Po dzisiejszym komunikacie wojskowej prokuratury można mieć kilka wątpliwości i jeszcze więcej smutnych konstatacji.

Co oznacza sformułowanie, że ciała ofiar „zostały złożone w niewłaściwych grobach”? Czy płk Zbigniew Rzepa celowo zrezygnował ze zwrotu „zostały wzajemnie zamienione”, używanego przy poprzednich skandalicznych przypadkach, czy tak mu się po prostu napisało?

Czy można domniemywać, że w odpowiednio oznaczonych trumnach zostały prawidłowo złożone ciała, przetransportowane do Polski, a już u nas, na miejscu, ktoś trumny umieścił nie tam, gdzie trzeba?

Bardzo jestem ciekawy wyjaśnień i szczegółów, których jak zwykle wojskowa prokuratura nieniepokojona nie ujawnia.

Ile jeszcze tych ekshumacji? Dotychczas naliczyliśmy dziewięć, z czego sześć wskazało błędy przy pochówkach, mówiąc najdelikatniej. Przypominajmy to do znudzenia – państwo organizując pogrzeby zdało egzamin!

Gdzie my żyjemy? – to pytanie często pojawia się w komentarzach na naszym portalu. I pewnie będzie się pojawiać coraz częściej. Horror, jaki nas czeka w sprawie pochówków i ekshumacji, może przyćmić dojmujące wydarzenia tej jesieni. Najgorsze, że rodziny kolejnych 93 ofiar przez kolejne miesiące będą żyły w niepewności – składać wniosek czy nie? Kogo pochowałam? O kogo się modlę nad grobem? Do kogo prowadzam dzieci na cmentarz?

Przecież to niewyobrażalny skandal, na który brakuje słów! Nikt nie ponosi za niego odpowiedzialności.

„Może należy przejść do porządku dziennego nad tymi wykopkami? Może zostawić to tym paru rodzinom i paru prokuratorom? Niech sobie sprawdzają, bawią się w układanki: która trumna gdzie złożona? Które papiery do kogo pasują? Owszem, przy Kaczorowskim trzeba było coś mówić, zapytać premiera, rodzinę, prokuratora w mundurze. To jednak prezydent, ale teraz – jakichś dwóch księży? Kogo to interesuje?”

Mam wrażenie, że tak sobie właśnie myślą ważni decydenci w ważnych redakcjach. Gdy ustalają, o czym mówić rano, w południe i wieczorem: Zamach był, to znaczy nie było, ale mógł być – tym zajmiemy lud. Nie ten smoleński, bo tam nie było na pewno i być nie mogło. Ale w Warszawie – jak najbardziej. Jeden szaleniec z Krakowa przy pomocy drugiego, co jakąś broń u niego znaleźli, nie wiadomo jaką, ale grozi mu góra 5 lat, czyli 2,5 po dobrym sprawowaniu, w towarzystwie 4 partnerów (podstawionych przez dzielną ABW) chcieli podjechać pod Sejm i wysadzić okrągły budynek w powietrze. W tym celu mieli zdemaskować krzywoprzysięstwo koncernów motoryzacyjnych i załadować 4 tony trotylu oraz innych wybuchowych wynalazków na pakę busika o dopuszczalnej masie całkowitej 3,5 tony itd. Jest o czym mówić i czym się chwalić. A jeszcze ta ksenofobia...

A jakieś ekshumacje? Przecież to nie news. To już było. Już to znamy: Nad ranem na cmentarz, żandarmeria, na sygnałach do Krakowa, rentgen, Wrocław, sekcja, tydzień przerwy, komunikat – ciała pomylone, winne rodziny albo winnych brak. I po co za każdym razem powtarzać ten sam serial? U mamy Madzi dzieje się więcej – nowe kapelusze, nowe kurteczki, nowe miejsce ukrycia, nowe zwierzenia kochającego małżonka, co nic nie wiedział.

A przy ekshumacjach po jakiejś tam katastrofie lotniczej? Te same trumny ferrari kupione przez firmę b. współpracownika WSW, na czym to ten i ów zarobił parę tysięcy, ten sam prokurator, co zawsze mówi to samo (prawie to samo – patrz początek). Ten sam premier, co już wszystko wyjaśnił i zatroskaną miną skomentował smutny incydent. Nuda.

Przyzwyczajają nas do niej, bo w przyszłym roku może dopaść jeszcze nie raz.

 

PS. Spotkałem dziś gen. Krzysztofa Parulskiego. Przypadkiem, w miejscu jego dawnej pracy – przed Naczelną Prokuraturą Wojskową. Wychodziłem z posiedzenia sądu dyscyplinarnego, który z pełną determinacją próbuje skazać za coś Marka Pasionka – cywilnego nadzorcy smoleńskiego śledztwa, odsuniętego przez Parulskiego, jak można mniemać, z powodów osobistych (bo oficjalne należy uznać za kuriozalne – próba znalezienia pomocy dla śledztwa w służbach amerykańskich, defraudacja 12 dolarów, przecieki do mediów etc.). Zeznawałem jako świadek, bo prokuratorzy od dyscypliny wymyślili sobie, że Pasionek był moim informatorem. Jakie mieli do tego podstawy? Poza własną wyobraźnią żadne.

Gdy kwadrans po dziewiątej schodziłem po wojskowych schodkach, mym oczom ukazał się generał, spóźniony spieszący do wojskowego sądu w granatowym płaszczu, dość lekkim, jak na dzisiejszą aurę. O dziwo, pierwszy się przywitał, zagadnięty, co słychać, odpowiedział, że zaraz się spotkamy w sądzie, a biegnąc do drzwi rzucił jeszcze na pytanie o ewentualne spotkanie i rozmowę na temat śledztwa smoleńskiego, że nie ma takiej możliwości. O samopoczucie jego dobrego znajomego Mikołaja Przybyła zapytać nie zdążyłem.

Udając się w zawodzie do samochodu, zachodziłem w głowę – skąd wiedział, że ja też dziś zeznaję? Wokanda niewywieszona, sprawa mało jawna.

Najwyraźniej ciągnie wilka do lasu – pomyślałem – i rozgrywek personalnych wewnątrz prokuratury. Generał musi interesować się sprawą Marka Pasionka, wypytywać byłych podwładnych o postępy w niej, dowiadywać się, kogo i kiedy będą przesłuchiwać. I pilnować, by jego plan – usunięcia i skazania niewygodnego prokuratura wypełnił się do końca.

Tak sobie pomyślałem, ale może się mylę. W końcu to generał. Zawsze wie więcej.