„Wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych”, snuł prostoduszny koń Boxer z „Folwarku zwierzęcego” George`a Orwella. Podczas, gdy przeciętni obywatele w naszym kraju mają coraz mniej pieniędzy w portfelach, marszałek i wicemarszałkowie Sejmu przyznali sobie nawzajem sowite premie. Gdyby nie dziennikarze, nikt pewnie by się o tym nie dowiedział. Ale ci mniej równi się dowiedzieli i wybuchł skandal.
Początkowo nagrodzeni bronili swego, potem niektórzy zaczęli wymyślać, kto, ile i jakiej biedocie przekaże część czy całość tych gratyfikacji, wreszcie premie uległy „zamrożeniu”. Premier Donald Tusk, który nagle dostrzegł, że politycy w ogóle nie powinni ich sobie dawać, skoro nie potrafią zapewnić podwyżek obywatelom, nie omieszkał przy tej okazji pochwalić panią marszałek Ewę Kopacz za to, że zwróciła szmal, a nawet zamroziła ten fundusz do końca kadencji. Niech żyje, niech żyje, niech żyje!
Przy okazji swoje lody kręci były premier Leszek Miller. Co też prawda poskromił towarzysza Jerzego Wenderlicha, który początkowo nie chciał rozstać się z pieniędzmi, co mogłoby oznaczać, że szef lewicy uznał to za nieetyczne, lecz już w odniesieniu do Wandy Nowickiej ma inną miarę. Skoro Ruch Palikota jest taki pryncypialny i wycofał swą rekomendację dla pani wicemarszałek, on - Miller, przyjmie ją do SLD z otwartymi ramionami…
Na marginesie rozgorzałej dyskusji były premier zapłakał przed kamerami, że gdy jakiś zagraniczny kolega-polityk dowiedział się, ile on zarabia, omal nie umarł ze śmiechu. Zapewne powodowany ludzkim odruchem Miller nie powiedział mu, ile wynosi u nas przeciętna pensja czy najniższa emerytura, bo wtedy jego rozmówca mógłby naprawdę dostać zawału.
Premie, poselska nietykalność, w tym ta radarowa, rozdzielanie stanowisk partyjnym miernym, ale wiernym, czy rodzinie… - mamy różne przejawy degrengolady w tzw. elitach władzy. Co tam jakieś Niemcy, gdzie za słabość do grantów nawet prezydent musiał podać się do dymisji, gdzie ministrowie i premierzy landów tracą stanowiska np. za polecenie firmy szwagra, jako ewentualnego producenta żetonów do wózków w supersamach, za skorzystanie z darmowego dostarczenia piwa na przyjęcie weselne, czy choćby za pobieranie państwowych dopłat za zatrudnienie bezrobotnej pomocy domowej... - ich pech, że nie urodzili się w Polsce.
W cywilizowanym świecie nazywa się to nepotyzm, partykularyzm, partyjnictwo czy prywata, w naszej rzeczywistości stało się to kanonem i może wręcz uchodzić za przejaw geniuszu salonowego. Dość wspomnieć usadowienie przez byłego wicepremiera 73 letniej mamusi-emerytki z wsi Pacyny, na fotelu prezydenta Fundacji Partnerstwa dla Rozwoju. Jak oburzał się Waldemar Pawlak, „nikogo nie musiał przepraszać, że ma mamusię”, a poza tym, „komu miał bardziej ufać niż własnej rodzinie”. Przecież nie ludziom z PSL, czego dowiodła afera taśmowa - nagrana rozmowa dwóch Władków, szefa kółek rolniczych, byłego posła Serafina i byłego prezesa Agencji Rynku Rolnego Łukasika. Najtęższym umysłom trudno połapać się w koneksjach Waldka-szwagra-kobity-brata i przyjaciół królika, którzy podzielili się rolą na poletku „peezelu”. Nowy szef „ludowców”
Janusz Piechociński uchodził niby za krytyka partyjnego nepotyzmu, ale - jak się okazało - w czasach, gdy był prezesem mazowieckiego funduszu ochrony środowiska sam zatrudnił swoją siostrę. Decydujący kryterium były ponoć „kwalifikacje”. Swoje chłopy w tym stronnictwie, konie z nimi można kraść.
Podobnymi przykładami nie tylko partii zielonej koniczyny można sypać jak z rękawa. Były minister rolnictwa Artur Balazs wymachuje listą kilkudziesięciu działaczy PO na synekurach w agencjach rządowych i samorządach. Widać, wypadł z obiegu. Nasz niekończący się serial pt. „M jak mordo ty nasza”, że nawiążę do skandalu z byłym prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim, gdy złośliwy wirus C2H5OH połamał mu stawy na Ukrainie, utulonego później przez byłego szefa SLD, byłego wicepremiera, byłego marszałka, dziś senatora Marka Borowskiego.
Przykład idzie z góry, wzdłuż i wszerz. Chorzy mogą dogorywać w kolejkach, drżeć o to, czy w ogóle dostaną leki i żebrać o pieniądze na protezy, a tzw. Narodowy Fundusz Zdrowia dzieli - jak właśnie donosi „Fakt” - urzędnicze premie; w sumie wydał na nie w ubiegłym roku 1,8 mln złotych…
Czego się Jaś nauczy, to i Małgosia potrafi. Postawy, które powinny uchodzić za nieetyczne, naganne i być napiętnowane, stały się wzorcem. Decydujące są różnorakie koneksje i powinowactwo. „Moralność premiera Tuska i jego formacji stanowi kliniczny przykład dulszczyzny”, zagrzmiała swego czasu była sejmowa posłanka, obecnie europarlamentarzystka Joanna Senyszyn, honorowa członkini Racji Polskiej Lewicy. Rzecz jasna, jej SLD nie jest skumotrzały jak PSL, czy PO, jest czysty, przezroczysty, zdrowy, oczywisty. Nie to, co taki na przykład biskup Tadeusz Pieronek, moralista za dwa trzysta, który w oczach, mowie i piśmie czułej i wrażliwej Senyszyn jest „jak wszyscy kościelni hierarchowie od lat nieodmiennie bezczelny i arogancki” - po prostu - „bulterier Episkopatu”. Rzecz jasna, o Prawie i Sprawiedliwości, które wypowiedziało walkę z patologiami, w ogóle nie ma co gadać, toż to przecież, jak się okazało przy ogłaszaniu wyroku skazującego dla lekarza-łapówkarza, stalinowscy zamordyści, mający na celu ograniczenie swobód obywatelskich i zburzenie porządku publicznego.
Strach pomyśleć, co by było, gdyby znów władza wpadła im w ręce!A, że licho nie śpi, „hajda na koń, łuki w juki, a łupy wziąć w troki….!” Trzeba zewrzeć szeregi i dołożyć wszelkich starań, aby nigdy tej władzy nie zdobyli, aby nasze autorytety etyczno-moralne mogły spokojnie robić swoje.
Tak jak europoseł Marek Migalski z Polski, która podobno Jest Najważniejsza. Ten politolog z tytułem doktora nauk humanistycznych, wykładowca paru uczelni, odkrył rok temu, że głosował za ACTA i tłumaczył, że „nie wiedział za czym głosował”, gdyż był mocno zapracowany. Jak wyłożył na swoim blogu, polityk „musi bywać w mediach, jeździć do swojego okręgu wyborczego, musi knuć w swojej partii, żeby go koledzy partyjni nie obeszli z lewa i z prawa”. Za tę szczerość osobiście przyznałbym mu premię. A propos: jaka jest różnica między politykiem a słuchawką telefoniczną? Słuchawkę, jeśli się źle wybrało, można powiesić…
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/149690-piotr-cywinski-dla-wpolitycepl-gluchy-telefon-w-cywilizowanym-swiecie-nazywa-sie-to-nepotyzm-partyjnictwo-czy-prywata-w-naszej-rzeczywistosci-to-geniusz-salonowy
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.