Miałem zaszczyt rozmawiać z Nią w szczególnym momencie. Był rok 2005. W kraju toczyły się dwie kampanie wyborcze – parlamentarna i prezydencka. W niewielkim, szarym segmencie na warszawskim Żoliborzu, w saloniku urządzonym starymi meblami, przyjęła mnie drobna kobieta w skromnej, niebieskiej sukience.

Jadwiga Kaczyńska, matka najsłynniejszych w Polsce bliźniaków, z których jeden miał wkrótce zostać prezydentem RP, a drugi - premierem. Nie rozmawialiśmy o polityce. Jadwiga Kaczyńska opowiadała mi o swoim życiu, rodzinie, wychowaniu synów. Szczerze, ciepło, barwnie. Żegnając Ją przytaczam fragmenty tej niezwykłej relacji.

 

Leszek i Jarek przychodzą na świat

Urodzenie bliźniaków było dla mnie i dla rodziny wielkim zaskoczeniem. Przez całą ciążę byłam przekonana, że mam jedno dziecko. To miała być dziewczynka - Magdalena. Nie wiem dlaczego tak się nastawiałam. Może przez lekarza, który leczył¸ mojego ojca i często do nas przychodził, również towarzysko. Patrzył na mnie przenikliwie i bez cienia wątpliwości wyrokował: "Będzie dziewczyna". Nikt z lekarzy nie domyślał się, że urodzi dwóch chłopców. Dopiero pani akuszerka przed porodem dokonała zaskakującego odkrycia. A warto wspomnieć, że była to matka poety Tadeusza Gajcego. O tym co stwierdziła powiedziała tylko mojej mamie. Ja przez kilka godzin nic nie wiedziałam. Pewnie obydwie uznały, że nie potrzebuję dodatkowych wrażeń.

Dzieci przyszły na świat w domu. Najpierw urodził się Jarosław. Była druga w nocy, 18 czerwca 1949 r. Leszek przyszedł na świat 45 minut później. Wiem to wszystko z opowiadań, bo podczas porodu nic do mnie nie docierało. Męczyłam się 24 godziny. Jedno co chciałam to zemdleć żeby mnie nie bolało. Oprzytomniałam po dwóch, trzech godzinach. Dopiero w tym momencie dowiedziałam się, że mam dwóch synów. Czułam zmęczenie, ale szybko zerwałam się do życia. I wtedy już była radość, taka normalna, kobieca, że mam dzieci, dwoje dzieci!

 

Mama - studentka

Często mnie pytano, jak po urodzeniu bliźniaków mogłam skończyć studia. A mnie nawet przez myśl nie przeszło, żeby przerwać naukę. Gdy ich urodziłam, byłam na trzecim roku polonistyki na UW. Trzeba było chodzić na wykłady, seminaria, zdawać egzaminy.

Czasami przyjeżdżałam na uczelnię z tym moim podwójnym wózkiem, zostawiałam dzieci przed Audytorium Maximum. I tak patrzyliśmy wszyscy, razem z profesorem, czy przypadkiem nie krzyczą.

 

Skromnie o opozycji

Nie byłam działaczką opozycji. Jan Józef Lipski, jeden z założycieli KOR-u był moim dobrym kolegą i później, od 1975 roku, bywałam jego skromną pomocnicą, jedną z wielu. Ot, coś przenieść, załatwić, przesłać. Ale jeśli człowiek cokolwiek robił w opozycji, nawet malusieńko, to już miał poczucie, że to ma sens, że tak trzeba.

Marzec 1968 był natomiast zaskoczeniem. Wracałam z pracy, był  Dzień Kobiet. I zobaczyłam zamknięte bramy Uniwersytetu, a na ulicy kordony milicji. Pobiegłam do domu, nie zastałam Jarka i Leszka, ogarnęło mnie przerażenie. Bałam się ponieważ nie wierzyłam, że protesty mogą cokolwiek dać poza represjami.

Lata 60. były okresem zniechęcenia, poczucia, że nic się już nie zmieni. Stan mojego ducha wyglądał wtedy tak: podział my-oni istnieje; absolutnie nigdy w życiu nie pójdę na żadne ugody; lepiej nie będzie. Uczyłam w w liceum i ciągle byłam wzywana przez inspektorat oświaty z najdziwniejszych w świecie powodów. Pytano mnie na przykład dlaczego mówiąc o "Granicy"  Zofii Nałkowskiej nie opowiadam tylko o nędzy proletariatu, a mówię o konstrukcji powieści. Przyzwyczaiłam się do tego i nie przejmowałam się tym. Ale nie wierzyłam, że coś się zmieni. A potem uwierzyłam i już się nie bałam.

 

W duchu przodków

Wiedziałam, że zaangażowanie moich synów w opozycji jest nieuchronne. Byłabym zawstydzona gdyby był o inaczej. Mój pradziad walczył w powstaniu styczniowym, prapradziad  w listopadowym. Były też w dziejach naszej rodziny strajki szkolne 1905 r. Na wojnie z bolszewikami w 1920 r. zginęli mój wuj ze strony matki i stryj - brat mojego ojca. Pierwszy, Rusław Szydłowski, był harcerzem. Poszedł na wojnę razem ze starszymi braćmi i kolegami z gimnazjum. Zginął mając zaledwie 16 lat, Stryj, rotmistrz Edward Jasiewicz, poległ w wieku 25 lat. Mój przyrodni brat, Jan Fyuth, został zamordowany w sowieckim łagrze za próbę przedostania się na Zachód do polskiego wojska. Mąż był w AK i w Powstaniu Warszawskim, ja w Szarych Szeregach. W tym duchu wychowałam Jarka i Leszka.

 

Gorący Sierpień

W sierpniu 1980 r. byłam na wakacjach. Niedaleko Wieruszowa był pałacyk Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego - dom pracy twórczej. Mój mąż pracował wtedy na Politechnice Warszawskiej i stamtąd dostawaliśmy wczasy. Z telewizji dowiedzieliśmy się o "przerwach w pracy" w Stoczni Gdańskiej. Nie mogliśmy dodzwonić się do Leszka bo łączność z Gdańskiem była zerwana. Nie mieliśmy też żadnych wieści od Jarka. Nie mogliśmy z tych wakacji dostać się do domu. W końcu ktoś nas przywiózł samochodem. Wchodzę do mieszkania, a na drzwiach kartka: "Koty nakarmione, Jarek w Pałacu Mostowskich". Wypuścili go 31 sierpnia wieczorem. Już przedtem dzwonił Leszek, który był w stoczni. Ale pełnia szczęścia zaczęła się gdy wrócił Jarek. W domu było parę osób. 31 sierpnia to imieniny mojego męża. Drugie przyjęcie odbywało się w Sopocie u Lecha. To była jedna z najlepszych chwil w moim życiu.

 

Straszny grudzień

O stanie wojennym dowiedziałam się od męża. Jarka  zabrali dopiero 17 grudnia. Ale wrócił jeszcze tego samego dnia. Na piśmie  odmówił podpisania "lojalki", ale mimo to go nie internowali. Natomiast zupełnie nie wiedziałam co się dzieje z Leszkiem.

Wywieźli go  do Strzebielinka, ale zanim się o tym dowiedziałam, przeżyłam straszne chwile. To był okropny czas. Chodziłam wszędzie żeby dowiedzieć się gdzie jest Leszek. Ale nikt nic nie wiedział. W Pałacu Mostowskich był taki punkt informacyjny.  Wchodziło się do specjalnych kabin i niewidoczne informatorki mówiły co wiedzą. To były milicjantki. Ale chyba było im przykro, przynajmniej takie miałam wrażenie. Chociaż oczywiście nie jestem pewna. Usłyszałam sympatyczny głos osoby, która wie co czuje matka szukająca wieści o synu. Ale wiadomość nie była dobra. Leszek mógł być w Czarnym, a to było najcięższe więzienie. Dopiero po kilku dniach dowiedziałam się, że jest w obozie dla internowanych w Strzebielinku. (...) Wydało mi się, że w porównaniu z Czarnem to musi być piękne miejsce. Żeby tam pojechać najpierw musiałam pójść do rady narodowej, a potem na komendę milicji po przepustkę. Jeździłam do Leszka raz na miesiąc, potem co 3 tygodnie.

 

Szczęście w rodzinie

Jarek mieszka z nami. To nasz opiekun, bardzo czuły i kochający. Zawsze uprzedza mnie przez telefon, jeśli ma zamiar późno wrócić do domu.

Leszek też jest na każde zawołanie. Wpada do nas, gdy tylko ma wolną chwilę, choćby na 5 minut. Codziennie o dziesiątej rano dzwoni, żeby zapytać, jak się czuję i czy czegoś nie potrzebuję. Natomiast późnym wieczorem, przed zaśnięciem, Leszek dzwoni zawsze do brata. To są takie nocne telefony, o północy lub jeszcze później. Jarek lubi pracować nocą, nawet do trzeciej nad ranem. Rano wychodzi z domu bardzo wcześnie, kiedy jeszcze śpię. Ale on lubi samotne śniadania (…).

Niezbyt często udaje nam się wszystkim razem zebrać, bo Leszek jest strasznie zapracowany. A  jak tylko ma wolną sobotę czy niedzielę, wyrywa się do córki i wnuczki do Sopotu. Jest kochającym mężem, ojcem i dziadkiem. Jestem bardzo dumna z moich chłopców...

Fragmenty książki "Jadwiga Kaczyńska. Moja prawdziwa historia".