wPolityce.pl: Panie profesorze, w ostatnim czasie mieliśmy do czynienia z szykanowaniem poznańskich uczonych tylko z tego powodu, że zdecydowali się podpisać list w obronie prof. Pawłowicz. Skąd bierze się ten swoisty dyktat mniejszości? I dlaczego władze uczelni nie chcą zareagować w tej sprawie?

CZYTAJ WIĘCEJ: Lewicowa "tolerancja". Agresywna młodzież akademicka szykanuje prof. Zawadzkiego, sygnatariusza listu w obronie prof. Pawłowicz

Prof. Zdzisław Krasnodębski: Trudno mi powiedzieć, co było przyczyną w tym konkretnym przypadku, ale jest tak - i wiemy to z innych przykładów -, że władze uczelni ulegają bardzo zdecydowanym naciskom kulturowym i instytucjonalnym. Ulegają z dwóch powodów: pierwszy to nacisk czy wręcz terror psychologiczny, który w ogóle panuje w polskim życiu publicznym. Większość z profesorów zapewne podziela poglądy swoich kolegów, ale nie jest w stanie bronić zasad niezależności i różnorodności opinii na uniwersytecie. Pamiętam, gdy parę lat temu byłem na amerykańskim uniwersytecie w Nowym Jorku i tam zdarzył się taki wypadek, gdy konserwatywni studenci zaprosili organizację, której przedstawiciele sprzeciwiali się nielegalnej imigracji. Lewicowi studenci udaremnili to spotkanie i wówczas rektor tego uniwersytetu wydał specjalne oświadczenie, w którym podkreślał, że uniwersytet jest dla wszystkich, nie tylko dla studentów lewicowych . Oczywiście są pewne granice – dobrego smaku i dyskusji prowadzonej w sposób akademicki, jednak w Polsce mamy do czynienia – i to dotyczy niestety także mojej Alma Mater, czyli Uniwersytetu Warszawskiego – z czymś zupełnie innym. Przypomnijmy sobie choćby niemożność wydrukowania artykułu na temat Smoleńska w uniwersyteckim piśmie. Drugi powód związany jest z naciskami instytucjonalnymi; to z kolei obserwowałem przy innych okazjach. Bardzo często słyszałem zdanie, że „z powodu dobra instytucji” pewne osoby nie mogą się zaangażować w organizację tego typu spotkań, że są otwarte przewody habilitacyjne czy na profesurę belwederską i pewnych rzeczy lepiej nie robić… W kuluarach często mówi się, że z powodu dobra instytucji, dotacji dla uczelni, spojrzenia ze strony ministerstwa, swoje poglądy lepiej trzymać dla siebie. To po prostu źle świadczy o jakości polskiej demokracji i suwerenności uniwersytetów.

 

Wspomniał Pan o Uniwersytecie Warszawskim. Jak odbiera Pan odmowę debaty z narodowcami w murach UW?

CZYTAJ WIĘCEJ: Uniwersytet Warszawski odwołuje debatę o ruchu narodowym. Woli prelekcje o moralności w życiu publicznym prof. Magdaleny Środy

W Polsce toczy się teraz zawzięta walka kulturowa, która mocno przypomina sytuację, która miała miejsce na „Zachodzie” w latach 70. Od tego czasu wojna „na Zachodzie” wygasła, ale także z powodu tego, że jedna ze stron uzyskała dużą przewagę. W Polsce, co jest zresztą mocno wspierane z zewnątrz, właśnie z owego „Zachodu”, toczy się batalia o to, co będzie można w przyszłości powiedzieć, co będzie można zrobić, jakie poglądy i osoby będzie można delegitymizować i zdezawuować. Często dokonuje się tego pod przykrywką rzekomej neutralności światopoglądowej – uczelnie mówią, że nie pozwolą na „robienie polityki w jej murach”, a tak naprawdę znaczy to wyeliminowanie tych osób, które budzą sprzeciw środowisk lewicowo-liberalnych. O tym mówi wspomniana przez Pana sytuacja na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie odwołuje się spotkanie narodowców, a w tym samym czasie organizowane jest spotkanie z radykalną i niezwykle mocno zaangażowaną politycznie feministyką. Znamy też inne nazwiska tych osób, które są fetowane i traktowane jako apolityczne, a przecież w rzeczywistości ich poglądy są skrajnie lewicowe. Ta groźba wykluczenia była też dobrze widoczna na przykładzie listu dotyczącego wypowiedzi prof. Pawłowicz, ale to akurat nie budzi oporu. Środowiska akademickie w Polsce zawsze były w jakimś sensie konformistyczne – choć zdarzały się okresy, gdy na przykład zdominowała je choćby antykomunistyczna atmosfera -, dziś ten konformizm przejawia się w uznaniu politycznej poprawności.

Muszę powiedzieć, że ja też nie lubię wystąpień skrajnych, krzykliwych i zaostrzających stanowiska, zwłaszcza na uniwersytecie powinniśmy się starać uzasadniać i formułować argumenty. Tego powinniśmy unikać, jednak dążeniem strony lewicowo-liberalnej nie jest troska o jakość debaty uniwersyteckiej, ale jej zamknięcie.

 

W jaki sposób sytuacja w Polsce przypomina tę z lat 70. na Zachodzie Europy? Może Pan przybliżyć te podobieństwa? Na czym one polegają?

Warto przywołać tutaj sytuację lat 70. w Niemczech, gdzie nawet profesorowie, którzy uchodzili za lewicowych, nie byli w stanie wytrzymać na uniwersytetach. To przykłady choćby Jürgen Habermasa albo kard. Ratzingera, obecnego papieża. Był on w zasadzie liberalnym teologiem, który tak był zszokowany poglądami, które zaczęto głosić także na wydziałach teologii, że zmienił swoje stanowisko. To była sytuacja, w której wielu profesorów porzucało swoje uczelnie; i to ludzie nieprzesadnie konserwatywnych czy antynowoczesnych. Oni po prostu nie mogli znieść atmosfery nagonki i przemocy. Dziś na uniwersytetach w Polsce mamy sytuację, że mamy ogromne masy biernych studentów i w jakimś sensie naukowców, pracowników uczelni, niezainteresowanych życiem publicznym. Z drugiej strony są bardzo zdecydowani lewicowi aktywiści; ta krzykliwa grupa, wspierana po części przez państwo, rozpoczęła i prowadzi wojnę kulturową. Trzeba się temu przeciwstawić.

 

Mówi Pan o dwóch typach nacisków na uczelnie: kulturowym, o którym rozmawialiśmy, i instytucjonalnym. Czy działalność minister Kudryckiej wpisuje się w te naciski? Jak wyglądają one w praktyce?

CZYTAJ TAKŻE: W tygodniku "wSieci" POLECAMY: "Pani minister grozi palcem. Uczeni rozumieją bez słów. Uczelnie stają się wielką szkołą oportunizmu"

Splatają się tutaj różne rzeczy i wątki. Z tego co opowiadają mi moi koledzy w kuluarach i z tego, co sam zaobserwowałem przez wiele lat działalności uniwersyteckiej, muszę powiedzieć – i pewnie trochę przesadzę -, że gdyby choć część z tych opowiadań okazała się prawdziwa, to na polskich uczelniach mamy do czynienia z sytuacją przypominającą tę w polskiej drogówce. Istnieją na przykładd różne nieformalne naciski na napisanie pozytywnych lub negatywnych recenzji, w kwestii polityki zatrudnienia itd. Z jednej strony jest to związane z władzą i jej charakterem, co jest istotne dla uczelni (choćby na gruncie dofinansowania), a z drugiej dotyczy to sieci wzajemnych powiązań mających charakter „brudnej wspólnoty”. Wiele praktyk jest po prostu oburzających; to co dostrzegaliśmy na przykładzie Pawła Zyzaka i gróźb minister Kudryckiej pod adresem jego uczelni, to jedynie wierzchołek góry lodowej. Sytuacja jest o wiele poważniejsza.

 

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Marcin Fijołek.