Dramatyczny finisz kampanii? Idą łeb w łeb? Reelekcja Obamy wisi na włosku? To złudzenie

fot. PAP/EPA
fot. PAP/EPA

To złudzenie podtrzymywane do ostatnich chwil przez powierzchowne odczytywanie sondaży ogólnokrajowych, które w warunkach Stanów Zjednoczonych służą jedynie do interpretacji trendu i są jedynie instrumentem pomocniczym do oszacowania szans kandydatów w danej chwili.

Ale nawet te badania (które obrazuje - przy wszystkich metodologicznych zastrzeżeniach - tak często obecnie przywoływana średnia sondaży sporządzana przez portal RCP), już na tydzień przed wtorkiem 6 listopada ograniczyły poważnie możliwość budowania optymistycznych dla Mitta Romneya scenariuszy wyborczych.

Wprawdzie wciąż w przypadku co najmniej 9 stanów wyznaczających łącznie 131 elektorów ( Floryda, Iowa, Kolorado, Michigan, New Hampshire, Ohio, Pennsylwania, Wirginia i Wisconsin) uważa się, że szanse obu kandydatów są wyrównane i możliwy jest każdy wynik, jednak utrzymywanie się co najmniej od tygodnia stabilnych wyników sondaży wyklucza raczej niespodzianki w dniu wyborów.

Urzędujący prezydent do pewnych 207 głosów (wliczam tu Nevadę, która nadal jest włączana do stanów „niepewnych”, choć przewaga Obamy wydaje się tam być niepodważalna) może doliczyć z już z pewnością Pennsylwanię (20), Michigan (16) i New Hampshire (4), co zapewnia mu 247 głosów oraz - bardzo prawdopodobnie - Wisconsin (10) i Iowa (6), co w sumie daje mu 263 głosy.

Mitt Romney zapewnił sobie prawie tyle samo, bo 206 głosów (w tym Płn. Karolinę umieszczoną tu z tego samego powodu, co Nevada w przypadku Obamy), jednak jego droga do zdobycia 270 głosów jest zdecydowanie trudniejsza. Z bardzo pewnymi Florydą (29) i Kolorado (9) może liczyć tylko na 244 elektorów i nawet z Wirginią dochodzi jedynie do 257 głosów.

Zatem Ohio jest nie tylko jedynym realnym swing state, ale wręcz stanem kluczowym, którego 18 głosów elektorskich tym razem istotnie zadecyduje o wyborze 45. Prezydenta Stanów Zjednoczonych. Romneyowi stan ten zapewnia poparcie 275 elektorów, Obamie 281 głosów (chyba że zwyżkujące ostatnio minimalnie wyniki prezydenta w Kolorado i Wirginii przyniosą mu nawet zdecydowanie wyraźniejsze zwycięstwo).

Oczywiście, nadal wielu komentatorów rozważa kilka prawdopodobnych wariantów, nawet takie, w których Romney wygrywa wybory ponosząc porażkę w Iowa, lub też interesujący wariant zwycięstwa Obamy dzięki wygranej w Kolorado pomimo utraty Ohio.

Tydzień temu większość z tych analiz można było traktować poważnie. Jednak w ostatnich dniach wyniki sondaży nie tylko ustabilizowały się, lecz nawet wskazywały, że Obama minimalnie odrabiał wcześniejsze straty. Dynamika trendu wznoszącego Romneya osłabła jednak już wcześniej. Być może przyczyniła się do tego zachowawcza taktyka przyjęta podczas ostatniej debaty. Kandydat republikanów świadomy względnej przewagi Obamy w kwestiach międzynarodowych nie chciał ryzykować (zgodnie zresztą z radami jego sprzymierzeńców, choćby jednego
z najbardziej wpływowych publicystów neokonserwatywnych Williama Kristolla) przedstawiania wyrazistych idei i pomysłów.

Romney miał się zaprezentować jako przewidywalny mąż stanu a nie marionetka poddająca się wpływom radykalnego skrzydła partii republikańskiej (powrotem do ryzykownych awantur wojennych z okresu prezydentury G.W. Busha straszyli, w celu zmobilizowania elektoratu prezydenta, liberalni publicyści). Huragan „Sandy” pomógł też prezydentowi powodując wyhamowanie tempa kilku z ostatnich dni kampanii i skierowanie na niego uwagi opinii publicznej. Obamy, pomny jak krytyka zachowania Busha podczas ataku Katriny w końcówce jego kadencji – odcisnęła się na wizerunku tamtej prezydentury w świadomości wielu Amerykanów, odwołał spotkania i wiece nawet w kluczowym Ohio wiedząc, że najmniejszy nawet błąd zniweczy jego szansę na reelekcję. W naturalny sposób ograniczyło to skuteczność strategii obozu Romneya, w której najważniejsze elementy przekazu wyborczego były rozpisane na ostatnie tygodnie a nawet dni przed wyborami.

Oczywiście, poważna analiza wymagałaby rozważenia nie tylko taktycznych powodów porażki Romneya, który wbrew początkowym przewidywaniom okazał się być całkiem bliski sukcesu, a nawet zbudował wizerunek wiarygodnego polityka, godnego objęcia stanowiska prezydenta. Szereg okoliczności, które mają fundamentalne znaczenie dla rozstrzygnięć wyborczych, wbrew obiegowym opiniom, nie sprzyjała bynajmniej kandydatowi Republikanów. Nawet jeśli zdecydowana większość Amerykanów wolałaby w ręce Romneya oddać kwestie gospodarcze, to obecna sytuacja jest odmienna od wcześniejszych kryzysów (jak choćby ten z 2. połowy lat 70. XX wieku) doprowadzających do zmiany władzy i nie grała jednoznacznie na korzyść republikańskiego pretendenta .

Niezależnie od głębokich i subtelnych rozważań, którym można się oddać, jest jeden powód, który zdecydowanie i ostatecznie zdecydował o porażce Romneya. Kontrowersyjna decyzja Obamy o wsparciu finansowym amerykańskiego przemysłu samochodowego (ogółem 1,5 mln miejsc pracy) zjednała mu przychylność establishmentu związanego z tym sektorem oraz przekonała do niego tysiące robotników pracujących bezpośrednio w fabrykach GM i Chryslera lub w zakładach w Michigan i Ohio będących ich dostawcami. A że, niezależnie od oceny skuteczności polityki Obamy, poziom bezrobocia w Ohio jest wyraźnie niższy od średniej krajowej, stan ten gwarantujący zwycięstwo w obecnych wyborach prezydenckich, był poza zasięgiem Romneya.


Mirosław Łuczka

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!

Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych