Saska (Chemnitz), Gryfia (Greifswald), Chociebuż (Cottbus), Swarzyn (Schwerin), Łęknica (Löcknitz), Ćwików (Zwickau), Nakło nad Pianą (Anklam), Pieńkuń (Penkun), Świecie nad Odrą (Schwedt) itd. itp. Ich lista jest długa, zwłaszcza z obszaru wschodnich Niemiec, dotyczących osad zakładanych niegdyś przez zachodnich Słowian.

Próżno ich szukać na polskich mapach, niemieckimi nazwami posługują się polscy dziennikarze, a nawet niektórzy historycy. Lenistwo czy głupota?

Niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają

- pouczał Mikołaj Rej, ale - kto dziś sięga do klasyki sprzed pół tysiąca lat… Czy możliwe jest „odgórne” uregulowanie tej kwestii? Pewnie tak, najpierw jednak ktoś musiałby dostrzec historyczny wymiar polityki wydawniczej, a potem zechcieć zadać sobie trud i uporządkować to stosownymi przepisami. Po to, by przeciętni Niemcy korzystający z polskich, dwujęzycznych map i różnorakich publikacji mogli uzmysławiać sobie bez wnikania w etymologię Dziewina/Magdeburga, czy Kcyni/Eggesin, że nasza wspólna historia jest nieco inna, niż ta pisana i utrwalana w społecznej świadomości przez niemieckie wydawnictwa kartograficzne z naszą, niestety, pomocą.

Mało jest zalet, których by Polacy nie mieli, i mało błędów, których udałoby im się uniknąć

- charakteryzował nas brytyjski premier Winston Churchill. Bismarck przypisywał nasze narodowe problemy, które dostrzegał i sam potęgował „beztrosce polskiego charakteru”. Nic dodać, nic ująć…