NASZ WYWIAD. Prof. Zdzisław Krasnodębski: "Zwolnienie Cezarego Gmyza to typowe dorzynanie watahy"

fot. PAP/Maciej Chmiel
fot. PAP/Maciej Chmiel

Niezależność dziennikarska powinna się sprawdzać w sytuacjach trudnych, a nie kiedy jest dobrze i wszyscy się ze sobą zgadzają. Nie wtedy, kiedy władza jest zadowolona, tylko kiedy ukazuje się publikacja, która jest dla władzy bardzo niewygodna - mówi prof. Zdzisław Krasnodębski, socjolog.

wPolityce.pl: Panie Profesorze, o czym świadczy zwolnienie Cezarego Gmyza?

prof. Zdzisław Krasnodębski: Mamy do czynienia z różnymi zjawiskami, które, zachowując oczywiście wszelkie proporcje, przypominają praktyki z lat 70-tych. W zasadzie ta sprawa to potwierdza. Przypomnę, że jeszcze parę lat temu mówiono, że właściciel nie może mieć wpływu na redakcję, na zamieszczane treści. Dzisiaj jest tak, że w gruncie nie tylko zwolnienie Cezarego Gmyza nie wywołuje zaniepokojenia w niektórych środowiskach, tylko wręcz nawołuje się, żeby te czystki jeszcze szerzej przeprowadzić. A niektórzy przyjmują to z satysfakcją. To jest oczywiście spektakularna sprawa, bo odbiła się szerokim echem, ale mieliśmy przecież podobne. Ja dobrze znam życie akademickie i wiem, że tutaj też jest dużo lęków i obaw przed poglądami, które mogłyby się nie spodobać, czy w ogóle zajmowanie się tematami badawczymi, które nie są dobrze widziane. Już media publiczne, telewizja publiczna zostały oczyszczone z niewygodnych dziennikarzy. Ten proces takiego usuwania do końca różnorodności opinii jest bardzo zaawansowany. Obok tego utworzyło się zjawisko, które nazywamy nowym drugim obiegiem, do którego należą np. niektóre portale, tak jak wPolityce.pl. Zwolnienie Gmyza to jest potwierdzenie tego procesu, a nawet jego zaostrzenie, bo zdaje się, że teraz to przeszło w gorszą, ostrzejszą fazę.

 

Jakim przesłaniem, jakim sygnałem dla innych dziennikarzy ma być zwolnienie Cezarego Gmyza, który jest uznawany za jednego z najbardziej dociekliwych autorów?

Cezary Gmyz ujawnił przede wszystkim sprawę Tomasza Turowskiego, a ostatnio działania MSZ, które w efekcie doprowadziły do denuncjacji opozycjonistów białoruskich. Miał wiele takich wspaniałych artykułów. W tym ostatnim, o materiałach wybuchowych w tupolewie, także dochował rzetelności dziennikarskiej. Mówi nawet o tym w oficjalnym komunikacie prokuratura, że należy poczekać na zbadanie próbek, bo inaczej wszystko wskazuje na rację dziennikarza. Jego zwolnienie jest próbą zastraszenia innych, to jest oczywiste.

 

A patrząc szerzej, jak zmienia się rynek mediów w Polsce? Mówi pan, że powstaje nowy drugi obieg, ale czy on nie będzie wiecznie słaby nie mając kompletnie żadnego odbicia w gazetach wysokonakładowych, albo w telewizjach głównego nurtu?

To na pewno nie jest normalna sytuacja. Jak byśmy sięgnęli do tego okresu, kiedy się media w Polsce kształtowały, to przypomnijmy, jak mówiło się o pluralizmie, o wolności mediów, jaka będzie różnorodność. A co się potem stało? Jaka była ewolucja? Można powiedzieć, nastąpiło wypychanie z tych mediów głównych takich ludzi jak Gmyz, ale przecież wcześniej stracił też stanowisko naczelnego Paweł Lisicki, wielu dziennikarzy odeszło do "Uważam Rze", mówiłem także o dziennikarzach telewizyjnych, przedtem była słynna sprawa z "Dziennikiem". Jakbyśmy popatrzyli, to jest to systematyczny proces eliminacji tych ludzi, którzy mają poglądy niezgodne z rządzącymi. Typowe dorzynanie watahy. Oczywiście ci ludzie wzmacniają te media inne, ale na przykładzie tej publikacji w "Rzeczpospolitej" widzimy, jakie to ma wielkie znaczenie, że publikacja w takiej gazecie, która jest cytowana w przeglądach prasy na świecie ma dużo większe znaczenie i odbija się dużo większym echem niż publikacja w mediach niszowych czy drugoobiegowych, które można pominąć albo zlekceważyć. To jest sytuacja nienormalna, sytuacja, na którą nie możemy się zgodzić. Zawsze mówiłem też, wielokrotnie będąc atakowanym przez dziennikarzy, że to jest też kwestia własności. Gdyby "Rzeczpospolita" należała tak jak Frankturter Allgemeine Zeitung, czy Die Zeit do zrzeszenia niezależnych dziennikarzy, no to takie rzeczy by się nie zdarzały. Natomiast, należą te media do kogo należą, więc tez od tej struktury własności zależy, że one nie są niezależne. Przy okazji widzimy, że w tym momencie, kiedy "Rzepa" się sprywatyzowała i przyszedł pan Hajdarowicz to wcale nie znaczy, że ona jest bardziej niezależna niż wtedy, kiedy należała po części do spółki rządowej. Tak czy inaczej, w tej sytuacji część dziennikarzy reżimowych w tej sytuacji zachowuje się ohydnie.

 

No i taki, a nie inny przekaz o Polsce będzie szedł w świat, w mojej ocenie coraz gorszy, mniej prawdziwy i wręcz ośmielający do lekceważenia Polski. Jeśli rzetelnych dziennikarzy, w dużych mediach zabraknie, to kto powinien o rzetelność przekazu dbać?

Obowiązuje w Polsce konstytucja, która gwarantuje wolność prasy. Mówiliśmy o konieczności różnorodności opinii, o konieczności ścierania się różnych opinii, a nie, że jest tak, że wszystkie tygodniki, z wyjątkiem jednego głoszą to samo. Sytuacja jest w tej chwili taka, że wracamy do kompletnej monokultury medialnej. Całkowita kontrola przekazu na zewnątrz. Już w tej chwili informacja z "Rzeczpospolitej" przebiła się do agencji światowych i do mediów, ale już więcej nic takiego się przebijać nie będzie, bo już się takie informacje na łamach "Rz" nie będą pojawiać. Na łamach Gazety Wyborczej wiadomo, że pojawiają się zupełnie inne przekazy. Natomiast tych wszystkich portali internetowych, czy mniejszych gazet, które ostemplowane są odpowiednimi nawami i zdezawuowane, ich się cytować nie będzie. To jest oczywiście proces, który ma trochę szersze konotacje, proces postępującego zagrożenia wolności słowa i w gruncie rzeczy demokracji. W Polsce, w specyficznych warunkach to postępuje szybciej niż gdziekolwiek indziej, no i okazuje się, że instytucje, które w Polsce wybudowano, są kompletnie nieodporne na ten nacisk. Bo one się powinny sprawdzać w sytuacjach trudnych. Niezależność dziennikarska powinna się sprawdzać w sytuacjach trudnych, a nie kiedy jest dobrze i wszyscy się ze sobą zgadzają. Nie wtedy, kiedy władza jest zadowolona, tylko kiedy ukazuje się publikacja, która jest dla władzy bardzo niewygodna. Ale takie impulsy się już pojawiały wcześniej. Przypominam sobie sytuację, kiedy pan premier zapowiadał kontrolę na Uniwersytecie Jagiellońskim, bo mu się jakaś praca magisterska nie spodobała (praca Pawła Zyzaka nt. Lecha Wałęsy - red.).

 

Czyli Donald Tusk może spać spokojniej po zwolnieniu red. Gmyza i Platforma może spokojniej realizować swój plan przejmowania po kolei wszystkich instytucji w Polsce?

Oni już te instytucje tak naprawdę przejęli. Część przejęli po Smoleńsku, nie oglądając się na nic, wszyscy to pamiętamy. Potem był proces czyszczenia różnych innych instytucji. Natomiast jest jedna rzecz - nie mogą spać spokojnie, bo nie mogą wyjść na ulicę, co pokazują wydarzenia związane z ponownym pogrzebem prezydenta Kaczorowskiego. Dzisiaj obrona wartości odbywa się na ulicach. Tylko demos, czyli lud może je obronić, ponieważ instytucje się nie bronią, jak widzimy, oprócz tych, na których oni nie mogą łapy położyć.

Rozmawiał Marcin Wikło

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...