To zabawne ale całą dobę zajęło „Gazecie Wyborczej” podjęcie prostej  pozoru decyzji: czy w ogóle pisać o dymisji Pawła Lisickiego i odejściu w praktyce całego zespołu „Uważam Rze” (w piśmie Michnika nazywa się to elegancko „większością”). Na całym świecie tak radykalna zmiana w jednym z najbardziej poczytnych mediów papierowych, na dokładkę ściśle powiązana z polityką, byłaby naturalnym newsem numer jeden. Dla papierowego wydania „Wyborczej” w czwartek w ogóle się nie zdarzyła.

W piątek zaległość wyrównano. Czy opóźnienie było wywołane chęcią podkreślenia, że to nic ważnego. Po co w takim razie komentarz na górze drugiej strony, kiedy wreszcie o tym napisano? A może nie wiedziano jak to ugryźć? Zważywszy na wynik tych rozterek, były one chyba niepotrzebne.

Tekst informacyjny podpisany przez Wojciecha Czuchnowskiego i Sebastiana Kucharskiego zaczyna się od tytułu „Medialna prawica w sieci konfliktów”. I wszystko jasne: to wewnętrzna bójka w prawicowym obozie: pobił się konserwatysta Grzegorz Hajdarowicz z konserwatystą Pawłem Lisickim. O wiszącym nad całą sprawą kontekście polityki Platformy, oddającej ten tytuł polskiemu detalicznemu biznesmenowi, który potrzebuje jej przychylności w innych sferach, naturalnie ani słowa.

W odtworzeniu zdarzeń skróty graniczące z fałszerstwem. Ostra wypowiedź Pawła Lisickiego o Hajdarowiczu jest przedstawiana jako reakcja na zwolnienie Cezarego Gmyza. W rzeczywistości była reakcją na słynny trotylowy dodatek, który był jaskrawym przekroczeniem sławnego chińskiemu muru mającego oddzielać naczelnego od wydawcy. Trzeba jednak przedstawić Lisickiego jako awanturnika, który nic nie robił, tylko obrzucał swojego pryncypała błotem. Po to aby dziesiątki medialnych ekspertów mogły się poużalać nad naruszeniem standardów przez… Lisickiego właśnie.

Ale dopiero komentarz na drugiej stronie stawia kropkę nad „i”. Napisał go Waldemar Kumór. Jest zwyczajem „Wyborczej”, że kiedy trzeba napisać wyjątkowo brutalny tekst, którego dziennikarz z zasadami by się wstydził, pada na Kumóra. Może to i tajemnica zwłoki o dzień. Może w środę tego akurat redaktora nie było w redakcji na Czerskiej.

Kumór atakuje ofiary, wszak w tle wciąż jeszcze opłakiwani są dziennikarze „Wyborczej” i TVN jako potencjalne ofiary reżysera Brauna, i Monika Olejnik jako potencjalna ofiara Brunona K. Oni mieli zginąć, zginął wprawdzie jak zawsze ktoś inny, ale z tym większą furię trzeba czarne nazwać białym. Więc Kumór po prostu bluzga. Tytuł „Uważam Rze nie ma granic bezczelności”.

No faktycznie, pogląd, że warto tytuł stworzony przez grupę ludzi o wspólnych przekonaniach i zresztą zarabiający na siebie i na wydawcę, zostawić im zamiast niszczyć, jest wyjątkowo bezczelny. Kumór aby to pytanie się komuś nie nasunęło, wypomina Pawłowi Lisickiemu, że w roku 2006 dostał ponoć „Rzeczpospolitą” w prezencie od PiS, więc nie ma prawa nikogo o nic oskarżać. Można by mu odpowiedzieć, że Rzepę odebrano Pawłowi rok temu, a dyskusja toczy się wokół „Uważam Rze”, które Lisicki po prostu stworzył. Albo zauważyć, że mamy prawo poinformować czytelników, że to co powstaje na miejsce naszego pisma to podróbka. Wyobraźmy sobie minę pana Kumóra, gdyby Paweł Lisicki albo Michał Karnowski został mianowany w następstwie „normalnych procesów rynkowych” naczelnym „Wyborczej”. Też byłoby to normalne?

Zasadniczy problem jest jednak jeszcze inny. Kumór porównuje przejęcie Rzepy przez Lisickiego z tym, co stało się teraz. W 2006 roku brytyjski inwestor uznał, że na rynku zdominowanym przez „Wyborczą”, bez sensu jest wydawać jej klona (a w takim kierunku zmieniał ją wcześniej Grzegorz Gauden, zresztą usuwając po drodze różnych ludzi, w tej liczbie Lisickiego). Że lepiej postawić na opcję wtedy bardzo rozpolitykowaną i chłonną, a odmienną od głównego nurtu. Co by powiedzieć o wszystkich dodatkowych okolicznościach tego kroku, wyglądał on na racjonalny.

Dziś sytuacja jest całkiem odwrotna. Mamy cztery inne tygodniki do bólu mainstreamowe, nawet jeśli różniące się stopniem wojowniczości. Zdawałoby się, że wydawanie tygodnika skupiającego emocje tych, co się nie mieszczą w głównym nurcie to decyzja wydawnicza, która się nasuwa. Jednak nie, wydawca decyduje w kierunku dokładnie przeciwnym. I ja przynajmniej nie na niego się oburzam, jego mi żal.

Ja próbuję rozmawiać o systemie, w którym „przypadkiem” przekaz ma być ujednolicony. Kumóra i redakcję z Czerskiej rozwikłanie tego „przypadku” nie interesuje. Wszak są elementem systemu coraz bardziej ścisłego monopolu.

O tym należy rozmawiać, a nie o tym, kto jak reaguje – czy bardziej histerycznie czy mniej. Przy okazji próbując rozróżniać między nami, kto bardziej rozsądny, dopuszcza się Kumór albo głupstwa, albo świadomego fałszerstwa. Cytuje dawny tekst Lisickiego – z aprobatą, no jest zwrócony przeciw histerii. Czyjej? W domyśle prawicowej.

Lisicki nie raz i nie dwa próbował debatować także o stylu i celach prawicy za co mu chwała. Fakt, że Tomasz Lis zarzuca mu dziś wciągnięcie Rzepy w polityczną wojnę to groźny nonsens. Wystarczy zresztą zerknąć na internetowe fora: prawicowi radykałowie przyjęli tę dymisję śmiechem i gwizdami. Kto nie wrzeszczy tak głośno jak oni, ten zdrajca i nie ma co go żałować.

Tak się jednak składa, że cytat dobrany przez Kumóra mówi o kompletnie czym innym. Przywołajmy go:

„Problemem Polski nie jest kumulacja władzy w rękach Kaczyńskich, ale jej słabość. Nie ograniczanie demokracji, ale łatwe podważanie jej reguł. Nie rządy populistów i fundamentalistów, ale histeria intelektualnych elit, które gotowe są podważyć intelektualne zasady. I ta właśnie histeria źle służy Polsce”.

Dlaczego Kumór dedykuje ten fragment „niepokornym”? Nie zrozumiał, że to o nim i jego kolegach: tekst napisany w roku 2006 traktował o ówczesnej kampanii medialnego mainstreamu przeciw rządom Kaczyńskiego? Kumór mógł nie zrozumieć, ale redaktorzy dopuszczający tekst powinni mu na to zwrócić uwagę. Chyba że świat oszalał na tyle, że w walce z nielubianymi postaciami wystarczy wydawać już dowolne dźwięki. Tak chyba rzeczywiście jest.