Na zdjęciu: Konstanty Gebert wystąpił jako jedyny publicystyczny ekspert w uznanym powszechnie za skrajnie manipulacyjny filmie "National Geographic" o tragedii smoleńskiej.

***

Ceniony, zawsze spokojnie i merytorycznie argumentujący profesor Zdzisław Krasnodębski od dawna znajduje się na celowniku mediów rządowych. Krytyczna analiza obozu władzy i mediów z jego strony, w jego wykonaniu, podparta faktami i aparatem socjologicznym, znajomością świata, musi być szczególnie bolesna i trudna do odparcia.

A kiedy brakuje argumentów sięga się po przemysł pogardy lub zwykłe kłamstwa. Mieliśmy już więc okładkę tygodnika "Polityka" gdzie profesora zaliczono do "oszołomów". A teraz kolejny akt - ostre słowa Dawida Warszawskiego (pseudonim Konstantego Geberta) w weekendowym wydaniu "Gazety Wyborczej". Niestety, i tym razem nie jest to polemika merytoryczna, ale brutalny atak, oparty na wymyślonym cytacie. Ale po kolei.

Warszawski swój tekst pt. "Moja Polska" zaczyna od omówienia wynurzeń blogera o pseudonimie "opozycjonista".

To już zabieg mało uczciwy - zdarzają się anonimowi lewicowi blogerzy grożący śmiercią konserwatystom. Jednak Gebert (Warszawski) wie co robi. Ten cytat potrzebny mu jest tylko po to by uderzyć w profesora Krasnodębskiego. Zacytujmy:

 

Podobnie uważa profesor Zdzisław Krasnodębski. W zamieszczonym na forum Salon24 komentarzu profesor (który zresztą uważa, że w filmie NG wystąpiłem jako „specjalista”), pokrótce i częściowo błędnie opisawszy moich rodziców, stwierdza: „Owocem tego związku jest wspomniany Konstanty, późniejszy dziennikarz »GW « zapewne bardzo bliski ideologicznie ideologii swego ojca. I jak tu nie czepiać się resortowych dzieci, kiedy są one swoją mentalnością nieprzytomnie uczepione stalinowskich korzeni swoich przodków?”.

Tu już nie ma wątpliwości: jestem jego zdaniem, z racji ojca, stalinowcem i zapewne sowieckim agentem; moje wybory są tu bez znaczenia. Tak uważa polski uczony, socjolog, członek PAN. Nie wiem, czy profesor Krasnodębski ma dzieci.

Jeśli tak, to pragnę im wyrazić moją sympatię i zapewnić, że - wbrew temu, co ich ojciec uważa na temat dziedziczenia postaw w rodzinie - mają one nie mniejszą niż inni szansę, by być przyzwoitymi ludźmi. Ich ojciec jednak się tej szansy zrzekł.

Profesor Krasnodębski potępił mnie, bo miałem niewłaściwego ojca; nie sądzę, żeby o ocenę takiej postawy można było się spierać. To jednak nie musi znaczyć, że informowanie o tym, kim byli rodzice osób uczestniczących w życiu publicznym, jest zawsze czymś złym. Tyczy się to zwłaszcza ludzi ubiegających się o publiczne, w tym przede wszystkim wybieralne, stanowiska. Rodzice wywierają w końcu jakiś wpływ na formowanie się osobowości każdego z nas - i każdy dorosły człowiek jest w stanie to na własnym przykładzie ocenić.

W takim stopniu, w jakim będzie on czy ona uważać, że jest tylko produktem ich zabiegów wychowawczych, a własne dokonane wybory są bez znaczenia, będzie do informacji o tym, kim byli rodzice kandydata, przywiązywał większą czy mniejszą wagę. Zarazem jednak takie publiczne debatowanie o rodzicach drastycznie narusza prywatność ich dzieci.

Jeżeli ktoś pragnie podjąć karierę polityczną, winien się z takim naruszeniem liczyć. Prywatność reszty z nas, jak sądzę, winna być jednak chroniona.

"Opozycjonista" i profesor Krasnodębski wśród rzeszy pozostałych lustratorów drzewa genealogicznego uważają jednak inaczej (...) .

Wyraźna to próba przypisania profesorowi poszukiwań genetycznych źródeł postaw publicznych. Częste narzędzie używane przez "Wyborczą".  Wygodne, bo w nowoczesnym świecie - i słusznie - kompromitujące.

Czytamy jednak wszystkie teksty profesora Krasnodębskiego, ale wspomnianego cytatu (i wyciągniętego z niego przez Geberta wywodu) nie mogliśmy sobie przypomnieć. Nic nie przyniosła również szczegółowa kwerenda. Zapytaliśmy więc profesora czy takie słowa wyszły faktycznie spod jego pióra - zaprzeczył. Szukaliśmy dalej.

Cytat w końcu się znalazł, zupełnie gdzie indziej. Wspomniane słowa, a więc

Owocem tego związku jest wspomniany Konstanty, późniejszy dziennikarz "GW" zapewne bardzo bliski ideologicznie ideologii swego ojca. I jak tu nie czepiać się resortowych dzieci, kiedy są one swoją mentalnością nieprzytomnie uczepione stalinowskich korzeni swoich przodków?

napisał także anonimowy bloger o pseudonimie Mikker w notce zatytułowanej "Donald "Bismarck" Tusk i polbolszewickie media" na Salonie24.

Mamy więc do czynienia z postępowaniem niesłychanym - by uderzyć w profesora Krasnodębskiego najpierw zestawia się go z anonimowym blogerem, a następnie przypisuje mu słowa innego blogera! To czysta manipulacja i zwykłe kłamstwo. Rzecz nieprawdopodobna, kompromitująca tak Geberta (Warszawskiego), jak redakcję "Wyborczej".

Ale trudno uwierzyć by było to działanie przypadkowe. W rzeczywistości bowiem także o tej sprawie profesor napisał spokojnie i rozważnie. Zacytujmy fragment artykułu z "Gazety Polskiej Codziennie":

Nie wybieramy swoich rodziców czy dziadków. Nie dziedziczymy też wprost ich wad, zalet, inteligencji albo jej braku, a tym bardziej ich win i zasług. Ale nawet wtedy, gdy nie pozostajemy wobec nich bezkrytyczni, możemy odczuwać z nimi solidarność, możemy bronić ich postawy, kierując się odruchem rodzinnej solidarności.

Możemy także pozostawać pod wypływem przejętych w dzieciństwie wzorów. Jak pisał wspomniany już Parsons: „Istnieje wiele dowodów na to, że ważniejsze wzory moralne nie są jedynie czymś, co »akceptujemy« rozumowo. Były one wpajane od wczesnego dzieciństwa i są głęboko »zakorzenione«, tworząc część podstawowej struktury samej osobowości. Pogwałcenie ich niesie ze sobą nie tylko ryzyko sankcji zewnętrznej, lecz także konfliktu wewnętrznego, często prawdziwie paraliżującego”.

Esbeckie wzory moralne, zinternalizowane we wczesnym dzieciństwie, stanowią przeklęte dziedzictwo, którego warto się pozbyć. Być może otwarta rozmowa, być może ujawnienie rodowych tajemnic pozwoliłoby nie tylko czynić polską demokrację bardziej autentyczną i przejrzystą, lecz także umożliwiłoby wielu obecnym prominentom, kształtującym opinię publiczną w Polsce, rozładować ów wewnętrzny konflikt – jeśli go odczuwają.

Prawda, że nie pasuje do tezy Warszawskiego? Wolał więc dorobić inny. Podkreślmy - to praktyka niepojęta, niespotykana w cywilizowanym świecie publicystyki.

Co w tej sprawie zamierza zrobić profesor Krasnodębski, którego poinformowaliśmy o sprawie? Na nasze pytanie odpowiedział:

To nie mieści się w głowie. Tym razem jednak chyba skorzystam z pomocy adwokata

- stwierdził ceniony naukowiec.

Rzeczywiście, sprawa nie może pozostać bez reakcji, także innych publicystów. Na takie praktyki zgody być nie może.

gim