Stary doktor i wolność. "Najważniejszy przekaz Rona Paula to jego pochwała wolności"

fot. sxc.hu
fot. sxc.hu

Doktor, kongresman, kandydat, libertarianin, przywódca nieformalnej „wolnościowej (r)ewolucji“ ruchu… Ron Paul ma imion wiele. Ale najważniejsze brzmi „wolność". Udając się na emeryturę po 36 latach reprezentowania Teksasu w Izbie Reprezentantów, nie ma wielkich osiągnięć według standardów zwykle przykładanych w politycznym Waszyngtonie: nie przyczynił się, aby spłynęły wielkie rządowe fundusze, nie udało mu się nazwać budynków rządowych czy autostrad imieniem sławnych Teksańczyków, żadnej wielkiej ustawy uchwalonej przez Kongres. Jak mówił w czwartek, w czasie ostatniego przemówienia na forum Izby, robił wszystko, aby wyciągnąć Amerykę z kryzysu w jaki wpadła pod koniec XX wieku. Aby „promować pokój i pomyślność gospodarczą przy ścisłym trzymaniu się fundamentów indywidualnej wolności“. Aby żyć wedle tych ideałów, należy według Rona Paula, spowodować „zmniejszenie wielkości i zakresu władzy rządu federalnego, ograniczyć wydatki, zmienić system monetarny oraz odrzucić koszty być światowym policjantem oraz rozszerzania Imperium Amerykańskiego, gdyż są one nie do utrzymania“.

Tyle sam Ron Paul. O wiele ważniejsze wydaje to, co po sobie pozostawia. Choć o pożegnaniach nie ma mowy, bo rezygnacja z mandatu kongresmena nie oznacza wcale rezygnacji z działalności. Chciałem napisać działalności „politycznej" ale przyszedł do głowy lepszy przymiotnik – apostolskiej. Tak, działalności aposptolskiej.  Bo Ron Paul, choć oficjalnie w Partii Republikańskiej, jest „apostołem libertarianizmu“. I jako taki, trzeba przyznać przyciąga wielkie rzesze wyznawców. W czasie pierwszego startu w prawyborach prezydenckich w 2008 r. dziesiątki tysięcy ludzi przyciągał zwłaszcza radyklany postulat natychmiastowego wycofania z Iraku i Afganistanu oraz redukcja budżetu wydatków wojskowych. W tym roku zwoleeników było jeszcze więcej a prawybory republikanów – które miałem okazję śledzić z bliska – dały narodziny „Ron Paul (R)evolution“.

Kogóż tam nie było na spotkaniach wyborczych? Nastolatki z kolorowymi włosami dla których przemiawiał argument „wolności osobistej“ głównie pod postacią legalizacji marihuany I rpzerwania – bezsensownej w ocenie Paula – wojny rządu federalnego przeciw narkotykom. Podstarzałych hispisów przyciągał stały sprzeciw wobec wydatków zbrojeniowych I zawołanie „sprowadźmy do domu“ wszystkich żołnierzy zza mórz I oceanów. Wszystkich jednoczył sprzeciw wobec drukowania pustego pieniądza przez Rezerwę Federalną („precz z Fedem“ to chyba najpopularniejsze hasło wykrzykiwane na wiecach), niektórych podniecała propozycja powrotu do parytetu złota. Wreszcie zwolenników konserwtywnych, ocierających się o Tea Party rajcowała mowa o „status quo z Waszyngtonu“ czyli politykach obu partii, wierzących jedynie w „nadmierne wydatki rządowe“.

Można śmiać z tych postulatów. Mniej wydatków socjalnych? Przecież nikt nie zagłosuje za obcięciem „socjalu“  sobie samemu. Można uważać je za mało realistyczne – ostatecznie wiadomo, że każda nowoutworzona rządowa instytucja prawie nigdy nie ginie, zawsze odradza się w innej postaci. Można dostrzegać naiwność w myśleniu, choćby w postulatach dotyczących ograniczenia zasięgu polityki zagranicznej i drastycznych cięć wydatków na obronność – ostatecznie USA są globalnym mocarstwem a zamknięcie się na kontynencie amerykańskim nie uchroni go przed atakiem wrogów. Oni sami przyszliby do granic USA…

Ale jedno trzeba Ronowi Paulowi oddać. Jego przywiązanie do Konstytucji USA oraz propagowanie jej zapisów. Tej kotwicy na której opiera się cały system rządów w Ameryce. Na wiecach Paula w czasie prawyborów rozdawano malutkie książeczki z tekstem Konstytucji i Deklaracji Niepodległości. To piękny i skuteczny sposób propagowania „federalizmu“, „ograniczonego rządu“, systemu hamulców I równowagi pomiędzy władzą prezydenta, Kongresu, stanów i sądów.

Ale najważniejszy przekaz Rona Paula to jego pochwała wolności. I przekonanie, że na końcu to obywatele upomną się wolność, coraz bardziej ograniczaną przez władzę federalną, Kongres i sądy. Jak powiedział w pożegnalnym przemówieniu w Izbie Reprezentantów, „wolność może znów kwitnąć“. Pod warunkiem, że obywatele wykażą się odwagą i hartem ducha oraz zdołają pokonać dwie groźne namiętności, trawiące współczesnych. „Jedna to zazdrość, która prowadzi do nienawiści i walki klasowej. Druga to nietolerancja, prowadząca do narzucających poglądy i fanatycznych rządów“ mówił Paul. A wtedy wolność – tak, jak ją rozumieli Ojcowie-Założyciele tego kraju – ma szansę na triumf.

Jeśli się ją lepiej zrozumie, wolność jednoczy ludzi. Kiedy się wolności spróbuje, staje się ona popularna (…) Najlepszym sposobem osiągnięcia pokoju i dobrobytu dla jak największej ilości ludzi na świecie jest kontynuacja walki o wolność

powiedział na koniec pożegnalnego przemówienia kongresman. Dobrze powiedziane, świetna robota, doktorze Paul.

 

Paweł Burdzy

 

Tekst ukazał sie w nowojorskim "Nowym Dzienniku"

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...