Gérard Depardieu nie zareagował przez pierwszych kilka godzin po decyzji prezydenta Putina, przyznającej mu obywatelstwo rosyjskie. Już się wydawało, że gwiazdor wybrał milczenie w sytuacji, gdy prowokacyjny gest Putina postawił go w niezręcznej sytuacji. Przyznaję, że taka była i moja pierwsza reakcja. Sądziłem, że przyjmie ten zatruty podarunek milczeniem, albo co najwyżej jakimś powściągliwym (i z konieczności wykrętnym) komentarzem. Otóż stało się inaczej: wieczorem Depardieu ogłosił wiernopoddańczy adres, chwaląc w nim nie tylko Rosję z jej wielowiekową tradycją i godną podziwu kulturą, ale także Rosję jak najbardziej dzisiejszą i jej jak najbardziej dzisiejsze urządzenia ustrojowe. Depardieu poszedł na całość chwaląc – nic mniej – tylko „rosyjską demokrację”.

Przypomnijmy podstawowe fakty. François Hollande zapowiedział w kampanii wyborczej wprowadzenie nowej stawki podatku dochodowego, 75 proc., dla tych, którzy zarabiają rocznie powyżej 1 mln. euro. Nikt nie miał wątpliwości, że z ekonomicznego punktu widzenia jest to niedorzeczność, bo po pierwsze takich podatników jest zaledwie garstka, a – co ważniejsze – łatwo przewidzieć, że wobec tak wysokiego podatku bogacze będą uciekać ze swoimi pieniędzmi za granicę.

Depardieu nie jest więc pierwszym Francuzem, który uciekł przed francuskim fiskusem, nie jest nawet pierwszym rozpoznawalnym medialnie Francuzem, który to uczynił. Ale dopiero jego decyzja wzbudziła takie zainteresowanie, a w ostatnim czasie – takie emocje. Dlaczego? Bo była od początku (od zapowiedzi zamieszkania w belgijskim Néchin, tuż przy granicy francusko-belgijskiej) budowana na fikcji prawnej. Także dlatego, że pokazała w pełnym świetle postać Depardieu jako prostaka z pretensjami do elokwencji. Wiadomo nie od dziś, że Depardieu taki jest, tyle że tym razem, wobec jego coraz to bardziej gwałtownych i siłą rzeczy coraz bardziej kompromitujących wypowiedzi, okazało się to czarno na białym. To trochę jak, nie przymierzając, u nas postać Wałęsy: człowieka, który nie potrafi sprostać swojej  oszałamiającej karierze.

Na początku grudnia Depardieu ogłasza, że osiedli się w Néchin, wkrótce potem premier Jean-Marc Ayrault stwierdza, że postępek aktora jest „dosyć żałosny”, gdyż płacenie podatków jest wymaganiem solidarności i czynem patriotycznym. Jakby w odpowiedzi na to Depardieu wystawia na sprzedaż swoją okazałą kamienicę w samym sercu Paryża, przy snobistycznej Saint-Germain-des-Prés, której wartość szacuje się na 50 mln euro. Zaraz potem ogłasza list otwarty do premiera, w którym oświadcza, że zamierza zrzec się francuskiego obywatelstwa. Zaś na krytykę premiera odpowiada słowami: „Kim Pan jest, ażeby mnie w ten sposób postponować (...)?”.

Po tej wymianie ciosów na dobre wyzwalają się namiętności. Jest oczywiste, że Depardieu jest w tej sprawie papierkiem lakmusowym doktrynerstwa rządu, że wielu bogaczy zrobi to samo nie afiszując się. Ale właśnie afiszowanie się aktora i to w taki sposób, powoduje, że wielu się od niego odwraca. Nie wszyscy wszakże, np. bierze go w obronę Catherine Deneuve, ale raczej nie co do zasady, tylko jako człowieka, który nie w pełni panuje nad swoimi emocjami. I to właśnie – niepełne panowanie aktora nad swoimi emocjami - wydaje się w tej sprawie ważne. Bo w tej perspektywie widać dopiero cały cynizm Putina.

W miniony czwartek Putin nadaje temu genialnemu aktorowi i nieco niezrównoważonemu człowiekowi rosyjskie obywatelstwo. Gest Putina wydaje się łatwy do zinterpretowania. Rosyjski prezydent-premier-prezydent zauważył, że stan emocjonalny wielkiego gwiazdora być może pozwoli mu coś ugrać propagandowo. I nie pomylił się. Dziękczynny list-diatryba, w którym Depardieu wychwala pod niebiosa Rosję, a gani Francję, jest właśnie tym, czego Putin chciał. Aktor pisze w nim: prezydent Hollande

wie, że bardzo lubię waszego prezydenta Władimira Putina, i to z wzajemnością. Powiedziałem mu, że Rosja jest wielką demokracją, że nie jest to kraj, w którym premier potraktowałby obywatela jako żałosnego [aluzja do słów premiera Ayrault – RG].

Słychać, że w ślad za Depardieu następna mało zrównoważona francuska gwiazda, Brigitte Bardot, zapowiada prośbę o rosyjskie obywatelstwo. Ta z kolei ma innego hopla. Tamtemu chodzi o jego pieniądze, tej zaś o humanitarne traktowanie zwierząt. BB jest, otóż, zaniepokojona perspektywą uśpienia dwóch cyrkowych słoni, gdzieś pod Lyonem, chorych na gruźlicę, i wydaje jej się, że Rosja nie byłaby zdolna do tak odrażającego postępku. Pani BB zapatrzona w swoje słonie, psy, czy aligatory, nie zauważyła, co się stało z okrętem „Kursk”, ani w jaki sposób Rosja zmiażdżyła rebelię Czeczenów.

Mało kto już dziś pamięta „pożytecznych idiotów” z lat 50-tych, zarówno zwykłych celebrytów, jak i wielkich artystów, a nawet intelektualistów z Zachodu, którzy bez opamiętania wychwalali „pokojową politykę Związku Radzieckiego” i piętnowali „zimnowojenną politykę USA”. To byli „pożyteczni idioci” w zasadzie bezinteresowni (chyba tak jak dzisiaj BB), Depardieu jest zaś „pożytecznym idiotą”, który w zamian za brednie, jakie wygaduje, zapłaci w Rosji od każdego zarobionego miliona euro tylko 130 tys., zamiast 750 tys., które musiałby zapłacić we Francji.

Jak by nie patrzeć, to daje 620 tys. euro na czysto.