Piotr Cywiński dla wPolityce.pl: Premier Tusk pozostaje twardzielem jak sam Chuck Norris, który w scenach płaczu korzysta z dublerów

fot. premier.gov.pl
fot. premier.gov.pl

Hiobowie wieści z Brukseli: koniunktura słabnie, rynek pracy wyhamowuje, bezrobocie w Europie bije rekordy. Z jałmużny za-siłków socjalnych żyje dziś już 26 mln obywateli UE. Co więcej, spada siła nabywcza tych, którzy pracują; w dwóch trzecich do-mostw rodziny mają do dyspozycji mniej pieniędzy niż trzy lata temu. Jest tak źle jak w dziejach wspólnoty jeszcze nie było i, je-śli oprzeć się na opiniach ekspertów gospodarki, na tym nie koniec. W krajach eurostrefy, która miała być ostoją ekonomicznej stabilizacji i dobrobytu, bezrobocie wzrosło do prawie 19 mln ludności. Jeszcze dwa lata temu zatrudnienia nie miało 15,9 mln mieszkańców eurolandu. Specjaliści renomowanego, międzynarodowego koncernu doradczego Ernst & Young przewidują, że w drugiej połowie tego roku liczba bezrobotnych na obszarze wspólnej waluty przekroczy 20 mln obywateli.

Gdy węgierski komisarz UE László Andor przedstawiał te najnowsze dane Eurostatu, więcej miał do powiedzenia o ryzy-kach ubożenia we wspólnocie, zwłaszcza w krajach południowych i na wschodzie Europy, niż o perspektywie wydobycia się z kryzysu. Przeciwnie, Andor wezwał w alarmistycznym tonie rządy państw unii do reform „na rzecz modernizacji gospodarek, rynku pracy i zabezpieczeń socjalnych”. Jedyni, których jak do tej pory kryzys jakby się nie imał, to Austria, Luksemburg, Holandia i Niemcy. Wbrew rządowemu tromtadractwu, Polska akurat do tej grupy się nie zalicza. Bo, jak porównywać nasze wątpliwe osiągnięcia np. z RFN - największą gospodarką Europy, gdzie średnia bezrobocia w tym 82 mln społeczeństwie wyniosła w ubiegłym roku zaledwie 6,7 proc.?

Niezależnie od różnorakich głosów, jakoby Niemcy zarabiali na innych, nikt nie zaprzeczy, że dzisiejszą kondycję ich gospodarki zawdzięczają przede wszystkim sobie, przeprowadzonym kilka lat temu reformom oraz własnej konsekwencji i determinacji. Podczas, gdy w Grecji, Hiszpanii i w większości europejskich krajów dobrobytu na kredyt rozlega się lament, minister pracy RFN Ursula von der Leyen z satysfakcją podsumowuje:

2012 to był dobry rok, mieliśmy bezrobocie najniższe od 1991 roku, a poziom zatrudnienia był najwyższy od chwili zjednoczenia Niemiec.

Wprawdzie w grudniu 2012 r. zatrudnienia nie miało 2,84 mln obywateli republiki, czyli o 88 tys. więcej, niż listopadzie, równocześnie jednak niemiecki „pośredniak” - Agencja Pracy BA szuka chętnych na 421 tys. wakatów, m.in. w komunikacji, przemyśle metalowym, elektrotechnicznym, w służbie zdrowia i różnorakich profesjach rzemieślniczych. Można tylko dodać, i to wszystko w kraju, gdzie bez zgody central związkowych rząd nie kiwnie nawet palcem i, gdzie tzw. umowy śmieciowe stanowią margines. A propos, jak stwierdził komisarz Andor przy przedstawianiu ostatnich danych Eurostatu,

wbrew obiegowym poglądom, w państwach, w których ustalono najniższe dochody bezrobocie nie wzrasta, a wręcz wykazuje tendencję spadkową.

W tym samym czasie we Francji, która niedawno wraz z Niemcami stanowiła siłę pociągową we wspólnocie, minister przemysłu Arnaud Montebourg wzywa rodaków do „wzmożone-go wysiłku na rzecz zwiększenia produktywności oraz nowego zdefiniowania przemysłu”. W ciągu ostatniej dekady pracę straciło 740 tys. Francuzów. Nowy rząd Jeana-Marca Ayraulta uznał wyhamowanie tej tendencji i tworzenie miejsc pracy za swój absolutny priorytet, ale poza zadymą z zablokowaną przez Trybunał Konstytucyjny gigantyczną podwyżką podatków dla najbogatszych, nic z tego jeszcze nie wynikło.

Eurostrefa trzeszczy w posadach, w Berlinie i paru innych stolicach po cichu rozważa się scenariusze rozpadu eurostrefy na stabilną północ i niesubordynowane południe, a premier Donald Tusk prze do „podjęcia decyzji, czy będziemy chcieli być częścią tego serca Europy, jaką będzie unia wokół osi gospodarczo-finansowej, gdzie wspólna waluta jest rdzeniem, czy też będziemy raczej państwem peryferyjnym z własną walutą”. Dlaczego szefowi naszego rządu tak spieszno do eurostrefy? Być może z tego powodu, aby niebawem, jak Grecy, Hiszpanie, Portugalczycy itd. móc zwrócić się do Brukseli z prośbą o wsparcie dla naszej tonącej w długach „zielonej wyspy”. Polski dług publiczny przekroczył już bajońską sumę biliona złotych, czyli dwukrotność rocznych dochody państwa z podatków. Każdy polski noworodek dostaje becikowe w postaci... 27,5 tys. złotych do spłacenia, bo tyle wynosi przeciętne zadłużenie na jednego mieszkańca RP.

Ale, minister finansów Jan Antony Vincent-Rostowski nie traci dobrego nastroju: jak zapewnia, w drugiej połowie 2013 r. powinno być lepiej. Nie wiadomo tylko, w czym i z czym, bo ani o planach bolesnej redukcji zadłużenia narosłego za rządów spółki PO-PSL, ani o reformach pobudzających rozwój gospodarki czy wzrost zatrudnienia nie słychać. Jedyne, co drażni głównego księgowego w gabinecie Tuska, to zegar Balcerowicza, na którym cyferki kręcą się jak zwariowane, więc zaapelował w liście do swego poprzednika: „Leszku! Ściągnij licznik”. Jasne, czego oczy nie widzą, sercu nie żal. Rząd ma zaiste poważny problem, jak nadal uprawiać sztukę politycznego dekoratorstwa, które przedwojenny, austriacki dramaturg Karl Kraus określał był, jako umiejętność wyrażania myśli, gdy nie ma się nic do powiedzenia.

A było tak pięknie, przynajmniej na papierze gazetowym i w telewiadomościach. Jak w Mrożkowym teatrze absurdu, czy na sopockim koncercie Polsatu, który ponoć płacił dziewczynom, żeby klaskały i skakały radośnie pod sceną, co miało dowodzić, że wszyscy świetnie wszyscy się bawią. Sam premier Tusk pozo-staje wierny swej zasadzie, którą nieopatrznie ujawnił na marginesie afery z Amber Gold, OLT Express i Portem Lotniczym w tle. Dla przypomnienia, poszło o wywiad jego syna z szefem OLT, oraz przygotowane dla niego przez Michała Tuska odpowiedzi, które opublikował będąc adeptem dziennikarstwa w „Gazecie Wyborczej” pod cudzym nazwiskiem. Tata Tusk uznał, że syn niepotrzebnie chlapał jęzorem. Oczywiście premier wyraził to bardziej salonowo, a mianowicie, że jego pierworodny był „zbyt szczery”.

Jak można sądzić na tej podstawie, na szczerość Donalda Tuska w sprawach dotyczących wszystkich Polaków nie ma co liczyć. Premier pozostaje twardzielem jak sam Chuck Norris, który w scenach płaczu korzysta z dublerów. Co tam licznik Balcerowicza, słabnąca gospodarka, rosnące bezrobocie itd., w końcu rząd ma sukcesy, np. podwyższenie Polakom wieku produkcyjnego do 67 roku życia, zgodnie z „zaleceniami Brukseli”. Tyle, że wedle kryteriów UE, starcza bieda zaczyna się przy emeryturach wynoszących miesięcznie poniżej 929 euro na osobę, czyli ponad 3,7 tys. zł. Na ten temat cicho sza! A, że takim na przykład Niemcom wiedzie się, jakby nie było kryzysu? Wiadomo, okupanci...

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!

Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.

Autor

Wspieraj patriotyczne media wPolsce24 Wspieraj patriotyczne media wPolsce24 Wspieraj patriotyczne media wPolsce24

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych