Polska już nie jest potrzebna nikomu w roli antybrytyjskiego naganiacza – pisze w „Rzeczpospolitej” Konrad Szymański, europoseł PiS.

Polityk analizuje „taktykę” negocjacyjną Donalda Tuska.

Donald Tusk po długich miesiącach wymachiwania piąstkami Cameronowi przed nosem zostaje sam na pustym peronie ze słonym rachunkiem w garści obciążającym nasze dwustronne relacje z Wielką Brytanią

- pisze polityk.

Według niego Tusk rachował, że bijąc w Albion, w premiera Camerona, rykoszetem dostanie główna partia opozycyjna w Polsce. Jeszcze raz okazało się, że takiemu politykowi jak Tuskowi wystarczają podwórkowe zabawy w podchody.

Zdaniem Szymańskiego jedynym właściwie celem strategicznym Tuska było całkowite podczepienie się pod Berlin, aby w ten sposób, za plecami silniejszego i za jego wsparciem, otrzymać satysfakcjonujące (przynajmniej propagandowo) dotacje unijne.

Usługowa polityka Warszawy wobec Berlina miała przynieść nam ochronę interesów budżetowych. Jakże brutalnie ta wizja zderzyła się dziś z unijną rzeczywistością

- wyjaśnia europoseł PiS.

Konrad Szymański analizuje jak Donald Tusk został sprytnie ograny przez Angelę Merkel, co musi być osobiście bardzo przykre dla szefa PO.

Otóż Niemcy tylko deklarowały wsparcie dla polskich ambicji w kontekście dotacji. Mają bowiem jeden cel dla Europy – sfederalizować ją. A że obecne władze w Polsce są dla realizacji tych celów dobrym sojusznikiem, więc nie można otwarcie mówić, że trzeba ciąć dotacje, które chciałaby dostać Warszawa.

Niemcom udało się przewekslować swoje plany cięcia dotacji na Londyn. Zapatrzony w Angelę Tusk nie zauważył tego podstępu i z całym prorządowym aparatem propagandowym ruszył z impetem na „złych Brytoli”.

Aż nagle przyszedł czarny piątek – Angela Merkel kończy szczyt z pełnym zrozumieniem dla angielskich postulatów. Polska już nie jest potrzebna nikomu w roli antybrytyjskiego naganiacza i pozostaje sama z obciążoną hipoteką relacji z Londynem. Redukując w tak banalny sposób swoją politykę w UE do relacji z Berlinem niebawem obudzimy się w sytuacji, w której faktycznie już nikt nie będzie chciał z nami rozmawiać. Wtedy pochwalne i proszalne adresy do Berlina pozostaną faktycznie jedynym wyjściem. Nie sądzę, by Berlin protestował

- kończy Szymański swój felieton.

Slaw/ Rzeczpospolita