wPolityce.pl: Jak idą prace nad filmem o katastrofie smoleńskiej, który Pan przygotowuje?

Antoni Krauze: Prace idą fantastycznie. Kompletujemy ekipę filmową. Mamy już biuro produkcji. O pracach mogę mówić jedynie w superlatywach. Jestem niezwykle wdzięczny komuś, kto się nami opiekuje. Nie śmiem mówić górnolotnie, ale mam wrażenie, że Opatrzność nad nami czuwa. Zbieramy wciąż fundusze na produkcję filmu. Mamy ogromną liczbę wpłat. Wciąż jednak zbieramy środki. Dotychczasowe nie zaspokajają naszych potrzeb. Jestem bardzo wdzięczny wszystkim ofiarodawcom. Szukamy również ludzi i firm, które chciałyby włączyć się w produkcję na zasadach komercyjnych. Szukam sponsorów, którzy dofinansują film, a potem będą mieli swój udział w zyskach. Sądzę, że ten film będzie miał ogromne wzięcie. I to nie tylko w Polsce. Mam takie sygnały. Wpłaty wpływają z wielu krajów. Mamy wsparcie ludzi z różnych stron świata.

 

Film o Smoleńsku od początku budził emocje tzw. mainstreamu. Pojawia się wiele nieprzyjaznych filmowi tekstów. Obecnie media piszą o obsadzie, szukając aktorów, którzy zagrają w Pana obrazie.

Do kompletowania obsady filmu zabiorę się dopiero po Nowym Roku. Na razie byłem zajęty pilniejszymi sprawami, które trzeba było zorganizować. Było wiele kwestii, którymi trzeba było się zająć przed rozpoczęciem prac nad obrazem. To, że artykuły i narracja głównych mediów będzie nieprzychylna, spodziewaliśmy się. Czeka nas jeszcze wiele ataków i nieprzychylnych opinii. Myślę, że każdy, kto zaangażował się w prace nad naszym filmem, był świadomy, z czym to się wiąże. Nie wszystko w życiu spotyka się z dobrym przyjęciem. Jak się o coś walczy to ponosi się koszty. Paradoksalnie, wiele zawdzięczamy również tym, którzy nas krytykują i atakują. Ostatnio wiele miejsca poświęcono naszemu filmowi w tygodniku "Polityka". Tam opublikowany został spory tekst dotyczący tego obrazu. Nigdy nie sądziłem, że dotrę z informacją o moim filmie do czytelników "Polityki". A tu taki prezent. Bardzo jestem wdzięczny redakcji.

 

Czuje Pan, by środowisko aktorskie bało się zaangażować w Pana film?

Nie mam rozeznania w tej mierze. Sądzę, że zobaczę skalę tego zjawiska, gdy zacznę pracować nad zbieraniem obsady. Wtedy dopiero zobaczę, jaką postawę przyjmuje środowisko wobec naszej produkcji. Historia z Marianem Opanią zaczęła się od tego, że się zwierzyłem komuś publicznie, że marzyłbym, żeby mój wieloletni przyjaciel Marian Opania zagrał rolę śp. Lecha Kaczyńskiego. To wywołało aferę medialną. Publikowano kolejne oświadczenia, komentowano sprawę wielokrotnie, wymuszano deklaracje, wywierano naciski na aktorów. Będę się starał, by następne próby obsadzenia ról w filmie odbywały się w sposób mniej otwarty, jedynie pomiędzy reżyserem a osobą, której się proponuje daną rolę. To nie powinno się stać manifestowaniem swoich poglądów. To bowiem nie dotyczy tego filmu. Film ma być poza tym. Obraz ma być maksymalnie uczciwym dziełem artystycznym. Chcę, by on był poza podziałami, by go oglądali widzowie o różnych światopoglądach. Oczywiście każdy będzie go inaczej oceniał. Zależy mi, by był to film dla wszystkich, których interesuje ten temat. W mojej ocenie ta sprawa interesuje większość społeczeństwa. To nie jest sprawa obojętna.

 

Kiedy film może zostać ukończony?

Na razie trudno powiedzieć, jednak mamy pewne ramy, które wymuszają na nas terminy. Sądzę, że nasz obraz będzie realizowany w ciągu około 30 dni zdjęciowych. Muszę z kolej zacząć w takim czasie, w którym pogoda będzie porównywalna z warunkami, jakie panowały w kwietniu 2010 roku w Smoleńsku. Musimy zacząć z wyprzedzeniem, by trafić na moment, w którym nie ma już śniegu, ale jeszcze przyroda nie ożywiła się. Chodzi o to, by odtworzyć pogodę, jaka miała miejsce w chwili katastrofy, gdy rządowy samolot leciał na obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej. Na razie nie mamy jeszcze harmonogramu prac. Właśnie nad nim pracujemy.

Rozmawiał saż