Dokładnie 10 lat temu, 27 grudnia 2002 r. "Gazeta Wyborcza" opublikowała artykuł "Ustawa za łapówkę czyli przychodzi Rywin do Michnika", w którym opisała jedną z największych afer korupcyjnych III Rzeczpospolitej. Skandal wybuchł na tle propozycji korupcyjnej, którą Lew Rywin złożył Adamowi Michnikowi w lipcu tego samego roku. Jednak jako pierwsi, aferę ujawnili 4 miesiące wcześniej Robert Mazurek i Igor Zalewski w rubryce "Z życia koalicji" w tygodniku "Wprost",  co jednak nie spotkało się z większym zainteresowaniem ani mediów ani wymiaru sprawiedliwości. Specjalnie dla wPolityce.pl Robert Mazurek ocenia skutki afery Rywina  w życiu publicznym III RP.



wPolityce.pl: - Dlaczego po Waszym artykule właściwie nic się nie wydarzyło?

Robert Mazurek: - Przecież zaciął się dyktafon Michnikowi i biedny Paweł Smoleński przez kilka miesięcy dumał, że nic się nie nagrało. I na pewno tylko dlatego, bo przecież niczego by w Gazecie nie ukrywali, prawda? Musieli przeprowadzić własne śledztwo.


wPolityce.pl: - I jak ocenia Pan wyniki tego półrocznego śledztwa?

- Imponujące, naprawdę imponujące. Napisali dokładnie to samo, co myśmy wiedzieli bez śledztwa. Im to zajęło kilka stron "Gazety Wyborczej", nam - trzy krótkie notatki.  A tak poważnie, to nigdy się nie dowiemy, co się działo przez te cztery miesiące, bo afera Rywina nie złamała zmowy milczenia między jej głównymi bohaterami. Po dekadzie, kilku procesach i pracy komisji śledczej wiemy niewiele więcej, niż to, co napisaliśmy we wrześniu, a „Wyborcza”  rozpisała w szczegółach pod koniec grudnia.


wPolityce.pl: - Nazajutrz po Waszym artykule, Monika Olejnik pytała o aferę Grzegorza Kurczuka, ówczesnego ministra sprawiedliwości, potem pisały o niej inne gazety - "Rzeczpospolita", "Życie Warszawy" i nic, cisza...

- Mnie nie dziwi, że Kurczuk nie ujawnił tej afery. Nie mógł przecież tego zrobić bez zgody Leszka Millera, a tej zgody nie miał. Wówczas odbył się absolutny teatr. Monika Olejnik pytała o aferę nie dlatego, że się o niej dowiedziała z naszej notki - ona to już wiedziała wcześniej, ale też nie miała jak o tym opowiedzieć. My sami mieliśmy kłopot nie dlatego, że nie wierzyliśmy, że takie rzeczy się zdarzają, tylko, że mieliśmy po raz pierwszy nazwiska - wszystkie nazwiska i fakty, ale bez cienia dowodów. Gdybyśmy to opisali w tonie serio przegralibyśmy wszystkie procesy.

Z drugiej strony nie jest też prawdą, że cała Warszawa wiedziała  o aferze Rywina i o niej mówiła. Kiedy w sierpniu 2002 roku próbowaliśmy tę informację jakoś potwierdzić,  bo brzmiała zupełnie fantastycznie, to wszyscy robili okrągłe oczy. Mało kto o tym wiedział, a ci którzy wiedzieli powtarzali dokładnie to, co już wiedzieliśmy. Nikt nie powiedział nam niczego więcej. Co zresztą nie dziwi, bo jak już mówiłem, "Gazeta Wyborcza" po wielomiesięcznym śledztwie i zmarnowaniu kilku dyktafonów opisała dokładnie to samo.


wPolityce.pl: - Miller nie zrobił nic, żeby przeciwdziałać wybuchowi afery, choć nawet jeszcze przed Wami, żądał tego od niego Jerzy Urban. W 2003 r. mówiliście z Igorem Zalewskim, że być może była to prowokacja Pałacu, prezydenta Kwaśniewskiego, wymierzona właśnie w Millera. Podtrzymuje Pan tę hipotezę?

- Podtrzymuję tezę, że to mogła być jakaś prowokacja w obrębie obozy władzy. Czyja? Nie wiem, być może Pałacu, a być może jakiegoś innego ważnego ośrodka.  Nie chcę wdawać się w spiskowe dywagacje, ale bądźmy szczerzy, takie rzeczy same nie wypływają. Oczywiście wizja, że Adam Michnik wstrząśnięty ogromem zła, które dojrzał postanowił to ujawnić jest wizją bardzo kuszącą, ale jest to raczej historyjka z czytanek dla grzecznych dzieci pracowników Agory. Zdaje się, że nikt inny w tę wersję nie uwierzy.

Ale tak naprawdę, to po 10 latach dochodzę do wniosku, że nie było żadnej afery Rywina. Kiedyś Stefan Kisielewski kpił z terminu „kryzys” w socjalizmie - mówił, że to nie żaden kryzys, tylko rezultat. I z aferą Rywina jest podobnie - to nie była żadna afera czyli wydarzenie nadzwyczajne, jednostkowe, jakieś szczególne. Nie, to był po prostu stan obyczajów. Tak wyglądało wówczas załatwienie dużych, jakbyśmy dziś powiedzieli - deali, czyli interesów, na styku między polityką a gospodarką.

To nie była afera, dlatego, że to nie było jednostkowe przedsięwzięcie szaleńca Lwa Rywina, jak to próbowano nam wmówić. To był po prostu pewien - i znów użyję modnego słowa - układ, który funkcjonował przez lata. Dlatego też uważam, że Aleksandra Jakubowska, Lech Nikolski, Włodzimierz Czarzasty, czy nawet Leszek Miller mieli prawo być bezbrzeżnie zdumieni, że ich się o coś oskarża. Bo oni przecież robili dokładnie to samo, co wszyscy inni wokół - nic nadzwyczajnego. Ale cóż, biedaki, na nich padło. A przecież tak się wtedy, i obawiam się zresztą, że i dzisiaj, załatwiało interesy.


wPolityce.pl: - Właśnie - afera Rywina ujawniła patologie III RP. Wydawało się, że te patologie dzięki niej znikną z naszego życia publicznego, ale z tego co Pan mówi dzisiaj...

- Dzisiaj widać, jak byliśmy naiwni wierząc, że upadek SLD i całkowita dekomunizacja, która się wtedy dokonała coś trwale zmieni. Nie, to było jak fala - nastąpił odpływ, ale teraz znowu mamy przypływ. I to jest niestety bardzo smutne, że  my wszyscy - publicyści ale myślę, też że zwykli ludzie -  byliśmy tak strasznie naiwni sądząc, iż tak się już nie da załatwiać interesów. I co się okazało? Okazało się, że się jednak da. Cała afera hazardowa pokazała, że można zrobić dokładnie taki sam manewr - to znaczy jeden pan załatwia u najważniejszych polityków rozwiązania dla siebie korzystne. I co? I nic. Stało się tyle, że główny śledczy - mówię o Bartoszu Arłukowiczu - zostaje ministrem u Tuska. To mniej więcej tak, jakby Zbigniew Ziobro został w 2004 roku ministrem sprawiedliwości w rządzie Millera!


wPolityce.pl: - Tak, jak Pan powiedział afera Rywina wstrząsnęła 10 lat temu nie tylko sceną polityczną, ale zwykłymi Polakami. Dzisiaj, patrząc na aferę hazardową, jest niemożliwe - dlaczego Polacy zobojętnieli na zjawisko psucia państwa?

- Dzisiaj po prostu trudno sobie wyobrazić coś, co by zaakceptowały obie strony sporu. To znaczy, gdybyśmy przeczytali o jakiejś gigantycznej aferze w PiS-ie to bez wątpienia chętnie by w to uwierzyła ta część społeczeństwa, która PiS-u nienawidzi. Natomiast zwolennicy PiS-u uznaliby, że to szyta grubymi nićmi prowokacja. Tak samo dzieje się z drugą stroną. Każda historia, która opisuje jakieś skandaliczne przypadki wokół rządu Donalda Tuska jest podchwytywana przez wszystkich, którzy tego rządu nie lubią i jednocześnie w tym samym momencie rusza front obrony rządu przed niesłusznymi zarzutami i polityczną prowokacją. Ten podział powoduje, że wszyscy trochę oślepliśmy na jedno oko - jedni na lewe, drudzy na prawe.


wPolityce.pl: - Czy to oznacza, że gdyby dzisiaj Lew Rywin przyszedł z korupcyjną propozycją, to żadna afera by nie wybuchła?

- Dzisiaj Lew Rywin i Adam Michnik są już postaciami z zupełnie  innej bajki i o zupełnie innym potencjale. Wtedy to był bardzo poważny biznesmen oraz człowiek, który dzierżył rząd dusz w Polsce. Teraz się role zmieniły. Proszę też pamiętać, że dzisiaj żyjemy już w Polsce "porywinowej" a także - w Polsce po Smoleńsku, w Polsce, w której kluczowy podział, to nie jest jednak podział na komunistów i "naszych", tylko to jest podział wewnątrz "naszych", czyli na PiS i Platformę. To jednak nieporównywalne sytuacje.

Afera Rywina przyniosła jedną zmianę - dokonała w Polsce dekomunizacji. Dokonała dekomunizacji, ale nie oczyściła trwale życia publicznego. Błyskawicznie – bo w perspektywie państwa te kilka lat, to mgnienie oka - okazało się, że w miejsce układu komunistycznego rodzi się inny, często złożony z tych samych lub podobnych ludzi, tylko być może z innymi ośrodkami władzy, innymi zależnościami. Nie jestem socjologiem, ale pewne procesy widać bardzo wyraźnie. I to cokolwiek gorzka konstatacja.

rozmawiał kim