"Z niesmakiem i oburzeniem przyglądam się od dawna próbom zawłaszczania przez organizacje ślązakowskie historii naszego regionu"

Z niesmakiem i oburzeniem przyglądam się od dawna próbom zawłaszczania przez organizacje ślązakowskie historii naszego regionu i  uzurpowania sobie prawa do reprezentowania całego Śląska i wszystkich Ślązaków. W dziele tym, od wielu miesięcy wspiera tę małą, ale przyznaję, krzykliwą część mieszkańców Śląska "Dziennik Zachodni". Tak jest i w numerze z dnia 15 lutego gdzie oprócz uznania za postać „kontrowersyjną” Wojciecha Korfantego wydrukowany został list stowarzyszenia „Ślonska Ferajna” próbującego po raz kolejny za pomocą fałszerstw i przeinaczeń zawłaszczać kolejne wydarzenie historyczne jakim była „Tragedia Górnośląska”. Więcej, stowarzyszenie to traktuje te pojęcie niczym maczugę, którą nienawistnie raz za razem stara się okładać ciosami Polskę i Polaków. Nie pierwszy to raz gdy środowiska ślązakowskie (czyli reprezentujące określony nurt i poglądy) dążą do wywołania konfliktu śląskości z polskością i na tak wygenerowanym konflikcie budować swoją pozycję.

Być może warto działaczom nie tylko tego stowarzyszenia przypomnieć, iż podział jaki im się marzy jest sztuczny i fałszywy. Już ponad 100 lat temu, w wydanej w „Bytomiu na Górnym Śląsku”  pracy „Dzieje Śląska” Feliks Koneczny, wybitny filozof, historyk i historiozof, twórca nauki o cywilizacjach pisał: „Ten cel tej książki, żebyście wiedzieli, czytelnicy mili, dlaczego jesteście Polakami; a jesteście nimi od prapradziadów waszych, jesteście nimi od lat tysiąca. Wyście nie od dziś Polakami; bo wy jesteście kością z kości i krwią z krwi tych Polaków, którzy tu pierwsi kraj zaludnili, którzy pierwsi krzyż zatknęli, pługiem zorali skiby i miasta najdawniejsze założyli. Z tego bądźcie dumni”. Na terenie Śląska od wieków żyli obok siebie Polacy, Niemcy, Czesi ale także i ludzie nie czujący przynależności do żadnej narodowości, jak sami o sobie mówili:  „my miejscowi”. Nie była to zresztą specyfika tylko tego obszaru. Podobnie było i w innych częściach kraju, a zapewne i Europy. Tak było np. na terenie dzisiejszej Białorusi, gdzie w latach 40-tych XX wieku mieszkańcy tej ziemi mówili, że są Polakami, tylko że wyznania prawosławnego, albo wręcz nazywali siebie „tutejsi”. Tragedia Górnośląska, wbrew dzisiejszym intencjom stowarzyszeń typu RAŚ czy Ślonska Ferajna nie była li tylko udziałem  Ślązaków (w domyśle: narodu śląskiego).

Wkraczający tutaj w 1945 roku Sowieci – jak słusznie podkreśla znany  dziennikarz Tomasz Szymborski – „nie bawili się w rozważania historyczne bądź dywagacje, czy Ślązak to Polak czy Niemiec? Uważali, że wkraczają na teren wroga, zamieszkany przez Niemców. Była okazja do zemsty, do której zachęcali dowódcy i oficjalna sowiecka propaganda. Obowiązywała nienawiść do Niemców, której symbolem jest odezwa Ilji Erenburga „Zabij” z wezwaniem: „Dzień, w którym nie zabiłeś przynajmniej jednego Niemca jest dniem straconym”. Liczba radzieckich żołnierzy, którzy przeszli przez Śląsk, wynosiła około 1 miliona. A to oznacza, że niemal dorównywała liczbie mieszkańców regionu. Nie było sposobu, by uniknąć spotkania z nimi.” Dzisiejsza próba wmawiania nam, że było inaczej, i że wojska sowieckie mordowały Ślązaków bądź też „Niemców i Ślązaków” jest po prostu historycznym kłamstwem. Sowiecki kałmuk wkraczający do Gliwic czy Bytomia wkraczał do „Germanii” i naprawdę nie miał pojęcia, a nawet nie interesowało go czy morduje Polaka, Niemca czy „miejscowego”. Dla niego wszyscy byli wówczas Niemcami. Nawet jeńcy wojenni zastrzeleni w Miechowicach. Tym bardziej obrzydzenie budzi próba budowy swojej tożsamości na krwi niewinnie pomordowanych i swoisty taniec na grobach uprawianych przez ślązakowców. Warto także zwrócić uwagę na swoistą wybiórczość tego środowiska według którego Ślązak to zawsze ofiara, w przeciwieństwie do Polaka, dla którego zarezerwowano role kata i zbrodniarza. To Polaków wzywa się do rozliczanie i przepraszania za wszystkie wyimaginowane krzywdy „śląskiego narodu” samozwańczo reprezentowanego przez wyżej wspomniane środowiska. Może więc warto zadać pytanie, kim według Ślonskiej Ferajny był np. skazany w 1949 roku Jan Koszyk z Miechowic, który podczas II wojny światowej był dozorcą oddziałowym na kopalni „Prusy” w Miechowicach, a  o którym zachowała się następująca relacja jednego z pracowników przymusowych: „pewnego razu gdy nie mogłem nadążyć odbierać węgla z rynien zaczął krzyczeć na mnie „ty polska świnio, uwijaj się. Chcieliście Niemca zeźryć wy Staliny, my wam pokażemy jak się żyko do Boga”. Po czym zszedł na dół, wziął gumowego węża  i począł mnie bić po głowie, mówiąc „Ty pieronie  i tak zdechniesz jak wszystkie Poloki”. A gdy upadłem na ziemię począł mnie kopać jak bydle. O ostatnich siłach próbowałem uciekać, ale ponownie przewrócił mnie i dalej maltretował. Tak samo prześladował jeńców radzieckich i przy każdej sposobności dokuczał im”. Jakiej terminologii użyje Ślonska Ferajna aby precyzyjnie ustalić kim był wspomniany dozorca? Był Niemcem czy Ślązakiem? Katem czy ofiarą? A może jednak Polakiem? Takich relacji jest oczywiście więcej ale na ich podstawie nikt rozsądny nie wzywa Ślązaków (czy przedstawicieli organizacji uzurpujących sobie prawo do bycia naszym głosem) do pokuty, rozliczeń i przeprosin!

Pozostając dalej w okresie powojennym warto także przypomnieć, iż „górnośląskość” była nawet przez komunistyczne władze (polskie władze – jak głoszą slązakowcy) dość często rozróżniana od niemieckości i wbrew twierdzeniom środowisk autonomistów nie była powodem kar i represji. Świadczyć może o tym np. wyrok Wojskowego Sądu Rejonowego z dnia 21 sierpnia 1946 roku, gdzie uniewinniono 25 oskarżonych mieszkańców Bytomia od udziału w działalności dywersyjnej i sabotażowej. W uzasadnieniu wyroku Sąd podniósł, iż W październiku 1945 roku aresztowano na terenie huty „Bobrek” w Bytomiu /dawnej huta „Julia”/ szereg pracowników tejże huty z pochodzenia Górno – Ślązaków. (…) Powodem licznych aresztowań (…) były pogłoski o mającej istnieć na terenie huty tajnej, nielegalnej organizacji niemieckiej (…) powstałe na tle nieprzychylnego ustosunkowania się do miejscowej ludności niektórych pracowników Wydziału Personalnego, traktujących tą ludność jako Niemców. Widać więc jasno, iż nie jest tak, jak ciągle wmawiają nam ślązakowcy, iż samo górnośląskie pochodzenie było powodem do represji przez ówczesne – zawsze utożsamianie przez nich z polskimi – władze.

Historia niestety nie jest czarno biała, a proste, polegające w przeważającej swej części na nieprawdzie i zafałszowaniach formułki klepane przez RAŚ, Ferajnę i im podobnych w swych zamierzeniach, w moim odczuciu raczej nie maja prowadzić do tego, aby „obiektywnie przyjrzeć się temu bolesnemu rozdziałowi śląskiej historii” i „zmierzyć się z bolesna prawdą”. Nie doprowadzą także do  uczczenia wszystkich ofiar komunistycznego systemu zniewolenia ale raczej do budowy własnej tożsamości – w tym politycznej – ugrupowań, jakie od niedawna próbują wszystkim Ślązakom narzucić swoją wizję historii i przyszłości regionu. „Obiektywną” dla tego środowiska „bolesna prawdą” będzie tylko taka, która utożsami narzucony siłą komunistyczny system represji z Polską, która weźmie całą, pełną i bezwarunkowa odpowiedzialność za coś, z czym Polacy i legalne władze Rzeczypospolitej  nie mieli nigdy niczego wspólnego.

W takim kontekście warto zapytać o to, jakie miejsce wśród ofiar Tragedii Górnośląskiej zajmują wedle środowisk ślązakowskich Polacy? Nie jest chyba dla nich tajemnicą, iż w „Zgodzie” osadzano nie tylko osoby z volsklistą ale także, w znacznej mierze Polaków nie godzących się na komunistyczna dyktaturę, żołnierzy Armii Krajowej, NSZ i innych patriotycznych organizacji. W obozie tym nie osadzono ani jednej osoby za to, że była Ślązakiem! Ówczesna, narzucona Polsce przemocą władza, osadzała tam tych, których – słusznie bądź niesłusznie, tutaj można się spierać i analizować fakty – uznano za Niemców. I jako takich osadzano w obozach bądź też deportowano do ZSRS. Zresztą cały czas należy pamiętać, iż zbrodnie te dotknęły wówczas wszystkich Polaków, niezależnie czy mieszkali na Śląsku, Pomorzu, w Krakowie czy Warszawie. Za te czyny jednak nie można obciążać Polski. Jej legalne i prawowite władze były wówczas w Londynie i z całą mocą potępiały komunistyczny terror, jaki na ziemie polskie wprowadziły sowieckie bagnety. Żołnierze zgrupowania „Bartka”, Stefan Gurtler ps. „Tse” syn Powstańca Śląskiego, byli mordowani nie za to, że byli Ślązakami i operowali na Śląsku ale za to, że walczyli o wolna i niepodległą Polskę. Podobnie Piotr Woźniak „Wir”, partyzanci AK, żołnierze konspiracyjnego Wojska Polskiego tu, na Śląsku poddawani byli latami trwającymi represjom. Jak powiedział w homilii wygłoszonej podczas sprawowanej w Wielowsi w powiecie gliwickim w miejscu zamordowania w okrutny sposób żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych: „Męczeństwo ich to narodowa relikwia. (…) Ziarno męczeństwa, padło tutaj na tej leśnej polanie, aby wydać plon ewangeliczny. Tutaj snem wieczności posnęli nasi bracia, którzy jako dewizę cenili sobie słowa z Apokalipsy św. Jana „bądź wierny aż do śmierci”. Te ofiary to także wynik roku 1945, wynik Tragedii Górnośląskiej, jednakże o ich upamiętnieniu ze strony środowisk ślązakowskich nie pada ani słowo. Myślę, że czas najwyższy aby odkłamać tę, zawłaszczaną przez jedno środowisko nazwę. Tragedia Górnośląska odnosi się do wszystkich niewinnych ofiar zbrodniczego systemu komunistycznego i nie powinna być używana niczym totem przez różne „Śląskie Ferajny” do konfliktowania i dzielenia mieszkańców Górnego Śląska.

 

Maciej Bartków
Bytom

Najnowsze artykuły

Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu

Śledź nas na Google News

Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News

Dziękujemy za przeczytanie!

Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.

Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych