„Gazeta Wyborcza” w kpiącym tonie pisze, że „prawicowe media wiedzą przed premierą”, że film „Śmierć prezydenta”, który kanał National Geographic nada w niedzielę, to manipulacja. Kpina wzięta ze standardowego repertuaru, całkowicie nietrafiona, ponieważ od jakiegoś czasu było dość przesłanek, aby wiedzieć, że film będzie opierał się wyłącznie na dwóch oficjalnych raportach – MAK i komisji Millera. A to oznacza, że nie będzie uwzględniał w żadnym stopniu kontrowersji i niezależnych badań. Kiedy w końcu przedstawiciele National Geographic pokazali film także dziennikarzom z bardziej sceptycznych mediów (pierwszy pokaz był tylko dla tych, o których było wiadomo, że krytykować nie będą), wszelkie wątpliwości zniknęły. Relacja Marka Pyzy – od dawna zajmującego się katastrofą smoleńską – pokazuje, jakie uproszczenia i przekłamania znalazły się w filmie.

CZYTAJ WIĘCEJ: NASZA RECENZJA filmu National Geographic. Stek przekłamań i manipulacji. Należy im się medal od polskiego rządu!

Nie chcę się tu jednak zajmować detalami, zwartymi w filmie. Zastanawia mnie raczej decyzja szefostwa kanału NG i producentów filmu, aby stworzyć go właśnie w takiej postaci. Oczywiście najprostsza i często powtarzana odpowiedź brzmi: NG zawsze opiera swoje filmy z serii „Katastrofa w przestworzach” na oficjalnych raportach. Powtarzają tę odpowiedź, rzecz jasna, osoby, które do katastrofy smoleńskiej mają określony stosunek: swoje nią zainteresowanie zamknęły na poziomie raportu Millera albo nawet Anodiny. Nie jest to jednak odpowiedź trafna.

Takie podejście w tym przypadku może być ryzykowne z punktu widzenia wiarygodności stacji. Jak można się przejechać, pokazuje – znacznie mniej kontrowersyjny – przypadek słynnej katastrofy concorde’a na lotnisku de Gaulle’a w 2000 r. Oficjalna wersja, na podstawie której nakręcono poświęcony tej katastrofie odcinek, jest powszechnie znana: pasek metalu, który oderwał się od poprzednio startującego samolotu, powoduje rozerwanie opony concorde’a, jej szczątki uderzają z ogromną siłą w skrzydło, w wyniku ciągu dalszych zdarzeń doprowadzając do eksplozji. Jednak dziennikarskie śledztwo, prowadzone w ciągu kolejnych lat przez dziennikarza Observera, wykazało, że sprawa była prawdopodobnie bardziej skomplikowana, a w grę wchodziły także polityczne naciski, aby zamaskować niedbały sposób serwisowania słynnych maszyn. O ile mi jednak wiadomo, autora tamtego pamiętnego tekstu nikt nie wyzywał od oszołomów i zwolenników teorii spiskowych. Co więcej, francuski sąd apelacyjny zaledwie kilka tygodni temu skasował wyrok przeciwko liniom Continental Airlines, od których maszyny miał odpaść feralny kawałek metalu. Jak widać, oficjalna wersja katastrofy także w mniej emocjonujących przypadkach nie musi być jedyną słuszną.

Trzeba ponownie podkreślić, że przypadek katastrofy pod Paryżem był znacznie mniej kontrowersyjny i politycznie uwikłany niż katastrofa pod Smoleńskiem. Starając się zrozumieć, dlaczego kierownictwo NG podjęło taką, a nie inną decyzję, można przyjąć dwa założenia. Pierwsze jest takie, że nie było świadome liczby wątpliwości i kontrowersji, także politycznych, jakie narosły wokół sprawy. To wydaje się jednak niemożliwe. To tło musi być oczywiste dla każdego, kto choćby pobieżnie zajmował się sprawą, a nie zapominajmy, że firma, produkująca serię, została w swoim czasie zasypana protestami w sprawie planowanego odcinka.

Druga możliwość jest zatem taka, że o wątpliwościach, kontrowersjach, niezależnych badaniach wiedziano, ale świadomie postanowiono je zignorować. Jeśli tak, to trudno za dobrą monetę wziąć cytowaną przez „GW” wypowiedź jednego z twórców filmu, Eda Sayera, który stwierdził:

Są tacy, którzy chcą wykorzystać nasz film politycznie. Nie będziemy tego komentować, nie angażujemy się w politykę.

Otóż jest dokładnie odwrotnie. Uwzględniając jedynie oficjalną wersję wydarzeń, a wszelkie obiekcje wobec niej kwitując paru lekceważącymi komentarzami, autorzy filmu właśnie zaangażowali się w politykę, i to najgłębiej jak można.

Powstaje zatem pytanie, co mogli zrobić, aby tego uniknąć. Możliwości było kilka. Jeżeli twardym założeniem serii jest, że musi się ona opierać wyłącznie na oficjalnych raportach, to – dostrzegając ogrom wątpliwości, wyrażanych wobec tychże w tym przypadku – można było po prostu zrezygnować, przynajmniej na jakiś czas, z realizacji odcinka. Zwłaszcza że nadal trwają prokuratorskie śledztwa w Rosji i w Polsce. To najoczywistsza możliwość.

Druga była taka, aby w filmie dać odpowiednie miejsce krytykom oficjalnej wersji. Nie sądzę, aby wielkim kompromisem było oddanie na kilka choćby minut głosu np. prof. Biniendzie. Jeśli głównym kryterium, które zdecydowało o tym, że jedynym ukazanym w filmie komentatorem spoza oficjalnego grona jest Konstanty Gebert, jest znajomość angielskiego, to sądzę, że pracujący od lat w USA Binienda także dobrze je spełnia. Nie wydaje mi się także, aby wielkim kłopotem było znalezienie w Polsce mówiącego po angielsku dziennikarza, który pokazałby pogląd inny niż Gebert. Poza tym parlamentarny zespół Macierewicza nie jest jednak komisją z Koziej Wólki, ale ciałem działającym w ramach polskiego parlamentu.

Tego twórcy filmu również nie uczynili. Trudno mi wobec tego uznać, że ich działanie nie ma określonego politycznego wydźwięku. Muszę też założyć, że oni sami – o ile nie są kompletnymi idiotami – wiedzą to równie dobrze. Pozostaje pytanie, jakie były motywy ich postępowania. Nie mam tu gotowej odpowiedzi. Hipotezy można by mnożyć. Tak czy owak, za sprawą całkowicie świadomej decyzji cieszący się dotąd dobrą renomą kanał dokumentalny postanowił wziąć udział w poważnym politycznym sporze. Szkoda.