W czasie marszu w obronie Telewizji Trwam 29 września dominowała dobra energia. (...) Ktoś mi wtedy zwrócił uwagę wtedy, że ludzie siedzący w kafejkach na Krakowskim Przedmieściu, na trasie przemarszu, byli zdziwieni, że manifestanci są tacy pogodni i tak radośnie się do nich uśmiechają. Ciekaw jestem, czy ostatnio nastąpiło jakieś przesunięcie społecznych odczuć emocji - mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl prof. Andrzej Zybertowicz, socjolog.

wPolityce.pl: Warszawski marsz środowisk patriotycznych 11 listopada, jak co roku, budzi sprzeczne emocje jeszcze przed rozpoczęciem. Dlaczego zdecydował się pan wziąć udział w Marszu Niepodległości?

Mam także mieszane uczucia, ale przede wszystkim odruch badacza. Zobaczyć, co się dzieje. Przyjść i rozpoznawać emocje.

 

A na jakie emocje pan liczy?

A to jest ciekawe, bo w czasie marszu w obronie Telewizji Trwam 29 września dominowała dobra energia. Przemieszczałem się, byłem w różnych miejscach i ją czułem. Ktoś mi wtedy zwrócił uwagę wtedy, że ludzie siedzący w kafejkach na Krakowskim Przedmieściu, na trasie przemarszu, byli zdziwieni, że manifestanci są tacy pogodni i tak radośnie się do nich uśmiechają. Ciekaw jestem, czy ostatnio nastąpiło jakieś przesunięcie społecznych odczuć emocji.

 

Jak się zmieniła Polska od 11 listopada ubiegłego roku? Czego można się spodziewać po tegorocznym marszu? Czy znów będzie konfrontacyjnie, czy jest szansa na to, że kilka manifestacji, które będą przebiegały obok siebie zaistnieją w spokoju?

Przed dniem, w którym ukazał się w "Rzeczpospolitej" tekst o trotylu we wraku tupolewa myślałbym, że po doświadczeniach z ubiegłego roku nie będzie prowokacji. Ale ponieważ koncepcja przylepienia PiS-owi i całemu obozowi patriotycznemu łaty środowiska, która zagraża porządkowi publicznemu jest nachalnie lansowana, to trzeba się, moim zdaniem liczyć z prowokacjami i powtórzeniem medialnej nagonki z ubiegłego roku. Czyli pokazywaniem z jednej strony konfliktów i rzekomej agresji obozu patriotycznego, a z drugiej "godności" obozu prezydenckiego.

 

Jak zatem rozumieć ideę marszu, który prowadzi Bronisław Komorowski? Z jednej strony prezydent mówi o jedności narodowej, z drugiej organizuje imprezę konkurencyjną dla Marszu Niepodległości".

Prezydent prowadzi swoja grę. Ale cała koncepcja marszu prezydenckiego jest potwierdzeniem siły, sprawności i mobilizacji obozu patriotycznego. Gdyby obóz patriotyczny był słaby, kompletnie rozbity, gdyby tak zwany "drugi obieg" nie miał siły oddziaływania, to prezydent mógłby na to machnąć ręką. A tak, stara się przechwycić jakąś część nastrojów patriotycznych. Z tej samej perspektywy należy spojrzeć na tzw. drugie expose Donalda Tuska. Gdyby projekty wsparcia polityki prorodzinnej, gdyby projekty budowania strategicznych przyczółków państwa w gospodarce lansowane przez PiS nie istniały w debacie publicznej, to Donald Tusk mógłby zabawić się w fundamentalizm rynkowy. Ale to właśnie dzięki tej alternatywie opozycyjnej, Tusk w swoim exspose przedstawił liczne motywy czegoś, co wygląda na społeczną gospodarkę rynkową.

 

Wracając do marszu, czy nie ma pan wątpliwości, że to będzie dobrze maszerować ramię w ramię z tak kontrowersyjnymi osobami jak np. Jan Kobylański?

Ja tam najpierw i przede wszystkim spotkam tysiące moich rodaków, mieszkających w kraju. Dla mnie jako badacza, najważniejszy jest osobisty, naskórkowy pomiar ludzkich emocji. Emocje mogą być spokojne, łagodne. 29 września te emocje były spokojne, godnościowe, dumne, twórcze. Jeśli pominiemy prowokatorów wypisujących agresywne i antysemickie hasła, prawdopodobnie z inspiracji środowisk wrogich Polsce, to dominowały dobre emocje. Te dobre emocje były obecne prawdopodobnie także dzięki temu, że marsz ruszył po mszy. Ludzie modlili się, odmówili różaniec i to dało im pewne ugruntowanie emocjonalne. A z jakim stanem ducha ruszą jutro o 15-tej, tego nie wiem.

Rozmawiał Marcin Wikło