wPolityce.pl: W marcu 2012 roku na konferencji poświęconej polskiemu systemowi prawnemu wygłosił Pan wykład, w którym wskazywał Pan na rolę konstytucji jako instrumentu budowy wspólnoty narodowej. Tłumaczył Pan, że ustawa zasadnicza buduje wspólnotowość. W ostatnim czasie słyszymy natomiast wiele o coraz głębszych podziałach wśród Polaków. Czy dobrze zbudowany system prawny wpływa na zasypywanie takich podziałów?

Prof. Lech Morawski, redaktor naczelny kwartalnika „Prawo i więź”: Nie wiem, jak można zasypać przepaść między uczciwym obywatelem, a szubrawcem. Ci ostatni sami zresztą się uniewinnili ogłaszając rozliczne akty amnestyjne i delegalizujące wszelkie próby rzeczywistej lustracji. Musze powiedzieć, że ogromne wrażenie zrobił na mnie tekst M.Rymkiewicza, w którym dowodził on, że logikę naszych losów historycznych, od czasów Targowicy, zaborów, PRL aż po dzień dzisiejszy określa podział naszego społeczeństwa na dwa narody: naród patriotów, który nawet w najgorszych czasach walczył o naszą wolność i suwerenność i naród kolaborantów, który zawsze wiernie współdziałał z kolejnymi okupantami. Tego podziału nie da się nigdy zasypać i zapomnieć. Nie znam żadnego powodu, dla którego miałbym wybaczyć, że byłem zmuszony przez 40 lat do mieszkania w kraju, w którym nie mogłem mówić i robić tego co uważałem za słuszne, którego władza odmawiała mi przez dziesiątki lat paszportu. To nie ja wykopałem tą przepaść. Uczynili to „mędrcy” z Magdalenki z ich grubymi kreskami, polityką pojednania i powszechnej amnezji. To oni, a nie my, stworzyli te podziały  i to oni je utrzymują łamiąc elementarne normy przyzwoitości. Nikt nie powinien wierzyć i nikt nie powinien nawet o tym marzyć, że można zmusić uczciwego człowieka, by pogodził się z faktem, że wczorajsi kolaboranci i grabarze wolności stali się dzisiaj strażnikami rządów prawa i praw człowieka i nikt przyzwoity nie pogodzi się z faktem, że komunistyczna nomenklatura stała się właścicielem ogromnej części narodowego majątku. Tą częścią, która pozostała w rękach państwa, rządzi zresztą zwykle również ona, we właściwy dla siebie sposób.

 

Mówił Pan również, że w czasie transformacji Polacy nauczyli się dbania o własne interesy, ale nie nauczyli się dbania o dobro wspólne. Jaką rolę systemu prawnego widzi Pan w nauce dbania o dobro wspólne?

Myślę, że po 150 latach zaborów, okupacji, najpierw niemieckiej, a potem sowieckiej, a więc czasie, w którym Polacy nie żyli w swoim własnym państwie i nie widzieli w związku z tym żadnego powodu, by przestrzegać postanowień władzy i współdziałać w realizacji jej zamierzeń, jest to najtrudniejsze zadanie. Państwo musi przekonać obywateli, że jest ich państwem i że jego cele są celami wszystkich Polaków. Państwo nasze nie czyni tego i to jest nasz największy dramat. Ciągle mam wrażenie, że obecny rząd bardziej dba a o to, by lepiej wypaść w oczach funkcjonariuszy UE niż w oczach swoich własnych obywateli. Myślę, że w końcu zapłaci za to wysoką cenę. Ważną role w tym aspekcie odgrywa edukacja. Idea, by przekształcić wydziały nauk prawnych i społecznych w przedsiębiorstwa komercyjne produkujące dla potrzeb rynku Fachidioten, specjalistów, którzy potrafią wprawdzie napisać pozew, ale nie wiedzą, co się dzieje w otaczającym ich świecie, jest zatrważająca.

 

Dlaczego?

To z takiej gleby wyrastają prawnicy, którzy napiszą i zrobią wszystko, co im każe władza, ta w Warszawie lub ta w Brukseli. I znowu dokonuje się to pod dyktando urzędników unijnych. Wystarczy przypomnieć, że to pod dyktando biurokracji brukselskiej napisano sławetną Deklarację bolońską, dokument, który łamie fundamentalną zasadę prawa unijnego, że zakresie kultury i edukacji nie powinno dochodzić „do harmonizacji przepisów ustawowych i wykonawczych Państw Członkowskich” (art.2 ust.5 TFUE), bo to przecież właśnie różnorodność kulturowa i duchowa jest największym bogactwem naszego Kontynentu. Autorzy naszych reform zapomnieli wreszcie, że edukacja winna wychowywać nie tylko specjalistów, ale również dobrych obywateli. Dobry obywatel to wielki skarb każdego państwa, bo bez dobrych obywateli żadne państwo nie będzie w stanie dokonać ani małych ani wielkich rzeczy. Ideę edukacji obywatelskiej skompromitował komunizm, ale fakt, że skompromitował on również - powiedzmy - budownictwo mieszkaniowe nie jest przecież żadnym powodem, by nie budować mieszkań. Państwo, które nie przywiązuje wagi, by wychowywać swoich młodych obywateli w przekonaniu, że troska o dobro wspólne i przywiązanie do swojej ojczyzny jest ich najwyższym obowiązkiem, samo pozbawia się największego sojusznika w realizowaniu swoich zadań i podcina korzenie, na których się opiera. Demontaż polskiej humanistyki, nauk społecznych i prawnych, który dokonuje się pod auspicjami obecnego rządu, budzi moje największe obawy. W najbliższych numerach "Prawa i Więzi" ukażą się publikacje, w których podejmiemy debatę na ten temat. Rządzący muszą wreszcie zrozumieć tą prostą prawdę, że uniwersytety służą kształceniu światłych obywateli, tak jak szpitale leczeniu chorych, a nie mnożeniu zysków i czynieniu oszczędności.

 

W najnowszym numerze pisma „Prawo i Więź” piszecie Państwo m.in. o rozliczaniu przeszłości. Czy brak rzeczywistego rozliczenia z PRL w obszarze prawodawstwa oraz sądownictwa daje dziś zatrute owoce? Czy takie rozliczenie jest jeszcze potrzebne?

Kant gdzieś napisał, że gdyby na bezludnej wyspie pozostał tylko jeden skazany na karę śmierci człowiek, to wyrok należałoby wykonać, gdyż tego wymaga sprawiedliwość. Cywilizowany świat nadal ściga nazistowskich zbrodniarzy i morderców, mimo że niektórzy z nich mają ponad 90 lat i nie stanowią dla nikogo żadnego zagrożenia. Zbrodniarzy karze się nie dlatego, że stanowią zagrożenie, ale dlatego, że są zbrodniarzami.  Jeśli zaś chodzi o filozofie pojednania i wybaczenia, to twierdzę, że jednać się można wyłącznie z tymi, którzy wyrazili skruchę i szczerze wyznali wszystkie swoje grzechy (tak było w Afryce Płd. w słynnych komisjach pojednania), a nie z tymi, którzy całe swoje życie oszukiwali i mataczyli i czynią to po dzień dzisiejszy. Kant dobrze rozumiał, że wyroki i decyzje władzy stanowią sygnał dla obywateli, czy w życiu warto jest być przyzwoitym człowiekiem, czy bardziej opłaca się być zwykłą świnią. Gdy znajduje się w polskich urzędach, przechadzam po korytarzach polskich uniwersytetów, gdy obserwuje debaty w naszym Sejmie, słucham enuncjacji rządu i uzasadnień niektórych wyroków sądowych, to mam wrażenie, że ustawicznie słyszę pochrząkiwanie tych ostatnich. I to jest właśnie cena filozofii pojednania za wszelką cenę i wybaczania wszystkim wszystkiego. Brak lustracji i dekomunizacji był najgorszym błędem III RP i dopóki będzie żył ostatni szubrawiec z czasów PRL będzie nim nadal.

 

Dlaczego?

Wspaniałomyślna polityka wybaczanie wszystkim wszystkiego doprowadziła wreszcie do sklonowania komunistycznego etosu, który stał się podstawą funkcjonowania III RP. W ten sposób mentalność funkcjonariuszy PRL staje się mentalnością elit w III RP i te ostatnie powielają w swoich zachowaniach wzorce postępowania, które odziedziczyły po tych pierwszych. Dramatyczne jest przy tym to, że zjawisko klonowania komunistycznego etosu dotyczy również najmłodszego pokolenia. Z tego to powodu tożsamość konstytucyjna młodych Polaków staje się od samego początku tożsamością zniekształconą, a młodzi Polacy, którzy biorą udział w życiu publicznym, szybko przejmują, jak to ujął nasz wielki socjolog  A. Podgórecki, mentalność swoich komunistycznych wujków. Korupcja, protekcjonizm, serwilizm i porażający konformizm to nieodłączne cechy tej mentalności.

 

Czy obecna Polska z jej nierozliczoną przeszłością, z obecnym systemem prawnym może być prawdziwie sprawiedliwym i demokratycznym krajem?

Nie może i nigdy nim nie była. III RP to twór zbudowany nie na gruzach PRL, ale na jej fundamencie. Poczucie sprawiedliwości władców III RP, to poczucie sprawiedliwości funkcjonariuszy PRL. W ogromnej większości są to zresztą te same osoby. III RP to nie dzieło obywateli tego kraju, którzy w wolnym i uczciwym dyskursie mogli wybrać państwo o jakim od pokoleń marzyli, ale wytwór układu liberałów i postkomunistów, którzy właściwie niewiele się od siebie różnią. Na naszych oczach spełniło  się proroctwo Orwella, gdy w jednym z ostatnich  fragmentów swojej  książki Folwark zwierzęcy  przedstawia symboliczna  scenę, w której walka o wyzwolenie kończy się zbrataniem się świń z ludźmi w taki sposób, że nie jesteśmy już w stanie rozróżnić jednych od drugich. Przeciwnicy tego, co tutaj piszę, twierdzą, że w rozmowach okrągłego stołu, które doprowadziły do utworzenia RP, zawarto porozumienie, a umów należy dotrzymywać. Prawo zna oczywiście instytucje ugody i pojednania, ale nie zna nic takiego jak instytucja „dżentelmeńskiego” porozumienia między komunistyczną władzą, a niektórymi opozycjonistami zawartego ponad głowami obywateli i w ich imieniu. Ktoś może uważać, że Pakt w Magdalence nie ma wprawdzie mocy prawnej, ale ma moc moralną. Problem polega jednak na tym, że im więcej o nim wiemy, tym bardziej staje się oczywiste, że był on zwykłym poddziałem łupów między tymi, którzy oddali władzę, a tymi którzy chcieli ją przejąć. To właśnie ten Pakt był aktem założycielskim III RP i polską parodią amerykańskiej Deklaracji Niepodległości. To na tej parodii wspiera się aksjologia Konstytucji z 1997 roku i to jest kolejny powód, by ją w końcu zmienić.

Rozmawiał Stanisław Żaryn

Prof. Lech Morawski, redaktor naczelny kwartalnika „Prawo i więź”, kierownik Katedry Teorii Prawa i Państwa na Wydziale Prawa i Administracji UMK.


Druga część WYWIADU z prof. Morawskim w NAJNOWSZYM NUMERZE TYGODNIKA "wSieci". POLECAMY!