Rację mieli przyjaciele ostrzegając, że słowo współpracownika pana Hajdarowicza warte jest tyle, ile słowo pana Hajdarowicza

Fot. Polityce.pl
Fot. Polityce.pl

Człowiek jednak uczy się całe życie. Ale nigdy za późno na wnioski.

Po pierwsze więc, nie należy ufać tym, przed którymi ostrzegają przyjaciele. I tak mieli rację mówiąc, że słowo współpracownika pana Grzegorza Hajdarowicza warte jest tyle ile słowo pana Grzegorza Hajdarowicza. Tak dokładnie jest. Kiedy bowiem wiceprezes Presspubliki pan Jan Godłowski prosił mnie by o sprawie rozwiązania mojej umowy z tą firmą (prowadzę działalność gospodarczą), de facto karnego wyrzucenia, nikogo nie informować, nie rozmawiać o tym i nie nagłaśniać ze względu na dobro Spółki i tygodnika "Uważam Rze", naiwnie zawierzyłem. Postanowiłem nawet nie ujawniać pogłosek jakie z kierownictwa firmy dotarły do mnie kilka dni wcześniej. Że czas "wykończyć Karnowskiego". I nie mówić o sygnałach, że jeśli portal wPolityce.pl nie przestanie pisać prawdy o panu H., o tym, że tekst Cezarego Gmyza był jednak prawdziwy, o kulisach sprawy, to będzie kontrakcja.

Uznałem, że rozmawiam z ludźmi poważnymi i możemy po prostu się rozstać. Zwłaszcza, że niedawne słowa Pana Hajdarowicza o tym jak bardzo mam mu być wdzięczny, że on mi płaci, w rzeczywistości tucząc się na dochodowym tygodniku, który wraz z Pawłem Lisickim i innymi osobami współtworzyłem, to było już nieco za wiele. Z każdym dniem malała przyjemność obcowania z tą specyficzną, betoniarkowo-buraczano-kokosową kulturą korporacyjną jaką pan Hajdarowicz implementował w potężnej niegdyś medialnej firmie.

Błąd. Rano już obudziły mnie telefony czujnych i bojowych dziennikarek doskonale znających szczegóły mojej rozmowy z panem Głodkowskim. Gdzie może być źródło? W pokoju gdzie rzecz mojego zwolnienia się rozgrywała, były trzy osoby - ja, pan prezes Godłowski i pan mecenas. Ja o sprawie milczałem. Wnioski pozostawiam Czytelnikom.

Po drugie, nie należy rozmawiać z pismem "Press" nigdy i w żadnych okolicznościach. Złamałem tę zasadę. Powiedziałem jego dziennikarzowi, zgodnie z prawdą, że nie zajmowałem się projektem "wSieci", robił to mój brat Jacek Karnowski, a ja zajmuję się innymi projektami internetowymi, tak samo jak w momencie rozpoczynania mojej współpracy z Presspubliką. "Press" zrobił z tego takie - rzekomo moje - zdanie:

Tym projektem zajmuję się głównie od strony Internetu.

Naprawdę, czy pismo o mediach nie mogłoby choć wiernie cytować? Nie manipulować? Za dużo wymagam?

Po trzecie, wszystko co robi mój brat bliźniak idzie na moje konto, a co robię ja, idzie na konto brata bliźniaka. Tak sukcesy, jak i porażki. Bliźniactwo to wielki dar, tę konsekwencję trzeba więc przyjąć z wyrozumiałością.

Po czwarte, warto czasem się obejrzeć wstecz. Gdy ponad rok temu Grzegorz Hajdarowicz przejmował wydawcę "Rzeczpospolitej" i "Uważam Rze" były to media - pod kierownictwem Pawła Lisickiego - rozpędzone, kwitnące, żywe. Podobnie jak projekty internetowe Spółki. Dziś mamy kumpla Jakuba Władysława Wojewódzkiego, celebrytę, obsadzonego w roli współkierującego poważnym niegdyś dziennikiem i... No, co się będę rozpisywał, generalnie mamy zgliszcza, co przyznają już nawet ludzie ze stron dalekich nam ideowo. Wielu wciąż wierzy, że to nieudolność, trudna nauka poważnego biznesu. W mojej opinii jest inaczej - Pan Hajdarowicz robi dokładnie to, po co się tam znalazł. Co do cala. Wkrótce zamelduje, że zadanie wykonane. Możliwe, że nad ranem, rzecznikowi rządu. Może nawet w piżamie.

Po piąte, i to raczej wyjaśnienie, o żadnym sporze czy konflikcie z redakcją "Uważam Rze" i red. Pawłem Lisickim, nie ma mowy. Już dawno ustaliliśmy, że ze względu na dynamiczny rozwój wPolityce.pl (już milion czytelników!), będę musiał zmniejszyć swoje zaangażowanie w tygodnik, który współtworzyłem, dziś zresztą dojrzały i rozpędzony. Ten moment właśnie nastąpił, oznaczał ustąpienie z funkcji wicenaczelnego i niefortunnie zbiegł się z momentem uruchomienia dwutygodnika "w Sieci" przez Jacka Karnowskiego.

Przypisywanie temu innego kontekstu nie jest nieprawdziwe, jest nie fair, zwłaszcza wobec tygodnika, sprawia bowiem wrażenie iż w redakcji są jakieś turbulencje. To nieprawda, nadal będę publikował na jego łamach, dla czytelników nic się nie zmienia, a z redaktorem Pawłem Lisickim pozostaję w jak najlepszych relacjach, pełen uznania dla jego niezależności, odwagi i stalowych nerwów w tej trudnej sytuacji, gdy wydawca nie jest w stanie zagwarantować ani rozwoju ani stabilności pisma. Kiedy co chwila dochodzą sygnały o rychłej jego sprzedaży czy planach zaduszenia.

Pozostaje nadzieja, że to ostatnie się nie uda, bo wszak zapewnienia pana Hajdarowicza są warte dokładnie tyle ile zapewnienia jego współpracowników. Jeśli mówi, że naprawi - to zniszczy. Jeśli sugeruje, że zniszczy - to może nie da rady? Tak czy inaczej moje serce jest także w "Uważam Rze", a dopóki będę mógł, także klawiatura.

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...