Z punktu widzenia trafności analiz Brzeziński to człowiek-katastrofa, a jego pomysły to ciąg kompromitujących wpadek

Fot. PAP/EPA
Fot. PAP/EPA

Nieszczęsna, ordynarna i głupia wypowiedź Zbigniewa Brzezińskiego o Smoleńsku stała się w Polsce wydarzeniem, choć nie powinna. Jaką wagę mają opinię kogoś, kto Polską jest luźnie zainteresowany i kto ani nie śledzi całej historii smoleńskiej, ani nie troszczy się szczególnie o sprawy polskie? Brzeziński jest Amerykaninem, uwikłanym po uszy w politykę amerykańską w wydaniu partii demokratycznej.

Ale jest jeszcze jedna przyczyna, dla której Brzezińskim nie należy się przejmować. On nie ma i nigdy nie miał niczego mądrego do powiedzenia. Od czasu, gdy zacząłem czytać Brzezińskiego nie mogłem się nadziwić jego wielkiej popularności w Polsce. Nie znam żadnego amerykańskiego politologa o podobnej pozycji zawodowej, który byłby równie marnym analitykiem. Z punktu widzenia trafności analiz Brzeziński to człowiek-katastrofa, a jego pomysły to ciąg kompromitujących wpadek. „Błąd to moje drugie imię” – powinien tak się przedstawiać.

Zaczął przed laty pisząc książkę „Permanentna czystka” o Związku Sowieckim, gdzie dowodził, że istotą komunizmu był właśnie mechanizm nieustannej czystki. Wszystko to brzmiało przekonująco, tyle że książka ukazała się w roku 1956, a więc wtedy, gdy ten mechanizm właśnie został w obozie komunistycznym zatrzymany, choć sam ustrój dalej istniał.

Brzeziński wziął sobie do serca nietrafiony pomysł i  kilka lat później w roku 1964 opublikował wspólnie z Samuelem Huntingtonem książkę porównującą USA i ZSRR (Political Power: USA/USSR). Zrobił zwrot o sto osiemdziesiąt stopni i stwierdził teraz, że ZSRR już nie jest już systemem morderczym, całkowicie odmiennym od zachodniego, lecz że upodabnia się do Ameryki, tak jak Ameryka do Związku Sowieckiego. Politolodzy pamiętają, że była wówczas to koncepcja modna i nazywała się teorią konwergencji. Modna, ale niemądra. Żeby w roku 1964 pisać, że Związek Sowiecki Chruszczowa i USA Eisenhowera i Kennedy’ego upodobniają się do siebie, trzeba było rzeczywiście cierpieć na jakąś niewyobrażalną niewydolność władz poznawczych.

Wszystkie te wpadki nie przeszkodziły Brzezińskiemu w karierze i w latach siedemdziesiątych związał się z administracją Cartera, doradzając mu w kwestiach bezpieczeństwa i polityki zagranicznej. Polityka Cartera była pokazem niebywałej nieudolności, a odpowiedzialność spada nie tylko na samego prezydenta.

Doktryna polityki zagranicznej Cartera, sformułowana przez Brzezińskiego brzmiała, że świat przestaje być bipolarny, a staje się multipolarny. Ten żargon oznaczał prostą myśl, a mianowicie, że konflikt sowiecko-amerykański nie jest już najważniejszy, bo świat się różnicuje, a konfliktu regionalizują. Brzeziński, tak jak poprzednio, zaobserwował coś, co może, gdzieś i przez krótki moment było faktem, ale znowu fatalnie przestrzelił. Swoją doktrynę sformułował w momencie, kiedy zaczynało dochodzić do ponownej ostrej intensyfikacji konfliktu bipolarnego. Gdy więc Carter jako jeden z pierwszych pomysłów zaproponował wycofanie się Amerykanów z Korei Południowej, Koreańczycy wpadli w dziką panikę, ponieważ ani rusz nie mogli dopatrzeć się na tym obszarze wygaśnięcia bipolaryzmu i regionalizacji konfliktów.

Carter na szczęście odszedł wyparty przez Reagana, a ten nie bacząc na uczone dyrdymały doradcy swojego poprzednika zaczął od przywrócenia bipolarności w świecie, dzięki czemu po pewnym czasie, również na skutek takiego odwrócenia polityki amerykańskiej, komunizm przestał istnieć. Ale geniusz Brzezińskiego nie spał. W roku 1986 opublikował „Plan gry”, dzieło, w którym dowodził konieczności „globalnej akomodacji” między Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Sowieckim dla dobra pokoju i współpracy. Niestety do „globalnej akomodacji” nie doszło, bo zanim pierwszy nakład książki się rozszedł, to komunizm ogarnęły śmiertelne drgawki.

I tak dalej, i tak dalej. Nie chce mi się wypisywać wszystkich andron, jakie wyszło spod pióra Brzezińskiego, lecz liczba ich jest tak wielka, a waga tak duża, że trudno go nie uznać za kompletnego nieudacznika w politologii. Skąd więc owa reputacja, jaką się cieszy? Autor ten opanował umiejętność takiego pisania i mówienia, które sprawia wrażenie wielkiej biegłości i uczoności. Dopiero, gdy się przyjrzeć bliżej i skonfrontować z rzeczywistością, okazuje się, że to są bzdury. Ta marność pisarstwa Brzezińskiego nie jest zresztą zupełnie niezauważona, a moja opinia, że jego prace to mieszanina fałszu i hochsztaplerki nie jest wcale oryginalna. W Polsce Brzezińskiego kochają, bo go nie czytają, a jak czytają, to nie rozumieją. Ludzi czytających i rozumiejących zachęcam do lektury, by przekonali się sami.

Nie miałem osobistych kontaktów z Brzezińskim. Pamiętam jedno spotkanie z nim, bodaj w roku 2006, które zorganizował ówczesny minister obrony rządu Prawa i Sprawiedliwości, niejaki Radosław Sikorski (tak, tak). Na spotkanie przyszło kilkunastu polityków pisowskich. Wszyscy oni podziwiali Brzezińskiego i z wielkim szacunkiem się do niego zwracali, i żeby mu zrobić przyjemność mówili, jak bardzo są proamerykańscy i jak zawsze kochali Ronalda Reagana. Bardzo mnie to rozśmieszyło, bo Brzeziński Reagana nienawidził, a komplementy naszych polityków nie wywoływały na jego twarzy wyrazu zadowolenia. Po pierwsze, Reagan wykopał z pracy jego szefa Cartera, a po drugie, Reagan robił dokładnie odwrotnie i za to stał się przedmiotem podziwu. Brzeziński cierpiał więc na tym spotkaniu wysłuchując kolejnych laudacji Reagana, ale nie mógł zareagować, bo nie wypadało. Zrobił więc w końcu krótką uwagę deprecjonującą Reagana, mówiąc, że ten zasypiał na posiedzeniach Rady Bezpieczeństwa Narodowego, co miało pokazać, że był stary, zniedołężniały i niczego nie rozumiał. Może Reagan był rzeczywiście wtedy stary i zniedołężniały, może przesypiał na posiedzeniach, może nie studiował w Harvardzie i w Columbii, ale rozumiał znacznie więcej, niż wykształcony i młodszy Brzeziński. Fakt, że Brzeziński do tej pory tego nie pojął, pokazuje, że jak małe ma zdolności pojmowania.

Dlatego nie przejmujmy się wypowiadanymi przez niego głupotami. Z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że jeśli Brzeziński powie, iż jest tak i tak, to raczej będzie odwrotnie. Jeśli więc powiedział, że w Smoleńsku na pewno nie było zamachu, to na miejscu Tuska i jego propagandzistów rządowych i medialnych wpadłbym w popłoch.

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...