W pamiętnym roku 1863, kiedy to w noc styczniową porwała się „armia zrozpaczonych” do walki z najazdem rosyjskim o wolność Ojczyzny i o prawa ludu polskiego – ja, jako 17-letni chłopak, raz z garstką towarzyszy, zgłosiłem się w punkcie zbornym dla formującego się oddziału, na ziemi kaliskiej, pod dowództwem generała Edmunda Taczanowskiego, byłego oficera pruskiego, wielkiego patrioty, działacza i żołnierza powstania 1848 roku.

Файл:Edmund Taczanowski.jpg

Przybywały tu codziennie coraz większe gromadki ochotników, z których tworzono oddziały piesze i konne.

Ja dostałem się wówczas do konnicy.

Zjawiali się też dowódcy, którzy dzielili nas na kompanie i obejmowali komendę. Po podzieleniu następowały forsowne marsze i przy każdej sposobności ćwiczono nas w celu przygotowania do walki.

Początkowo tu, podobnie jak i na innych odcinkach kraju, ruch powstańczy nie budził się wcale. Przeszkadzali temu „Biali”, a także włościanie odnosili się niechętnie do powstania. Nazwano nas buntownikami.

Lecz dowódca nasz, generał Taczanowski, nie zrażał się tym i w dalszym ciągu werbował ochotników, gotując się do boju z przeważającymi regularnymi wojskami rosyjskimi. Dopiero później, gdy zrozumieli wszyscy cel naszych walk, widząc bohaterskie walki powstańców z nieprzyjacielem, znajdowaliśmy życzliwość i pomoc wśród wieśniaków, którzy nieraz chodzili na zwiady, przynosili potrzebne wiadomości oraz wyświadczali nam wiele innych dobrodziejstw.

Uzbrojenie nasze było z początku bardzo marne, składało się bowiem głównie z broni zdobytej na Moskalach oraz ze starych dubeltówek, kos, a nawet kijów. Mimo to zadawaliśmy Moskalom poważne cięgi, a niekiedy nawet bez użycia broni palnej potrafiliśmy rozbić wielokroć liczniejszy oddział. Często też, gdy brakło amunicji, zastępowano broń palną byle czym.

Pamiętam jak pewnego dnia cały nasz oddział zatrzymał się obozem na obszernej polanie leśnej. Zmęczeni wytężonym marszem myśleliśmy z rozkoszą o odpoczynku. To też, nie wyszukując wygodnych miejsc, każdy kładł się w tym miejscu, gdzie się zatrzymał. Mimo zmęczenia humory jednak były u nas wyborne.

Gdy tak gawędziliśmy, zajadając węgierską, a muszę zaznaczyć bardzo smaczną słoninę, padł naraz pocisk armatni w pobliżu nas, a za nim drugi, trzeci… W oka mgnieniu stanęliśmy w  szeregach, a następnie poczęliśmy się posuwać na przeciwległe wzgórze, porośnięte krzakami. Ze wzgórza mieliśmy rozległy widok, a krzaki doskonale kryły nas przed okiem wroga.

Od strony nieprzyjaciela zbocze wzgórza było więcej strome i żadnych zarośli. To też, gdy tylko Moskale poczęli się wdrapywać po tym zboczu na wzgórze, nasi chłopcy chwytali wielkie kłody drzewa, pozostałe tu po wyrąbanym lesie, kloce te, nie mając żadnych przeszkód do zatrzymania się na zboczu, z całą siłą padały na Moskali, raniąc ich dotkliwie i zabijając. W ten sposób, prawie bez użycia broni, rozbiliśmy dość silny oddział nieprzyjacielski.

Pamiętam również piękną potyczkę naszych kosynierów.

Oddział nasz po odpowiednim ubezpieczeniu rozłożył się na łące obok pewnej wioski na nocleg. Gdy dniało już dobrze, nad śpiącym obozem rozległ się głos gwizdka dyżurnego oficera. W jednej chwili oddział stanął na nogi. Po krótkich rozkazach, wydanych przez generała Taczanowskiego, zajęliśmy stanowiska, zajęliśmy stanowiska na skraju wioski. Przed sobą, w niewielkiej odległości, mieliśmy cmentarz, na którym usadowił się dobrze uzbrojony  wyćwiczony oddział nieprzyjacielski. Jego gęsty ogień uniemożliwiał szarżę kawalerii i zbytnie zbliżanie się naszych strzelców.

Zniecierpliwiony generał Taczanowski podjechał wówczas galopem do kosynierów, stojących w odwodzie, i rozkazał, żeby wycięli ten „chwast”, który się usadowił na cmentarzu. Kosynierzy, nie zważając na grad kul, znaleźli się po kilku minutach wśród pomników i nagrobków cmentarnych. Zaświstały kosy, rozległy się okrzyki bólu i przerażenia. Cmentarz po krótkiej zaciekłej walce został zdobyty. Bez użycia broni palnej oddział nieprzyjacielski został wycięty w pień. Podobnych wypadków było wiele.

 

Stoczyliśmy dużo walk na ziemiach województwa łódzkiego. W czasie deszczów lub skwarów letnich musieliśmy nocować i odpoczywać zawsze pod otwartym niebem, nie wiedząc co to jest namiot. Nieraz o chłodzie i głodzie walczyliśmy przez kilka dni bez odpoczynku. Co prawda mieliśmy dużo szczęścia pod wodzą generała Taczanowskiego,a  to dzięki jego umiejętnemu kierownictwu. Kiedy w całym kraju prowadzono partyzanckie boje rzadko z dobrym skutkiem, my na ziemiach województwa łódzkiego odnosiliśmy prawie ciągłe zwycięstwa. Załamaliśmy się dopiero wtedy, gdy w innych dzielnicach kraju powstanie chyliło się ku upadkowi.

Według opowiadania powstańca 1863 r., por. Hardego Ignacego – skreślił Podborączyński, starszy wachmistrz, w  roku 1938.