Mało brakowało, aby Marsz Niepodległości skończył się, zanim na dobre się zaczął. Policja zaczęła nawoływać do rozwiązania demonstracji. Negocjacje posłów Prawa i Sprawiedliwości doprowadziły do zmiany zdania przez służby porządkowe.

O trudnych rozmowach z policjantami rozmawiamy z Arturem Górskim, posłem PiS.

W jakich okolicznościach rozpoczęliście negocjacje z siłami porządkowymi?

Kiedy zorientowaliśmy się, że policja chce podjechać pod tłum armatkami wodnymi, stanęliśmy ze Stanisławem Piętą (poseł PiS – przyp. red.) na drodze i zwyczajnie nie przepuściliśmy tych pojazdów. Gdy one się zatrzymały rozpoczęliśmy rozmowy z policjantami.

Jak przebiegały te negocjacje?

Szły dwutorowo. Policja zażądała rozwiązania Marszu. My powiedzieliśmy, że absolutnie się na to nie zgadzamy. Zasugerowaliśmy z kolei, aby to policja rozstąpiła się i dała przejść ludziom dalej. Tłumaczyliśmy funkcjonariuszom, żeby nie eksponowali tak swojej siły, tymi armatkami wodnymi itd., bo to zwyczajnie prowokuje. Uświadomiliśmy im, że może nawet dojść do rozlewu krwi. Policjanci najwyraźniej przyznali nam rację, bo ustąpili.

Kto prowokował? Czy to był ktoś z tłumu, czy z zewnątrz Marszu?

Błędem było rozdzielenie demonstracji na dwie części (na Rondzie Dmowskiego – przyp. red.). W ten sposób ci, którzy szli z tyłu, chcieli jak najszybciej dojść do tych z przodu. To już wywoływało chaos i było odbierane prowokacyjnie. Poza tym osobiście widziałem ludzi w kominiarkach biegających w tłumie z pałkami teleskopowymi. Od jednego z tych ludzi zażądaliśmy wylegitymowania się. Odmówił i w tym momencie jego koledzy, identycznie ubrani i uzbrojeni wyciągnęli go z naszej grupki. Co ciekawe ten człowiek nie zanegował, że jest policjantem. Ale nie chciał zdjąć kominiarki, ani się wylegitymować.

ROZM: Slaw