Co będzie, jak okaże się, że w próbkach są materiały wybuchowe? Na pewno nie napisze o tym "Rzeczpospolita"

Nasz rząd i prokuratura muszą się teraz modlić, żeby Rosjanom udało się coś zrobić z tymi pozostawionymi w Moskwie, acz "doskonale zabezpieczonymi", próbkami z wraku tupolewa, wypełnionymi wysokoenergetycznymi cząstkami.

 

No bo jeśli tych próbek i ich zawartości nie uda się jakiemuś Wani czy Saszy podmienić, jak komuś wyjdzie w badaniu, że na wraku Tu-154 M były materiały wybuchowe, to wówczas konieczność przywrócenia do pracy i przeproszenia Cezarego Gmyza, będzie najmniejszym zmartwieniem tej władzy.

 

Że coś na wraku znaleziono to pewne. Gdyby nic tam nie było, Seremet nie biegłby, jeszcze na początku października do Donalda Tuska, meldować o ustaleniach ekspertów, którzy wrócili ze Smoleńska, bo raczej szef rządu nie musiałby wiedzieć, że nic tam nie znaleziono. Rzecznik Graś nie zachowywałby się na konferencji jak rozhisteryzowana pannica i nie pohukiwałby na dziennikarzy wezwaniami: "tu ziemia". Wreszcie nie powiedziałby w "Faktach po faktach", że mieliśmy do czynienia z "wyciekiem informacji". Mówiłby raczej o wierutnym kłamstwie "pisowskich dziennikarzy". A jednak Seremet pobiegł, Graś histeryzował, a sam premier właściwie zwiał z tamtej konferencji.

 

Teraz przerażone wizją rozpętania przez Kaczyńskiego polsko-rosyjskiej wojny mainstreamowe media są bliskie tego, żeby ogłosić, iż Tu 154 M po rozpyleniu pestycydów nad gruszkami rosnącymi na wierzbach, zawadził o brzozę, która rosła na trotylu z II wojny światowej, dzięki temu nabrała nadprzyrodzonych właściwości i stała się pancerna niczym czołg z tego samego okresu.

 

Jednak co będzie jeśli Rosjanie nie podmienią próbek, a eksperci potwierdzą obecność w nich materiałów wybuchowych? Jedno jest pewne: nie napisze o tym "Rzeczpospolita". Tam wszyscy są tak zastraszeni, że jak się do nich zgłosi jakiś wiarygodny informator, zwieją z krzykiem.

 

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...