Dwa dni po „zasadniczym” pokazie prasowym, na który zaproszono tylko prorządowych dziennikarzy, National Geographic zgodziło się pokazać swoją głośną już produkcję również mediom mającym poważne wątpliwości wobec oficjalnie serwowanych wersji zdarzeń z 10/04. Nawet się temu specjalnie nie dziwię. Ten cyniczny zabieg miał sprawić, by pierwsze opinie, jakie pójdą w świat o tej produkcji, były pełne zachwytów. Tak też się stało.

„Śmierć prezydenta” oglądałem więc w kameralnym gronie – z Anitą Gargas i Bronisławem Wildsteinem.

Podstawowa konstatacja jest taka, że National Geographic i autorom serii „Katastrofy w przestworzach” nie zależy na poszukiwaniu prawdy. Jedynym celem, jaki sobie postawili, jest zekranizowanie dwóch raportów – MAK i komisji Millera oraz podlanie ich propagandowym sosem „Gazety Wyborczej”. Zresztą jedynym „niezależnym” polskim komentatorem wypowiadającym się w tym filmie jest Konstanty Gebert – współpracownik właśnie „GW” (czasem jako Dawid Warszawski).

Oto kilka podstawowych uwag, spisanych „na gorąco”:

- Absolutna jednostronność filmu. Wszystkie ustalenia MAK i Millera zostały uznane za prawdy objawione. Poza Gebertem w filmie wypowiadają się: Jerzy Miller, Maciej Lasek (z komisji Millera), Wiesław Jedynak (z komisji Millera), Siergiej Jakimow (rosyjski dziennikarz), Aleksander Stepczenkow (były kontroler na Siewiernym) i Andriej Kasjanow (ratownik).

Gdy mowa jest o tym, że nie wszyscy wierzą w oficjalne wersje, pada termin „teorie spiskowe”, słowa „zamach” i „morderstwo” - bez najmniejszego odniesienia się do konkretów, do nieścisłości w raportach, do badań naukowców. Stygmat jakichś bliżej nieokreślonych oszołomów jest i to wystarczy. Konstanty Gebert z pobłażliwym uśmiechem wspomina:

Mówiono, że polski rząd wiedział i współpracował z Rosjanami, by pozbyć się konkurenta politycznego.

Takie zdania mają zamknąć temat wątpliwości.

 

- Dowiadujemy się, że na miejscu w zasadzie błyskawicznie pojawiła się ekipa Polaków, „która będzie pracować u boku Rosjan”. I zaraz po tym, że „dokładna analiza przeprowadzona przez ekspertów z Polski i Rosji wykazuje, że nie ma śladów materiałów wybuchowych”. Przypomnijmy, bo trzeba: Polacy z tymi badaniami nie mieli nic wspólnego. Pierwsze własne badania pirotechniczne przedmiotów z samolotu przeprowadziliśmy kilka tygodni po katastrofie, a wraku – po 2,5 roku. Nie znamy jeszcze ich wyników.

 

- Redaktor Jakimow tak opisuje smoleńską mglę:

Prawie nic nie było widać. Nawet własnej dłoni ani osoby stojącej obok…

 

- Kłamstwo dotyczące czarnych skrzynek. W czasie inscenizacji „polski ekspert” pyta: „Rozumiecie, że potrzebujemy wszystkich trzech?” Rosjanin z MAK odpowiada: „To dla nas priorytet”. Dla pewności narrator konkluduje: Tupolew miał trzy rejestratory. A my prostujemy: miał pięć! Z czego jednego nigdy nie znaleziono. Został uznany za doszczętnie zniszczony. Z filmu można zresztą odnieść wrażenie, że poszukiwania rejestratorów trwały godzinami. Jak wiemy montażysta TVP sfilmował je kilka minut po katastrofie.

 

- Wraca wątek presji na załogę. Przedstawiony jest bardzo skrupulatnie. Mamy więc scenę w której Mariusz Kazana w kokpicie słyszy komunikat od załogi: „Panie dyrektorze, wyszła mgła”. Po chwili Wiesław Jedynak zaznacza, że osoby postronne znajdowały się w kabinie, a narrator wypowiada zdanie:

Zasady bezpieczeństwa wykluczają obecność gości w kokpicie podczas kluczowych momentów lotu.

Problem w tym, że TO NIE BYŁ KLUCZOWY MOMENT! Było jeszcze dużo czasu i wiele kilometrów do lotniska.

Efekt jest jednak osiągnięty. Dodatkowo narrator stwierdza:

Wygląda na to, że obecność na pokładzie ważnych osób miała wpływ na presję.

A skąd to wiadomo? National Geographic przeprowadziło własną szybką analizę psychologiczną załogi?

Nie mogło zabraknąć i tego zdania:

Niektórzy śledczy twierdzą, że generał Błasik też był w kokpicie.

Którzy niektórzy? Tego się już nie dowiadujemy.

 

- Autorzy stawiają jednoznaczną tezę: to piloci są winni. Bo tylko kapitan mówił po rosyjsku i prowadził korespondencję zamiast skupiać się na przyrządach. Twórcy filmu twierdzą, że załoga nie znała obsługi samolotu próbując odchodzić w automacie, co nie było możliwe na lotnisku bez systemu ILS. Jak wiemy, choćby z raportu Millera, jest to możliwe...

Stawia im się zarzut w jednej części filmu, że próbowali lądować w tak gęstej mgle (nie próbowali), a w innej sam Maciej Lasek mówi:

Po uzyskaniu informacji o mgle należało podjąć decyzję o odejściu na lotnisko zapasowe.

To – dodajmy – prywatna opinia szefa PKBWL. Piloci mieli pełne prawo podejść do lotniska!

Jednoznaczna jest sugestia, że ulegli presji. W wątku „naciskowym” pojawia się oczywiście i wątek gruziński. Gdy słyszymy, że kapitan tamtego lotu „odmówił lądowania na niebezpiecznym lotnisku” widzimy inscenizację lotu z 2008 r., co ma sugerować, że wówczas w powietrzu wywierano presje na załogę. To nieprawda. Zamieszanie z lotem do Tbilisi miało miejsce w czasie postoju w ukraińskim Symferopolu.

Owszem, jest wątek mówiący o nieprecyzyjnych komunikatach kontrolerów, ale potraktowany jako mało istotny i nie mający zasadniczego wpływu na katastrofę. Swoją drogą, smoleńska „wieża” sprawia wrażenie nieźle wyposażonego stanowiska dowodzenia z cywilizacji zachodniej…

Spośród bohaterów zdarzeń z 10/04 z nazwiska wymieni są tylko Lech Kaczyński, Arkadiusz Protasiuk, Mariusz Kazana oraz Andrzej Błasik. Kontrolerzy pozostają anonimowi.

Jerzy Miller mówi co prawda:

taka sama presja (…) jakiej podlegali dowódcy TU-154M, udzieliła się również na wieży.

Ale to raczej atak na polską załogę niż rosyjskich kontrolerów. Nie dowiadujemy się, że stał nad nimi ich przełożony, wprost wydający rozkazy. Gdy pada stwierdzenie, że były kontakty z ludźmi spoza wieży (nie ma słowa o telefonach do Moskwy), to w kategoriach szukania pomocy dla bezpiecznego sprowadzenia samolotu. O konkretnym rozkazie: „sprowadzać” jest cisza.

Kontrolerów ma tłumaczyć to stwierdzenie:

Nie mieli upoważnienia, by zawrócić ten samolot.

W innym momencie ich adwokatem zostaje Miller. Mówi, że fałszywe komunikaty przekazywane załodze „były wynikiem niesprawności aparatury”.

Wątek kontrolerów i zrzucania z siebie odpowiedzialności przez Rosjan znacząco podsumował Konstanty Gebert:

Polacy szczerze przyznali się do własnych błędów.

Własnych? Ci, którzy według rządowych ekspertów popełnili rzekomo największe błędy – nie żyją. A ich rodziny nie życzą sobie, by ktoś za nich do czegokolwiek się przyznawał.

 

I można by tak jeszcze wymieniać i wymieniać. Zresztą w niedzielę będą Państwo mogli sami stwierdzić, jak rzetelnie podeszli do tematu polskiej tragedii narodowej producenci serii z National Geographic.

„Katastrofy w przestworzach” cieszą się dużą popularnością. Ten odcinek jest tradycyjnie atrakcyjnie dobrze zrobiony w warstwie wizualnej.  Udaje też, że mówi również o drugiej stronie smoleńskiego sporu (choć de facto nie poświęca jej ani sekundy). Czy więc film przekona międzynarodową opinię publiczną, że do spodu wyjaśniono śmierć polskiej elity? Jest to niestety bardzo prawdopodobne.

I właśnie za to należy się producentom medal od polskiego rządu, albo co najmniej od wojewody małopolskiego.

Ostatnie zdanie narratora brzmi:

Dwa zwaśnione historycznie państwa potrafiły dojść do porozumienia i pracować razem, by osiągnąć wspólny cel.

Ta puenta idealnie wskazuje na zawartość dzieła „Śmierć prezydenta”.

OD REDAKCJI: SZERZEJ DO TEMATU WRÓCIMY WKRÓTCE, OCZYWIŚCIE PIÓREM MARKA PYZY, W TYGODNIKU "W SIECI"

POLECAMY BIEŻĄCY NUMER W KTÓRYM WAŻNY MATERIAŁ O DZIWNEJ ROLI MACIEJA LASKA W SPRAWIE SMOLEŃSKIEJ