1. Smoleńska brzoza, od której według raportu Millera miała się rozpocząć destrukcja samolotu, została złamana nie na 5 metrach, jak twierdził raport, lecz – jak ustaliła prokuratura - na prawie 7 metrach wysokości.

I znowu nic się nie stało. Brzoza czy nie brzoza, pięć metrów czy siedem – walnęło, urwało, zrobiło beczkę i się rozbiło, a kto w to nie wierzy, ten sekta smoleńska i pisowski oszołom.

2. Brzoza mierzona „na oko”, z dystansu, żeby eksperci komisji rządowej butów sobie nie pobrudzili.

Głos generała Błasika w kokpicie rozpoznawany „na ucho”, jakiś taki podobny się wydawał.

Trotyl rozpoznawany „na nos”, że go nie było. Aparatura co prawda piszczałą, ale z pastą do butów jej się pomyliło. I żeby to chociaż na psi nos rozpoznawali, ale gdzie tam, na własny!

Ciało prezydenta Kaczorowskiego rozpoznawane „na intuicję” ambasadora, który prezydenta znał ze zdjęcia.

Ziemia przekopana na metr w głąb... no dobrze, niech będzie że pół metra... no może i wcale nie przekopana i co z tego?

Wrak w Rosji, ale domagamy się, a jakże, Radek Sikorski zagadnął kiedyś Ławrowa na korytarzu.

3. Ekspertom, którzy mierzą „na oko” brzozę, od której miała się zacząć katastrofa, nie można wierzyć w niczym. Nie wiem, czy to sabotażyści byli czy idioci, ale wiem, że idiotą musi być ten, kto im jeszcze w cokolwiek wierzy. Całe to rządowe wyjaśnianie katastrofy, cały ten raport Millera nie jest już nawet wart papieru, na którym został zapisany. Zapisany... nie, raczej spisany z rosyjskiego raportu Anodiny...

Pozostaje jeszcze wiara w dobrą wolę prokuratury, która coś tam jednak zaczyna badać i wyjaśniać, ale też się, cholera jasna, o metr z kawałkiem z tą brzozą pomyliła, bo do dziennikarzy się śpieszyła.

4. Tragedia smoleńska była straszna, bo zginęli ludzie.

Ale i straszna jest tragedia posmoleńska, bo państwo ginie...