„Istnieje możliwość, że ojcem amerykańskiej kawalerii była kobieta”. Tak o Kazimierzu Pułaskim powiedział lokalny historyk o imieniu Adam, mieszkający w Savannah, w stanie Georgia. Analizując wyraz mojej twarzy szybko dodał, że on w to nie wierzy. „Feministki się ucieszą. Trzeba o tym napisać”- pomyślałam od razu, trochę zbyt pochopnie. Sprawa nie była bowiem wcale taka niepoważna.

Najpierw przyszło mi na myśl, że tak naprawdę nasze feministki nie będą aż takie zadowolone po sprawdzeniu, kim Pułaski był. Dowiedziałyby się bowiem, że mowa o  odważnym polskim patriocie walczącym z Rosją, przywódcą konfederacji barskiej, który wsławił się obroną Jasnej Góry. Po upadku zaś konfederacji został oskarżony o udział w porwaniu króla Stanisława Augusta Poniatowskiego i próbę królobójstwa. Musiał więc uciekać z kraju po pierwszym rozbiorze. Pułaski był do tego wychowany w katolickiej tradycji (urodził się 6 marca 1745 r. w Warszawie, choć różne źródła podają odmienne daty i miejsca), i - jak wskazują jego listy do siostry - wiara prawdopodobnie uratowała go od samobójczej śmierci. Była to postać szczególnie tragiczna z powodu niepowodzeń w życiu prywatnym i publicznym. Po ucieczce z kraju nigdy już do niego nie wrócił. Zginął na obcej ziemi, na terenie obecnych Stanów Zjednoczonych, w okolicach Savannah.

Teraz druga sprawa. U kogo i dlaczego pojawiło się podejrzenie o płeć żeńską? Hipotezę tę badał Komitet Identyfikacyjny Pułaskiego z Savannah w trakcie analizy jego ekshumowanych szczątków. Wiedziano, że Pułaski miał ok. 160 cm wzrostu i był drobnej budowy ciała, a szczątki jego szkieletu sugerowały pewne cechy żeńskie (szeroka miednica, wygląd kości za uszami, np.). Na niedawno odnalezionym świadectwie chrztu zaznaczono również, że dziecko cierpiało na pewien rodzaj niedorozwoju, który mógł objawić się zaburzeniami hormonalnymi. Twardych dowodów na to, że był kobietą, oczywiście nie ma (nie da się z całą pewnością potwierdzić, że to jego szczątki analizą DNA).

Jednak z całą pewnością był walecznym i odważnym człowiekiem. W Stanach Zjednoczonych otoczony jest dużą estymą, a do tego nazywany hrabią, pomimo że nie pochodził z rodziny hrabiowskiej. Posądza się go również o przynależność do masonerii, choć i tu brak naprawdę dowodów, chociaż miał wśród masonów przyjaciół.

Pułaski jest pozornie bardzo popularny w USA. Jego imieniem nazywane są miasta, ulice, skwery, autostrady, mosty, szkoły, uczelnie czy parki. W Chicago w Dzień Pułaskiego dzieci nie muszą chodzić do szkoły. W Savannah czczony jest jeszcze szczególniej. Tu stoi jego marmurowy pomnik i tu znajduje się również nazwany jego imieniem skwer i fort. W muzeum miasta stoi za to jego popiersie i model przebiegu bitwy pod Savanną, w której zginął w 1779 r.

Kojarzące się z jego śmiercią miasto nieprzypadkowo ma w sobie coś mrocznego. Pomimo, że rosną tam palmy, magnolie i kaktusy, miasto zdominowane jest przez niesamowite, wiecznie zielone dęby wirginijskie (Quercus virginiana), oddające klimat grozy. Wyglądają one niczym dekoracja na Halloween, dzięki pokryciu szarą, bezkorzenną rośliną, zwaną po polsku oplątwą brodaczkową (Tillandsia usneoides). Takie „straszne” drzewa rosną na licznych skwerach miasta, pozwalając spacerowiczom odpocząć i schować się przed słońcem upalnej Georgii. Taka zresztą była wizja jego założyciela, generała Jamesa Ogelethorpe, który liczne skwery ujął w swoim planie urbanistycznym.

Mrocznie i stosunkowo chłodno jest właśnie na skwerze Monterey, kilkaset metrów od miejsca, gdzie generał Pułaski został śmiertelnie ranny 9 października 1779 r. Stoi na nim poświęcony mu pomnik, w pobliżu którego pochowane są również jego szczątki (co do tego wciąż są pewne wątpliwości). Wybudowano go w 1854 r., dzięki niemałej publicznej zbiórce w wysokości 20 tysięcy dolarów. Jego twórcą był urodzony w 1806 r. w Rydze artysta żydowskiego pochodzenia Robert E. Launitz.

Żydzi byli częścią Savannah praktycznie od początków założenia miasta. Kiedy trafił w te okolice Pułaski, nie miało ono nawet 50 lat. Zostało założone w 1733 r. przez Oglethorpe, masona, wyznania anglikańskiego, który miał wizję stworzenia osady na specyficznych zasadach chrześcijańskich. Miała być ona miejscem rozwoju dla ludzi biednych, a jedną z panujących tam zasad był zakaz sprzedaży i spożywania wysokoalkoholowych trunków. Oglethorpe przybył tam na statku „Anna” z setką osiedleńców, zaś warunki osadnictwa negocjował z Tomochichi, ponad dwumetrowym indiańskim wodzem z plemienia Yamacraws, który powitał go u wybrzeży Georgii wraz ze swoją małżonką. Jego tatuaż przedstawiający niedźwiedzie pazury na klatce piersiowej w połączeniu z wyjątkowo wysokim wzrostem jakoś nie onieśmielił brytyjskiego generała.

Wolność religijna nie dla katolików

Osadnicy zostali przez niego dobrani według swoistych kryteriów. Pomimo, że miała tam panować wolność religijna i dużo swobód, wśród mieszkańców nie mogło być ani prawników, ani niewolników ani katolików. Oglethorpe uznawał bowiem tych pierwszych nie tylko za zbędnych, bo każdy mógł w Georgii siebie reprezentować, ale nawet za „utrapienie i zmorę ludzkości”. Niewolnicy mieli za to rozleniwiać swoich właścicieli. Katolików zaś nie chciał w Georgii widzieć z powodu Hiszpanów, którzy osiedlili sąsiadującą Florydę, obawiając się, że mogą się do nich przyłączyć (w późniejszych walkach z nimi pomagali mu lokalni Indianie). Potem kryteria poluźnił otwierając miasto dla katolików i niewolników, którzy przydali mu się do pracy. Adwokatów nie było tam aż do 1755 r.

Savannah w czasach Pułaskiego

Od połowy XVIII w. Savannah stała się ważnym portem dla handlu niewolnikami, wykorzystywanymi zresztą na tamtejszych plantacjach. W czasie poprzedzającym wojnę o niepodległość w mieście działali rewolucyjnie nastawieni Liberty Boys, jak i grupy lojalistów. Taką mniej więcej sytuację musiał zastać Pułaski po dotarciu w te okolice kierując się na południe z Massachusetts, gdzie dopłynął statkiem w 1777 r. w okolice Bostonu. Miał ze sobą list rekomendacyjny do Jerzego Waszyngtona przekazany przez Benjamina Franklina, którego spotkał w Paryżu (nie mógł służyć w żadnym wojsku w Europie z powodu ciążącego na nim wyroku za próbę królobójstwa). Nie znał dobrze języka, co zapewne nie ułatwiało mu relacji z rewolucjonistami. Zgodził się im pomagać bez żadnej zapłaty. Sam finansował wyposażenie wojska korzystając z kredytu. Ostatecznie przyznane przez Kongres fundusze na jego oddział „Legion Pułaskiego” były ciągle opóźnione. To wszystko musiało potęgować frustrację. Warto dodać, że Pułaski nie chciał walczyć przeciwko Indianom (byli oni zaangażowani po obu stronach konfliktu).

W wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych walczył w dwóch bitwach w Pensylwanii: pod Brandywine, gdzie uratował życie Waszyngtonowi, i Germantown. Charleston w Południowej Karolinie uchronił za to przed kapitulacją. Przed samą bitwą w Savannah był chory na malarię. Zapewne gorący klimat nie sprzyjał rekonwalescencji. W jej trakcie musiał być osłabiony, pomimo tego atakował odważnie i ryzykownie. Został tam wielokrotnie ranny i zmarł w wyniku odniesionych ran w dwa dni później. Kula, którą wydobył z jego ciała lekarz, jest obecnie w rękach Stowarzyszenia Historyków Georgii. Bitwa pod Savannah była jedną z najbardziej krwawych wojny o niepodległość.

Historycy mają trudności z dokładnym opisaniem ostatnich dni życia sławnego generała. Wygląda jednak na to, że choć zmarł na statku, jego ciało zostało pogrzebane na pobliskiej plantacji. James Lynah, lekarz, który go operował podobno przyznał, że Pułaski miał szanse przeżycia, gdyby zgodził się pozostać pod jego opieką. Wiązało się to jednak z transportem na noszach i pozostaniu z przenoszącym się z miejsca na miejsce wojskiem rewolucjonistów. Istniała więc obawa, że wpadnie w ręce Brytyjczyków, którzy mogliby go wydać Rosjanom. Pułaski wolał umrzeć na statku, niż dostać się w ich ręce.

Natalia Dueholm

artykuł ukazał się na www.pch24.pl