Pierwszy raz o śp. arcybiskupie Ignacym Tokarczuku usłyszałem od  w domu rodzinnym. Mój ojciec pochodził  bowiem z tych samych stron, czyli z województwa tarnopolskiego, wysłał mu nawet swoją książkę o nazwach miejscowych tych ziem.

Słyszałem więc o nim jako Kresowianinie, który w czasie wojny przeszedł bardzo trudne sytuacje. W 1939 r. weszli Rosjanie, potem były mordy UPA, z których przyszły biskup jako wikary w parafii Złotniki cudem ocalał. Po tym był rok 1945  i wypędzenia ludności polskiej z Kresów Wschodnich.

Tokarczuka poznałem osobiście jako kleryk. W latach 70. najwięcej kleryków brano do wojska z archidiecezji krakowskiej i diecezji przemyskiej. Też byłem w wojsku. Wtedy się mówiło, że tak dużo kleryków jest zabieranych, bo jest to forma represji wobec biskupów, czyli kardynała Wojtyły i biskupa Tokarczuka, którzy obydwaj zdecydowanie byli przeciwko systemowi komunistycznemu.

Zostałem później przez niego zaproszony już jako ksiądz i autor książek o Kresach. Ogromnie się tymi sprawami interesował. Urodził się koło sienkiewiczowskiego Zbaraża, czytał dużo na ten temat i pisał. Miał świetną pamięć, wszystko bardzo dobrze pamiętał jeszcze od czasów wojny. Dużo o tym opowiadał. Był gawędziarzem. Mimo swojego wieku świetnie operował faktami, to było dla mnie zaskakujące.

3 maja  2006 r. uczestniczyłem w Pałacu Prezydenckim w Warszawie w dekoracji arcybiskupa przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Orderem Orła Białego.

Wiedziałem, że budował nielegalnie kościoły, wspierał „Solidarność”, ale ja go poznałem jako miłośnika  Kresów. Gdy napisałem w 2008 r. książkę „Przemilczane ludobójstwo na Kresach”, to wtedy zaprosił mnie ponownie. Byłem zdziwiony, że to czytał. Miał swoje zdanie i ciekawość świata. Swoją inteligencją ogarniał wiele rzeczy.

Ostatni raz spotkaliśmy się 24 lipca 2011 r. Przywiozłem mu wtedy nowo wydaną książkę "Nie zapomnij o Kresach". Po swojej okazałej rezydencji poruszał się przy pomocy chodzika, był zniedołężniały, ale bardzo sprawny intelektualnie. Interesował się ogromną ilością spraw. Nie tylko tymi, które dotyczyły jego archidiecezji. Dla mnie to był ostatni biskup kresowy, urodzony w archidiecezji lwowskiej.

Był kresowianinem z krwi i kości. Również przez to, że pełnił posługę w Przemyślu, wielokulturowym mieście na obrzeżach obecnej Polski, gdzie swoją siedzibę mają archidiecezje dwóch różnych obrządków katolickich. Takim go zapamiętam.

Zobacz inne zdjęcia z ostatniej audiencji w w pałacu arcybiskupim w Przemyślu.

Przeczytaj także moją wypowiedź dla Katolickiej Agencji Informacyjnej:



Tokarczuk zawsze był wierny Kościołowi

Jeśli pokazywać go dziś młodemu pokoleniu, to przede wszystkim jako kapłana, który nie uległ jednemu czy drugiemu systemowi, zawsze był wierny Kościołowi – powiedział KAI ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski o zmarłym dziś abp. Ignacym Tokarczuku. Poniżej publikujemy wspomnienie ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego o śp. abp. Ignacym Tokarczuku:

„Po raz pierwszy zetknąłem się z nim w latach 80., gdy był bardzo zaangażowany we wspieranie ‘Solidarności’. Później dwukrotnie zaprosił mnie do Przemyśla, aby porozmawiać o Kresach Wschodnich, sytuacji żyjących tam Polaków. Bardzo tym żył. Często żartował, że jest w Polsce ostatnim biskupem kresowym, bo właśnie tam urodzonym. Podkreślał, że pozostałością po Kresach jest Przemyśl, gdzie istnieją arcybiskupstwa dwóch obrządków: rzymskokatolickiego i greckokatolickiego.

W jego zachowaniu ujęło mnie to, że jako biskup był bardzo dynamiczny, energiczny i wymagający, ale też bardzo życzliwy w relacjach osobistych. Bardzo dużo czytał, byłem zaskoczony, że zna moje dwie książki o ludobójstwie na Kresach Wschodnich.

W 2006 r. spotkałem abp. Tokarczuka w Warszawie na uroczystości wręczenia Orderu Orła Białego. Myślę, że komu jako komu, ale właśnie jemu ten Order się należał za to wszystko, co zrobił w czasach komunizmu.

Podobnie jak mój ojciec, poznał komunizm od ‘praktycznej’ strony dwukrotnie, w 1939 i 1944 r. Mówił, że bolszewicy już nas wtedy dwa razy ‘wyzwolili’. Nie miał więc żadnych złudzeń, czym komunizm jest i komunistom nie wierzył.

W latach 70. jako kleryk odbywałem służbę wojskową. Najwięcej zmuszano do niej kleryków z archidiecezji krakowskiej – to była forma represji wobec kard. Wojtyły – i właśnie z diecezji przemyskiej. To w wojsku poznałem wielu księży z tej diecezji. Ani kard. Wojtyła, ani bp Tokarczuk nie kryli, że ci klerycy idą do wojska za nich.

Bp Tokarczuk zasłużył się też tworzeniem struktur diecezji przemyskiej, będącej trochę na uboczu, ale potem przekształconej przez papieża w archidiecezję, przez co wyższą rangę nadano również samemu biskupowi Tokarczukowi, który został arcybiskupem. Uważam, że to mu się wszystko słusznie należało.

Ostatni raz widziałem go rok temu, w jego mieszkaniu. Fizycznie był już mniej sprawny, ale umysłowo był nadal bardzo sprawny. Wciąż wracał we wspomnieniach do lat wojennych i powojennych, do sytuacji na Kresach, swojej aktywności biskupiej i jako wykładowcy.

Mówiąc o Kościele w czasach komunizmu, bardzo często podkreśla się zasługi Prymasa Tysiąclecia. Nikt ich oczywiście nie neguje, ale trzeba pamiętać, że kard. Wyszyński miał w Episkopacie wiele bardzo silnych osobowości, które realizowały tę samą linię: oprócz kard. Wojtyły był to na pewno kard. Macharski w Krakowie, kard. Gulbinowicz we Wrocławiu, bp Bednorz w Katowicach i chyba najbardziej okazujący tę niezłomność wobec komunistów bp Tokarczuk w Przemyślu. To m.in. dzięki nim komunizm został w Polsce pokonany.

Jeśli pokazywać dziś abp. Tokarczuka młodemu pokoleniu, to przede wszystkim jako księdza i biskupa, który zarówno w czasach wojny, jak i w okresie komunizmu nie uległ jednemu czy drugiemu systemowi, ale był znakiem sprzeciwu wobec systemu komunistycznego i zawsze był wierny Kościołowi”.

lk / Warszawa