Zanim dwutygodnik „W sieci” opublikuje moją recenzję niezwykle słabej książki „Kryptonim 333”, a ogromnie przejęci i wystraszeni pohukiwaniami Wałęsy dwaj jej autorzy z IPN – Tomasz Kozłowski i Grzegorz Majchrzak, po podyktowanym w Instytucie żałosnym oświadczeniu dla „Gazety Wyborczej”, że Wałęsa nie był „pijakiem konsumującym”, jak napisali funkcjonariusze BOR (CZYTAJ TUTAJ), ostatecznie unieważnią swoją książkę i przeproszą za opublikowane „najpewniej sfałszowane” dokumenty BOR o internowanym Wałęsie, pragnę przypomnieć jeden z moich tekstów opublikowanych wiele miesięcy temu w „Uważam Rze” (Ciszej nad tą trumną!, „Uważam Rze”, 2-9 IV 2012). Napisałem go m. in. w oparciu o dokumenty, które wykorzystali w swojej książce Kozłowski z Majchrzakiem, ale też te, które prawdopodobnie ze strachu i oportunizmu, pominęli w swoim zbiorze.

Wybiegając nieco w przyszłość obawiam się, że Kozłowski z Majchrzakiem mogą także oświadczyć, że w latach 1970-1976 Wałęsa często wygrywał w totolotka i stąd miał sporo pieniądzy (będąc „Bolkiem” tak tłumaczył kolegom, co potwierdziła Danuta Wałęsowa w swoich wspomnieniach), a w Arłamowie nie tylko nie wypił takiej ilości alkoholu ile zamówił, ale też nie zjadł tylu kurczaków, ciastek i czekolad, o które prosił. Dla potwierdzenia tego ostatniego załączam więc zdjęcie niezwykle wygłodzonego i odchudzonego Wałęsy bezpośrednio po wyjściu z izolacji.

Tak więc zanim Szanowni Czytelnicy uwierzą w kolejne akty strzeliste i zaklęte słowa autorów-lakierników zapewniających choćby dziś w „GW” (wcześniej np. Tomasz Kozłowski zapewniał o tym publikacji Symbol Solidarności w dość kuriozalnej zbiorówce pt. Stan Wojenny. Odtajnione archiwa IPN), że „Lech Wałęsa w czasie 11-miesięcznego internowania zachował niezłomną postawę”, zapamiętajcie słowa „niezłomnego” z rozmowy z funkcjonariuszami bezpieki i prokuratorem LWP w ostatnim dniu izolacji (14 listopada 1982 r.):

Wałęsa: — Ma pan dowody na to, że robiłem porządek. W Gdańsku wyrzuciłem wszystkich, którzy wam się mogli nie podobać — Borusewicza, Walentynowicz.

Płk Henryk Starszak: — Wiemy, dlaczego Walentynowicz.

Wałęsa: — Dlaczego? Dlatego, że za bardzo się mieszała, a jednocześnie bardzo mi przeszkadzała. Przyznaję się do tego. Ja naprawdę nie mam ambicji przewodzenia itd. Nigdy ich nie miałem i do dzisiaj ich nie mam.

Płk Bolesław Kliś: — Walentynowicz to nie jest osoba, która mogłaby przewodzić.

Wałęsa: — Wiedziałem, że to się władzy nie podoba.

Kliś: — Mogło się nie podobać albo mogło podobać.

Wałęsa: — Nie zarzuci pan mi nic, że w Gdańsku miał pan jednego człowieka, który wam mógł się nie podobać. Wyczyściłem.

I inny fragment rozmowy:

H. Starszak: – Po co niektóre sprawy mają mieć więcej uczestników, niż to jest potrzebne. Dlatego mam prośbę, że gdyby te sytuacje, o których pan wspomniał, zachodziły, to żeby pan bezpośrednio zadzwonił do generała [Jerzego] Andrzejewskiego, albo do jego zastępcy płk. [Sylwestra] Paszkiewicza […]

Następnie dyrektor podał Wałęsie numery telefonów do Andrzejewskiego i Paszkiewicza. Ustalono, że numer telefonu do kontaktów roboczych zostanie uzgodniony w terminie późniejszym.

Źródło: S. Cenckiewicz, P. Gontarczyk, SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii, Gdańsk — Warszawa — Kraków 2008, s. 358-386.

Dmuchać na zimne, czyli Breżniew czeka w Polsce na swoją śmierć

10 listopada 1982 r. nad ranem zmarł w swojej podmoskiewskiej daczy przywódca Związku Sowieckiego Leonid Iljicz Breżniew. Nie było w tym nic zaskakującego zważywszy na kondycję fizyczną Breżniewa, która długo przed zgonem stała się obiektem powszechnych drwin. Jego następcą został Jurij Andropow, który już w maju 1982 r. zrezygnował z formalnego kierowania KGB, by zająć pozycję oficjalnego następcy Breżniewa. Dlatego Ochrona Sekretarza Generalnego zaraportowała o tym niezwłocznie właśnie jemu.

I tu rozpoczęła się typowa komunistyczna tragikomedia. Okazało się, że informacja ta ma charakter polityczny, a wiec musi zostać poddana ocenie przez sowieckie Politbiuro i dopiero wtedy może zostać ujawniona społeczeństwu. Sowieci zwlekali z ogłoszeniem tej wieści. Informację o zgonie genseka przekazano szefom poszczególnych organizacji partyjnych w krajach i obwodach ZSRS dopiero wieczorem. W tym samym czasie dowiedzieli się o tym sekretarze bratnich partii, choć wicepremier rządu PRL i członek Komitetu Centralnego PZPR Mieczysław F. Rakowski odebrał telefon w tej sprawie dopiero 11 listopada o 9.00 rano. Władze PRL o śmierci Breżniewa poinformowały oficjalnie wieczorem 11 listopada w głównym wydaniu Dziennika Telewizyjnego.

Skąd ta zwłoka Moskwy? Dlaczego informację o śmierci Brezniewa upubliczniono w Polsce tak późno? Czy zadecydowało o tym przekonanie, że sytuacja w Polsce grozi społecznym wybuchem? A może zaważyły na tym propagandowo-operacyjne gry, jakie władze PRL i ich tajne służby prowadziły wówczas przeciwko podziemnej „Solidarności” mobilizującej społeczeństwo do oporu? Wiemy, że podmiotem tych działań był również internowany w Arłamowie Lech Wałęsa.

Zapowiedź pospolitego ruszenia

Operacja wprowadzenia stanu wojennego i szybkie złamanie społecznego oporu okazały się wielkim sukcesem junty Wojciecha Jaruzelskiego. Jednak jesienią 1982 r. sytuacja była nadal napięta. W piątek 8 października 1982 r. Sejm PRL uchwalił nową ustawę o związkach zawodowych, która przypieczętowała formalny koniec NSZZ „Solidarność” (do tej pory działalność związku była zawieszona), a jednocześnie legła u podstaw reżimowych związków (późniejsze Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych). Kierownictwo głównego nurtu podziemia solidarnościowego skupione wokół Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej wezwało wówczas do bojkotu nowych związków i kontynuacji oporu. Obawiano się jednak samorzutnych i nieskoordynowanych strajków oraz protestów, które od poniedziałku 11 października wybuchały na terenie całego kraju. TKK i jej regionalne agendy (m. in. Regionalne Komisje Koordynacyjne NSZZ „Solidarność”) na ogół starały się uspokoić nastroje i nie dopuścić do proklamowania strajku generalnego, uznając go za przedwczesny i dogodny w tym czasie dla komunistów. W oświadczeniu z 9 października TKK wzywała natomiast wszystkie podziemne struktury „Solidarności” do podjęcia 4-godzinnego strajku protestacyjnego „przeciwko bezprawiu i nędzy” w dniu 10 listopada 1982 r. o godz. 10.00. „Solidarność” wezwała do strajku w drugą rocznicę rejestracji związku licząc na przedłużenie protestu, tym razem na ulicach, w 63 rocznicę odzyskania niepodległości. W Warszawie strajk miał trwać aż 8 godzin. Przywódcy Regionalnej Komisji Wykonawczej NSZZ „Solidarność” Regionu Mazowsze (Zbigniew Bujak, Zbigniew Janas i Wiktor Kulerski) zapowiadali ponadto popołudniowo-wieczorną manifestację pod sądem na Lesznie i przemarsz aż pod Grób Nieznanego Żołnierza. 11 listopada – w rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, zakładano kontynuację protestu. Miał to być sprawdzian przed przygotowywanym na wiosnę 1983 r. strajkiem generalnym.

Panika

Ekipę Jaruzelskiego ogarnął strach, tym bardziej, że zapowiedzianymi na 10 listopada protestami zaczęli interesować się Sowieci. Na pięć dni przed wyznaczoną datą strajku o stan przygotowań władz wypytywał nawet rezydent KGB w Warszawie Witalij Pawłow. 6 listopada Jaruzelski zwołał Biuro Polityczne. Uczestniczący w posiedzeniu Rakowski zanotował:

Wpierw należy wykorzystać wszystkie środki polityczne. Glemp zgłosił gotowość rozmowy z WJ 8 listopada. Wojciech zapytał, jak będziemy reagować, gdy będą strajki? Biuro Polityczne powinno udzielić pełnomocnictwa rządowi, MSW i MON. Milewski narzeka, że sędziowie orzekają zbyt łagodne wyroki. (…) Zdaniem Kiszczaka, przeciwnik po pierwszym szoku wywołanym przyjęciem ustawy o związkach zawodowych przeszedł do ofensywy. Nie powiodły się próby wykorzystania Święta Zmarłych. Przygotowania przeciwnika do 10 listopada. Próba przeprowadzenia referendum przeciwko polityce władzy. Według rozpoznania MSW, wykluczyć można strajk powszechny. Najbardziej zagrożone województwa: lubelskie, tarnobrzeskie, legnickie, gorzowskie, wrocławskie, szczecińskie, katowickie, gdańskie, krakowskie, warszawskie. Wymienia zagrożone zakłady (sporo ich); mówi, że planowane są różne formy protestu. Omawia sytuację w środowiskach inteligenckich; zagrożenia w środowisku studenckim. Mają sygnały o przygotowaniach organizacyjnych; nasilenie akcji ulotkowej. Informuje o aktach terrorystycznych, które miały miejsce w ostatnich dniach. Przeciwdziałania resortu spraw wewnętrznych: od 25 października zlikwidowano 18 grup i struktur podziemnych, a także dużą drukarnię w Gdańsku, i przejęto sporo sprzętu radiowego (punkty nadawcze). Zatrzymano 216 osób; internowano 75 osób z kluczowych zakładów pracy. Do zatrzymania przewidują ponad 900 osób. Informacja Kiszczaka wywarła duże wrażenie. Widać, że nadal siedzimy na beczce prochu.

Kompromitujący prezent

Przewidując skupienie się podziemia na rocznicy odzyskania niepodległości dużo wcześniej zintensyfikowano działania wokół internowanego w Arłamowie Lecha Wałęsy. Najpierw 4 października Stanisław Ciosek osobiście namawiał go, by wstąpił w szeregi Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego oraz poinformował o przygotowanej ustawie o związkach zawodowych i delegalizacji „Solidarności”. Wałęsa odmówił akcesu dowodząc, że tylko on jest w stanie „zaprowadzić ład” w kraju i zapobiec rozlewowi krwi. W rozmowach z Cioskiem oraz funkcjonariuszami SB i Biura Ochrony Rządu powracał do swojej propozycji zwołania posiedzenia prezydium Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”, podczas którego byłby w stanie przeforsować „odwołanie uchwały dotyczącej działalności w podziemiu”. Trzy dni później Wałęsa podyktował kpt. Edwardowi Pasińskiemu z BOR tekst protestu przeciwko ustawie o związkach zawodowych, który następnie podpisał.

W międzyczasie bezpieka analizowała nagranie, które wpadło w jej ręce 30 września 1982 r. Chodzi o taśmę z zapisem kompromitującej rozmowy pomiędzy Lechem Wałęsą a jego bratem Stanisławem w dniu 29 września. Taśmę zarekwirowano Stanisławowi Wałęsie podczas przeszukania w Przemyślu i przesłano do Biura Studiów SB MSW. Z odnalezionych niedawno dokumentów wynika, że niezależnie od tego nagrania rozmowę obu braci podsłuchiwał wspomniany już wcześniej kpt. Pasiński, który złożył szczegółowy meldunek cytując m. in. wypowiedzi Lecha Wałęsy na temat „perfidnej gierki klechów”. Dokument potwierdza autentyczność kolportowanej później w wersji fonicznej i stenograficznej tzw. rozmowy braci. Nie wiemy, czy Wałęsa miał w tym czasie świadomość, że taśma z nagraniem trafiła w ręce bezpieki. Jest faktem, że już po zarekwirowaniu kasety odwiedziła go w Arłamowie żona Danuta (21-22 października), która mogła mu tę informację przekazać. 4 listopada Stanisław Wałęsa złożył w siedzibie SB w Bydgoszczy własnoręcznie spisane oświadczenie potwierdzające fakt nagrania rozmowy z Lechem oraz jej treść, którą wspólnie z funkcjonariuszem bezpieki odsłuchał. Dodatkowo pobyt Stanisława Wałęsy w siedzibie SB, moment sporządzenia przez niego oświadczenia i odsłuchiwania taśmy za pomocą techniki operacyjnej został utrwalony na wideo. Następnego dnia z nagraniem zapoznały się najwyższe władze PRL. Taśmę przekazano również prymasowi Józefowi Glempowi i Stolicy Apostolskiej. Niespodziewanie przeciw wyemitowaniu „rozmowy braci” w telewizji wystąpił gen. Czesław Kiszczak i jego współpracownicy z MSW. Uznano być może, że Wałęsa jest bliski podporządkowaniu się władzom stanu wojennego?

Kapral Wałęsa

W każdym razie zapis „rozmowy braci” był potencjalnie poważnym atutem komunistów podczas prowadzonych na terenie ośrodka w Arłamowie poufnych rozmów z Wałęsą. Mógł skuteczniej zmiękczyć Wałęsę, którego nastrój i samopoczucie przez 11 miesięcy izolacji podlegało ciągłym zmianom i wahaniom od stanów depresyjnych do euforycznych. Wałęsa próbował rozładować strasy. Nie stronił od alkoholu, który mu systematycznie dostarczano (w ciągu internowania „skonsumował samotnie lub w towarzystwie”: spirytus – 2 butelki, wódka – 289, wino – 158, winiak i koniak – 59, szampan – 238, piwo – 1115). Lektura dostępnych dokumentów pozwala sformułować tezę, że systematycznie malało w nim poczucie pewności siebie. Jeszcze w połowie stycznia 1982 r. zapewniał, że wspólnie z Bronisławem Geremkiem i Tadeuszem Mazowieckim wyeliminuje „ekstremę” i stworzy nowe struktury związku „od góry w dół”, aby 10 dni później przez ks. Henryka Jankowskiego przekazać władzom informację, że „nie będzie upierał się co do Geremka”.

Zapewne poważny wpływ na kondycję psychiczną Wałęsy miały wizyty ppłk. Czesława Wojtalika z Gdańska, który prawdopodobnie już w styczniu 1982 r. przypomniał mu historię agenta „Bolka” co doprowadzilo Wałęsę do takiej prostracji, że zdumiona ochrona odnotowała, iż po wyjeździe tego funkcjonariusza SB „prawie cały dzień (w godz. 12.30-19.00) przestał oparty o parapet okna i spoglądający bezwiednie w bliżej nieokreśloną dal”. Silne wrażenie musiały na nim wywrzeć również rozmowy z gen. Czesławem Kiszczakiem czy funkcjonariuszami Biura Studiów MSW – płk. Władysławem Kucą, mjr. Józefem Burakiem i mjr. Adamem Stylińskim, którzy rekonstruowali wówczas najdrobniejsze szczegóły z życia Wałęsy i jego najbliższych.

Wydaje się, że na początku listopada 1982 r. Wałęsa oceniał sytuację według tego, co wiedziała o nim władza i na co mu pozwalała. Izolowany, być może uznał, że nadszedł kres klasycznej gry na trzy strony – między władzą, głównym nurtem „Solidarności” i związkową „ekstremą”. Prawdopodobnie dlatego, w obliczu delegalizacji „Solidarności” i zapowiadanych na 10 listopada demonstracji, o których słyszał w Radiu Wolna Europa (dysponował w Arłamowie odbiornikiem radiowym), przystał na formułę listu „kaprala Wałęsy” do „generała Jaruzelskiego” z 8 listopada 1982 r. W najbardziej nieodpowiednim momencie ukorzył się przed władzą, żeby zachować szanse na powrót na scenę publiczną:

Wydaje mi się, że nadchodzi już czas wyjaśnienia niektórych spraw i działania w kierunku porozumienia. Trzeba było czasu, aby wielu zrozumiało, co można i na ile można. Proponuję spotkanie i poważne przedyskutowanie interesujących tematów, a rozwiązanie przy dobrej woli na pewno znajdziemy.

List natychmiast przekazano Kiszczakowi i Jaruzelskiemu. Korzystając z upadku ducha Wałęsy władze już następnego dnia próbowały wymusić na nim podpisanie kolejnego, znacznie „poważniejszego” listu. Wałęsa miał w nim skrytykować „demonstracje, strajki i konspirację”. Misja Kiszczaka, który odbył z Wałęsą ponad dwugodzinną rozmowę w Arłamowie, zakończyła się jednak niepowodzeniem. Wizytę szefa MSW uznał za objaw liczenia się przez władze z jego osobą i odmówił złożenia podpisu pod nowym listem. Nie kwestionował wprost jego treści, ale chciał, by złożeniu pod nim podpisu towarzyszyły ustępstwa władzy – zgoda na podjęcie rozmów z premierem Rakowskim (już nie z Jaruzelskim) i możliwość wystąpienia w telewizji, by móc zaapelować o „zaprzestanie działalności podziemnej”. Wywiad telewizyjny nakręcono, ale go nie wyemitowano. Zamiast tego lidera „Solidarności” ogłoszono „osobą prywatną”.

Blamaż podziemia

10 listopada 1982 r. okazało się, że przekonanie liderów „Solidarności” o „narastającym oporze społecznym” jest fałszywe. Strajki i protesty organizowane 10 listopada ukazały realną słabość podziemia, które wyraźnie rozminęło się z nastrojami społecznymi. Nawet w bastionie „Solidarności” w Gdańsku tylko przez dwie godziny strajkowała niewielka część załogi zajezdni tramwajowej, portu gdańskiego i rafinerii. Skala protestów w kraju była podobna. Według danych MSW strajkować miało zaledwie 2 tys. osób, a demonstrować na ulicach 17 tys.! Jaruzelski triumfował.

Społeczeństwo odrzuciło wezwanie do strajku

– dumnie powtarzał. Jeszcze tego samego dnia publicznie demonstrował, kto jest gospodarzem zakładów pracy – wczesnym popołudnie wizytował i bratał się z załogą warszawskich Zakładów Wytwórczych Lamp Elektrycznych im. Róży Luksemburg.

Następnego dnia, na pierwszych stronach gazet odtrąbiono porażkę podziemia, wielki sukces władzy i gospodarską wizytę Jaruzelskiego w fabryce lamp. Ale o śmierci Breżniewa nie odważono się zawiadomić!

Wałęsa po kolejnej turze rozmów z dyrektorem Biura Studiów MSW, 11 listopada wspólnie z funkcjonariuszami BOR obejrzał popołudniowy „Dziennik Telewizyjny”, w którym odczytano list „kaprala” do „generała” i nadano komunikat o jego zwolnieniu z internowania. Ubolewał, że dziennikarz poinformował widzów, że ów list sygnował „kapral Wałęsa”. Miał stwierdzić, że słowo „kapral” może być „odczytane w różny sposób” i „należałoby” je podczas odczytywania „pominąć”.

Nie mylił się. List „kaprala” do „generała” wywołał niesmak.

Wronia prasa opublikowała krótki list Lecha do generał-premiera. Nie mamy żadnych podstaw by nie wierzyć tej wiadomości. Co więcej, spodziewaliśmy się tego od dawna

– czytamy na łamach podziemnej „Woli” z listopada 1982 r.

Breżniew nareszcie umiera

Poczucie sukcesu w obozie władzy musiało być spore skoro z uwagi na „radykalną zmianę sytuacji operacyjnej” postanowiono w tym czasie zrezygnować z dalszego prowadzenia operacji „Renesans”, której celem było powstanie kontrolowanej przez władze i bezpiekę „Solidarności”. Komuniści uznali, że nawet „Solidarność” wmontowana w ramy systemu nie jest im już do niczego potrzebna skoro w jej obronie tak niewielu miało odwagę demonstrować.

11 listopada władze PRL mogły wreszcie oficjalnie poinformować o śmierci Breżniewa w głównym wydaniu Dziennika Telewizyjnego o 19.30  Według zaprezentowanej wersji, śmierć Breżniewa miała nastąpić „nagle”, o 8.30 rano w dniu 10 listopada. Dwa dni (!) po śmierci szefa Sekretarza Generalnego KPZS „Trybuna Ludu” (12 listopada) obwieściła:

Postępowa ludzkość okryła się żałobą. Zmarł Leonid Breżniew – wielki kontynuator idei Lenina, niestrudzony bojownik o pokój, serdeczny przyjaciel Polski.

14 listopada Lech Wałęsa powrócił do Gdańska. Wcześniej przewieziono go do Warszawy, gdzie swoich rozmówców z SB lojalnie zapewniał:

Mam nadzieję, że uda mi się usiąść na tego konia jeszcze pędzącego, bo opozycja jest, Bujaki i inne. Chcę na tego konia usiąść, żeby go wyhamować. Mówię to oficjalnie, taki mam cel, wyhamować go w tym kierunku, żeby nie tworzyć podziemia, żeby się wziąć za pracę i skorzystać z tego, co jest, nie negując tego, co rząd już zrobił. Nie ma co dyskutować, trzeba skorzystać z tego, co już jest. Takie mam zadanie.

Kiedy dojechał do swojego mieszkania na gdańskiej Zaspie przeżył szok. Oto „Solidarność” nie tylko nie była martwa, ale entuzjazm witających go tłumów (w którym na jego cześć wiwatował również nastoletni autor tego artykułu) uzmysłowił mu jak bardzo rozminął się z nastrojami społecznymi. Czuł się winny do tego stopnia, że przy każdej okazji zapewniał, że nikogo nie zdradził. Zamiast tryumfować biadolił, że znalazł się nad przepaścią:

Jestem wypuszczony na linę, pod spodem spacernik więzienny, a ta lina jeszcze jest posmarowana towotem lub olejem – taka jest moja pozycja – ale nie myślę z niej spaść. Nic nie podpisałem, do niczego się nie zobowiązywałem, do niczego nie wstąpiłem.

Wydaje się, że obawy przed ujawnieniem śmierci Breżniewa były słuszne. Pomimo porażki „Solidarności” w dniu 10 listopada, Polacy mogli w rocznicę niepodległości wybuchnąć na skalę groźną dla władz. Śmierć znienawidzonego „czerwonego cara” mogła stać się iskrą, która skuteczniej niż podziemie wywołałaby społeczny pożar. Dzięki Wałęsie udało się to wydarzenie skutecznie „przykryć” i zneutralizować. WRON uznał, że wojna z narodem została wygrana. „Solidarność” została zdelegalizowana. Po latach ten sam Kiszczak i ten sam Wałęsa uzgodnili utworzenie nowej „Solidarności”. Budowanej zgodnie z zobowiązaniem z Arłamowa – „od góry”, z nowym statutem, z pominięciem „ekstremistów” z Komisji Krajowej wybranej w demokratycznych wyborach podczas I Krajowego Zjazdu Delegatów w 1981 r.