Gus van Sant, twórca „Obywatela Milka” czy „Słonia”, wyreżyserował „Promised Land”, film opowiadający o mrocznej stronie wydobywania gazu łupkowego. Obraz ten został skrytykowany przez amerykański przemysł energetyczny. I jest to już drugi, promowany w Polsce, film podejmujący ten temat. Nie chcę powiedzieć, że dzieła te powstały na specjalne zamówienie, ale zastanawiać może fakt ich nagłaśniania w naszym kraju. Szczególnie, gdy ważą się losy wybicia się na energetyczną suwerenność.
Zwiastun filmu pokazuje najpierw sielski krajobraz amerykańskiej prowincji, a głos postaci granej przez Matta Damona mówi:
Dorastałem na wsi.
Dramaturgia wzrasta. W malowniczej okolicy splajtował jedyny pracodawca, a mieszkańcy musieli pożegnać się z posadami. Jak to często w kinie bywa, pojawia się szansa szybkiego wyjścia z impasu, rozwiązanie niemal cudowne, jak przedstawia je van Sant. Energetyczne konsorcjum planuje odwierty. Ludzie są zadowoleni, ale na całości pięknego obrazka pojawia się rysa. Gazowy Faust kusi jednego z bohaterów milionami, a na horyzoncie nie widać żadnych ekologów. Za chwilę ta bajeczna konstrukcja zacznie się walić.
Nie mam złudzeń, że „Promised Land” będzie filmem z tezą. Filmem, który zdecydowanie pokaże, iż wydobywanie gazu z łupków to przede wszystkim zagrożenie. Aby żyć w spokoju i w czystym środowisku, lepiej zaniechać tego procederu. W Stanach Zjednoczonych naftowe lobby, pozyskujące ropę w krajach arabskich, jest niezwykle silne i film ten, torpedujący alternatywę energetyczną, wpisuje się w ich narrację. Film został skrytykowany przez szereg mediów - „Los Angeles Times”, „New York Times”, czy „Toronto Globe and Mail”. Niepochlebne głosy na jego temat podnosili również przedstawiciele amerykańskiego przemysłu wydobywczego.
Gdy premier Leszek Miller ponad 10 lat temu podpisał długoterminową umowę na sprowadzanie gazu ziemnego z Rosji, a nie z Norwegii, podniosły się głosy krytyki. Od parudziesięciu miesięcy coraz głośniej mówi się, że polską szansą na energetyczne uniezależnienie się od Federacji Rosyjskiej jest wydobywanie gazu łupkowego. I nagle w 2011 pojawia się ostro promowany dokument Josha Foxxa „Kraj gazem płynący” („Gasland”). Film opowiada o cieniach przemysłu wydobywczego, wykorzystując typową ekologiczną narrację. Według reżysera pozyskiwanie gazu z łupków jest wielce ryzykowne i grozi katastrofą. Dramatyczne wypowiedzi świadków oraz sugestywna muzyka wzmacniają przekaz Foxxa. Gaz jest zły i niebezpieczny dla człowieka. W wielu mieszkaniach wodę lecącą z kranu można podpalić. Ludzie i zwierzęta cierpią, a środowisko jest coraz bardziej zanieczyszczone. W podobnej atmosferze utrzymany jest raport stworzony na zlecenie Komisji Europejskiej. Natomiast według danych portalu Forsal.pl wydobywanie gazu łupkowego jest bezpieczne dla przyrody i społeczeństwa.
Nie zaobserwowano wpływu prac związanych ze szczelinowaniem na jakość wód powierzchniowych i podziemnych, a sam pobór wody nie wpłynął na zmniejszenie zasobów wód podziemnych w rejonie wiertni
- zgodnie stwierdzili eksperci PAN, Politechniki Warszawskiej oraz Instytutu Nafty i Gazu w Krakowie.
I mamy zimę roku 2013. Na ekrany kin w Polsce wchodzi „Promised Land”, film, który – jak wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują – będzie antyłupkową agitką. Wskazywać może na to ujawniony przez „Guardiana” fakt przygotowywania pozwu przeciwko twórcom filmu. Sprawę mają założyć przedstawiciele gazowych grup interesu. Komu więc zależy na tym, aby promować filmy torpedujące alternatywne źródła pozyskiwania surowców energetycznych?
Michał Żarski, Toruń
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/151333-promised-land-gusa-van-santa-kolejny-glos-w-antylupkowej-narracji
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.