Dlaczego w 2005 roku nie doszło do zawiązania długo zapowiadanej koalicji PO-PiS?  Bo nie było planu na wypadek zwycięstwa PiS. Losy kampanii wyborczej i przebieg negocjacji  wspomina na łamach tygodnika "Polityka" ówczesny kandydat PO na premiera Jan Maria Rokita.

Według Rokity pierwszym sygnałem ostrzegawczym, które wprowadziło podejrzliwość pomiędzy potencjalnymi koalicjantami stał się klip straszący wyborców pustą lodówką, gdyby Platfromie udało się wprowadzić podatek liniowy 3x15.

Jego znaczenie nie nie polegało na sporze o kwestie podatkowe, te bowiem były zapewne do rozwiązania. On miał znaczenie stricte polityczne: to było faktyczne zerwanie sojuszu. Zadziałał ja trąbka wzywająca zaprzyjaźnione plemiona PO i PiS do bratobójczej wojny i zapowiadał ich wściekłą i nieokiełznaną przyszłą wrogość. Do dziś nie wiem, czy inicjatorzy tego klipu działali z premedytacją, aby nie dopuścić do powstania wielkiej koalicji, czy tez zabrakło im elementarnej politycznej wyobraźni

-mówi Rokita.


Kolejna przeszkodą na drodze do zrealizowania koalicyjnych planów okazał się fakt, że jak twierdzi były poseł, cała koncepcja wielkiej koalicji była opracowana wyłącznie pod model, w którym Platforma wygrywa wybory, a PiS jest partnerem, choć odrobinę słabszym. Nie była przygotowana na sytuacje odwrotną.

Nagle okazała się, że premier mam być z PiS i że nie ma on żadnego planu

– mówi Rokita. I dalej przekonuje, że od pierwszego dnia zwycięstwa PiS nie było już żadnego jasnego scenariusza. I to nie tylko pomiędzy potencjalnymi koalicjantami ale i wewnątrz obu formacji.

W gotowy plan wdarł się chaos, niezbędny był jakiś spiritus movens koalicyjnego projektu, ktoś kto miałby absolutną determinację i instrumenty potrzebne do doprowadzenia do koalicji

– tłumaczy były polityk PO.

Jak opowiada nie mógł to być Donald Tusk, który jak twierdzi rozmówca Polityki chciał tylko zostać prezydentem a po przegranej miał skłonność do mylenia w kategoriach odwetu, ani też sam Rokita. Dlaczego?

Od momentu przegranych wyborów nie mogłem dyktować ani tempa wydarzeń ani warunków koalicji

– wspomina Rokita. I tłumaczy:

Miałem już jawnie nieprzyjaznego Tuska za plecami i musiałem czekać na inicjatywę ze strony Kaczyńskiego. Bardzo deprymująca sytuacja. A Kaczyński - jak się miało okazać – po dwóch zwycięstwach nabrał takiej pewności siebie, że powstanie koalicji zaczął traktować jako jedną z możliwości, bynajmniej nie najbardziej oczywistą

- twierdzi.

Jak wspomina Rokita na przebieg rozmów koalicyjnych Donald Tusk patrzył "w tonie szalenie konfrontacyjnym, ultymatywnym".

Zażądał ode mnie symulowania negocjacji rządowych z Marcinkiewiczem. Przez dwa tygodnie, do wyborów prezydenckich. Uważał,że symulacja powoływania rządu jest niezbędna jest niezbędna do utrzymania jego własnych szans (...)

Ale nie bez znaczenia było, że zachowywał się przy tym nerwowo i arogancko, wpadał na przykład we wściekłość gdy rozmawiałem z Kaczyńskim o kandydaturze Marcinkiewicza, na krótko przed jej publicznym ogłoszeniem.


Rokita zapewnia, że to już wtedy do mu przekonanie,że nawet jeśli ten rząd powstanie to w Tusku może nie mieć realnego sojusznika.

A już na pewno mieć go nie może w Tusku przegranym i pozostawianym na parlamentarnym zapleczu gabinetu

– podkreśla niedoszły "premier z Krakowa".

CZYTAJ TEŻ: Jan Rokita nie odsłania całej prawdy o negocjacjach w sprawie PO-PiS, bo nie mówi o tym, czym miały być „gwarancje bezpieczeństwa” dla PO

ansa/ Polityka