Sprawą Brunona K. i jego rzekomego planu ataku na Sejm oraz polityków media żyły tygodniami. Powtarzano informacje o możliwym zagrożeniu i uprawiano propagandę strachu. Z każdej strony słychać było, że mamy w Polsce kolejny przejaw nienawiści. Choć niemal natychmiast pojawiły się wątpliwości co do rzetelności pracy ABW, dominujący przekaz był inny: zagrożenie było realne, służby odniosły sukces.

Odwrotną opinię związaną z działalnością Agencji przedstawił 13 grudnia na posiedzeniu Zespołu ds. Obrony Demokratycznego Państwa Prawa płk. Andrzej Kowalski, oficer służb z wieloletnim doświadczeniem. Zaprezentował on ekspertyzę, która poddaje w wątpliwość profesjonalizm działań Agencji.

Kowalski zaznaczył, że sprawa Brunona K. była prowadzona w sposób pozaprawny:

ABW realizując sprawę Brunona K. przeprowadziła tzw. operację specjalną. Operacja specjalna to skomplikowane działania, w których wykorzystuje się zarówno technikę jak i wyszkolone osoby. To jest coś co trwa jakiś czas, jest dobrze przygotowane. (…) Nie ma czegoś takiego w polskim prawodawstwie, jak operacja specjalne, która polega na wejściu w kontakt z przestępcą, uczestniczenie z nim w pewnym porozumieniu i działanie razem z nim w sposób synchroniczny. Czegoś takiego ustawodawca nie przewidział. A z czym takim właśnie mieliśmy do czynienia.

Kowalski wskazuje, że w każdej operacji specjalnej ogromnie ważną rolę pełni prokurator:

Najważniejsza jest nieustanna asysta prokuratora w tych działaniach. To jest niesłychanie ważne i wynika z doświadczeń służb zachodnich. Jeśli dowody były źle zebrane, gdy udało się udowodnić, że część działań osoby sądzonej była inspirowana przez człowieka służb czy oficera służb, to skazanie było niemożliwe. Asystencja prokuratury była więc ciągła. Na każdym etapie dzięki temu można zebrać dowody przestępstwa w sposób prawidłowy, a jednocześnie uchronić funkcjonariusza od przestępstwa.

Jednak jak wskazuje Kowalski sprawa Brunona K. mogła być prowadzona w inny sposób. Świadczą o tym kolejne zaskakujące informacje prokuratury, która mówiła o uzupełnianiu zarzutów o nowych zaskakujących dowodach itd.

Ten sygnał świadczy, podpowiada coś takiego, że prokuratura tych materiałów przed 5 listopada w ogóle nie widziała. To oznaczałoby, że cała sprawa od listopada 2011 była prowadzona jedynie na bazie działań operacyjnych, bez konsultacji prawnej co do zdobywania dowodów

- wyjaśniał oficer.

Kowalski wskazuje, że do lipca sprawa była prowadzona „na zasadzie rozpoznania interesującego dla służby obiektu”.

Interesującego, ponieważ on mógł być przestępcą. Jednak nie było sygnałów, że dzieje się coś szalenie niebezpiecznego. Ponoć w lipcu pojawił się przełom w sprawie. Ponoć wtedy pojawił się obiekt, który mógł być celem ataku

- mówił Kowalski, wskazywał, że odpowiedź na pytanie czy ABW informowała ochronę zagrożonych budynków o sprawie pozwoliłaby pokazać, na ile poważne było zagrożenie w ocenie samej Agencji.

Kowalski w swojej wypowiedzi przedstawił również opis jednej z operacji specjalnych prowadzonych w USA:

Do 17 października 2012 roku FBI prowadziła operację specjalną przeciwko człowiekowi, który chciał doprowadzić do zamachu. Operacje specjalną prowadzono do czasu, gdy załadował on materiały wybuchowe na samochód, uzbroił go i doprowadził pod budynek, który chciał wysadzić. Potem wysiadł, poszedł do hotelu i nagrał swoje wystąpienie po zamachu. Wziął detonator i go odpalił. Oczywiście nic się nie stało, ponieważ operacja była kontrolowana. Ładunek wybuchowy, dostarczony przez służby, był fałszywym i nie mógł eksplodować. Wszystko było bezpieczne. Dzięki temu co się stało, agenci nie mieli wątpliwości. Mieli dowody, że ten człowiek chciał przygotować i przeprowadzić zamach. Wykonał wszystkie czynności, żeby zrealizować swoje plany. Mieli nawet dowód, że chciał zdetonować ładunek.

Kowalski zaznacza, że w modelu zachodnim wszystkie działania służb są kontrolowane i nadzorowane przez prokuraturę. Zupełnie inaczej przedstawił działania służb sowieckich. Tam – jak wskazywał służby dostawały zlecenia na konkretne osoby, lub sprawy korzystne dla władzy. Wszystko działo się w sposób tajny, bez śladów dokumentacji itd.

I wydaje się, że niestety w sprawie Brunona K. ABW realizowała działania zbliżone raczej do realiów i standardów wschodnich a nie zachodnich. Znaleziono człowieka, pracowano nad nim, a gdy było to wygodne ujawniono całą sprawę.

Wydaje się, że zbyt dużo świadczy o tym, że Brunon K. posłużył Agencji za narzędzie do walki o wpływy. Mówił o tym wprost jeden z prokuratorów na wspólnej konferencji Agencji i prokuratury. Apelował, by nie odbiera uprawnień ABW. To wskazuje na możliwe intencje formacji Bondaryka w całej sprawie. Znamiennym zdaje się również zbieg okoliczności rozpoczęcia śledztwa z wydarzeniami w polskiej polityce.

Jak przypomniał płk. Kowalski w sprawie Brunona K. przełom miał nastąpić w lipcu 2012 roku. Cały kraj żył wtedy aferą Amber Gold. Aferą, która okazała się rykoszetem uderzyć w ABW. W tym czasie do służb musiał już dotrzeć sygnał o zapowiedziach i planach Donalda Tuska. Premier w Sejmie zapowiedział, że Agencja przejdzie reformę i będzie zajmować się innymi obszarami. W tym samym momencie ABW postanowiła skonsumować prowadzoną od niemal roku operację specjalną przeciwko Brunonowi K. Wszczęto śledztwo, które po kilku miesiącach stało się przyczynkiem do apelowania o pozostawienie formacji Bondaryka dotychczasowych uprawnień.

Wydaje się, że Brunon K. to fikcja, twór służb, który miał im pozwolić na realizacje ich własnych interesów. Agencja zdecydowała się wyciągnąć jego sprawę, choć wiedziała, że cała sprawa może zakończyć się totalną kompromitację formacji. Wydaje się, że służby w tej sprawie działały wedle zasady: znajdź mi człowieka, a paragraf się znajdzie. Rodzi się podejrzenie, że każdy może stać się obiektem działań służb, które wyglądają jak nakłanianie do działalności przestępczej. Takie działanie nie mieści się jednak w granicach praworządności państwa demokratycznego.

Sprawa Brunona K. miała być sukcesem ABW. Okazuje się, że bliżej jej do totalnej kompromitacji i działań pozaprawnych. To kolejny sygnał pokazujący patologie w służbie kierowanej przez gen. Krzysztofa Bondaryka. Do tej pory jednak wszystkie afery i patologie nie podburzały zaufania premiera do szefa ABW. Wątpliwe, by obecnie się coś zmieniło.

A skoro się nie zmieni, każdy musi mieć się na baczności. Nigdy nie wiadomo, kiedy i kto zostanie uznany przez służby za przydatnego...