Czy można ryzykować życie z miłości? Można. "Matki: mężne czy szalone" to historia najprawdziwszych bohaterek

Fot. Marta Dzbeńska-Karpińska
Fot. Marta Dzbeńska-Karpińska

Dziś gdy niektórzy politycy i tzw. autorytety lansują tezę, że płód nie jest człowiekiem, a bohaterkami stają się matki, którą „mają odwagę” walczyć o aborcję, warto przywrócić właściwą miarę rzeczom. W tym celu polecam sięgnąć po publikację „Matki: mężne czy  szalone?”.

 

Książka opowiada historie dwudziestu dwóch kobiet, które zdecydowały się na urodzenie dziecka mimo, że zagrażało to ich życiu lub zdrowiu. Te kobiety lepiej niż ktokolwiek inny udzielają swoim życiem odpowiedzi na pytanie o ludzką dzielność, jej konieczność dla naszego przetrwania oraz jej przejawy w życiu zwykłych ludzi.

 

W wyniku poszukiwań Marty Dzbeńskiej-Karpińskiej, artystki – fotografika powstała opowieść o odwadze, o miłości, o zwycięstwie życia, o ekstremalnych wyborach zwyczajnych ludzi, które sprawiają, że stają się oni zupełnie wyjątkowi. To opowieść o zwycięstwie nadziei. O męstwie, które pozwoliło sfotografowanym przez Martę kobietom przezwyciężyć lęk przed śmiercią i chociaż było to wielkim trudem uzdolniło je do gotowości złożenia ofiary z własnego życia lub narażenia na szwank zdrowia w imię wartości jaką stanowiło dla nich życie ich nienarodzonych dzieci. Jest to też opowieść o  gorącym pragnieniu spełnienia swoich marzeń i dążeniu mimo wielkich przeciwności do realizacji macierzyńskiego powołania - o szaleństwie miłości, z której rodzi się życie.

 

Sesje zdjęciowe realizowałam od sierpnia 2011 do marca 2012 roku. Przyjęłam konwencję fotografii rodzinnej, jak z albumów, które znajdują się w większości domów. Sportretowałam swoje bohaterki takimi jakimi są na co dzień, tam gdzie mieszkają i gdzie toczy się ich prywatne życie i - o ile było to możliwe - w otoczeniu najbliższych. W opisie przedstawiłam suche fakty, celowo unikając ich komentowania i emocji.

– mówi autorka zdjęć Marta Dzbeńska-Karpińska.

 

Oto prawdziwe bohaterki.

 

AGATA

 

W 1992 roku Agata – mama rocznej córki – zaszła w drugą ciążę. W trzecim miesiącu, podczas badania USG, okazało się, że łożysko jest brzeżnie przodujące. Agacie groziły niebezpieczne krwotoki, mogące spowodować zakażenie organizmu i zagrożenie życia. Lekarz orzekł: „W takim przypadku ratuje się tylko matkę”. Jednoznacznie zasugerował aborcję. Agata jednak w ogóle nie brała pod uwagę takiej możliwości.

 

26 lutego 1993 roku z powodu silnego krwotoku trafiła do szpitala. Tam personel powiedział jej, „żeby cieszyła się, że ma dziecko w domu”. Umieszczono ją w pokoju blisko sali porodowej. Dostawała preparaty podtrzymujące ciążę. Na początku kwietnia przeniesiono ją na salę porodową i nieustannie monitorowano ciążę, jednocześnie starając się opóźnić poród i przygotować do niego dziecko. Przez cały czas pobytu w szpitalu Agata nie widywała córeczki, by uniknąć wzruszenia i stresu, które mogły spowodować przedwczesny poród. Każdego dnia lekarze analizowali, czy można jeszcze czekać z rozwiązaniem. Agata wciąż miała krwawienia wewnętrzne, które spowodowały zakażenie.

 

8 kwietnia 1993 roku, w 33 tygodniu ciąży, przeprowadzono cesarskie cięcie. Agata znalazła się na granicy śmierci. Po wybudzeniu usłyszała od lekarki:

Cieszymy się, że pani żyje, bo to nie było takie oczywiste.

Bała się zapytać o dziecko, odczytała jednak na karcie informacyjnej napis: „Filius vivus”.

 

O życie Michała, który w wyniku komplikacji przy porodzie urodził się z niedotlenieniem i otrzymał zaledwie 2 punkty w skali Apgar, walczono przez dwa dni. 1 maja 1993 roku Agata i jej zdrowy syn wrócili do domu. Obecnie Michała i jego mamę łączy również wspólna pasja – fotografia. Oboje są zdobywcami nagród w konkursach fotograficznych.

 

STAMATYJA

 

We wrześniu 1992 roku Stamatyja, będąc w trzecim miesiącu ciąży ze swoim trzecim dzieckiem, dowiedziała się, że ma bardzo dużego mięśniaka. Lekarz zalecał aborcję. Stamatyja jednak wraz z mężem Henrykiem zawierzyli tę sprawę Panu Bogu. Henryk powiedział lekarzowi:

Nie pan dał temu dziecku życie i nie pan będzie je odbierał.

 

Na początku listopada 1992 roku Stamatyja trafiła do szpitala, gdzie pozostała aż do rozwiązania. Jej stan stopniowo się pogarszał. W grudniu zaproponowano przeprowadzenie operacji rozwiązania ciąży cesarskim cięciem i usunięcia mięśniaka, ale Stamatyja się nie zgodziła, z obawy, że dziecko nie przeżyje tak wczesnego przyjścia na świat. Słabła jednak coraz bardziej, a guz się powiększał i ostatecznie w styczniu 1993 roku przystała na operację.

 

Lekarze obawiali się, że z powodu choroby matki dziecko może być niepełnosprawne lub niezdolne do samodzielnego życia po narodzinach.

 

21 stycznia 1993 roku przeprowadzono cesarskie cięcie i operację usunięcia mięśniaka. Zdrowa córka Maria ważyła 2,1 kg, usunięty złośliwy nowotwór o rozmiarze 30x60 cm – 15 kg, a wyczerpana chorobą Stamatyja – 37 kg. Jej stan był tak ciężki, że nie dawano jej większych szans na przeżycie. Po wypisaniu ze szpitala nie została poddana leczeniu chemią. Z czasem powróciła do pełni sił.

 

Maria jest zdrowa, bardzo dobrze się uczy i wykazuje uzdolnienia muzyczne.

 

MAGDALENA

 

Magdalena choruje na rdzeniowy zanik mięśni II stopnia (SMA II). Siedzi samodzielnie, ale nie chodzi, porusza się na wózku o napędzie elektrycznym. Ma silne skrzywienie kręgosłupa i zmniejszoną pojemność płuc.

 

Wraz z mężem Adamem nie planowali dziecka – ciąża była dla nich zaskoczeniem. Ponieważ nie mogli liczyć na wsparcie rodziny, Magdalena obawiała się, że konieczność opieki nad dzieckiem (i nad nią) stanie się zbyt dużym obciążeniem dla Adama. Poza tym dziecko mogło odziedziczyć jej chorobę. Dlatego brali pod uwagę aborcję. Ostatecznie podjęli decyzję o utrzymaniu ciąży, na co największy wpływ wywarły fachowa porada lekarza genetyka i wyniki badań genetycznych ojca, ograniczające do minimum ryzyko przekazania choroby.

 

W miejscu ich zamieszkania nie dało się znaleźć odpowiedniej opieki medycznej dla Magdaleny. Szpital, który podjął się prowadzenia ciąży i przyjęcia porodu, był oddalony o 120 kilometrów. Tak duża odległość budziła obawy, że w razie pogorszenia stanu zdrowia matki ona lub dziecko mogą przypłacić to życiem.

 

Okazało się, że zarówno w Polsce, jak i na świecie niewiele wiadomo o przebiegu ciąży u matki z SMA II. Nikt nie potrafił przewidzieć, do którego tygodnia Magdalena będzie mogła donosić dziecko. Ze względu na jej stan oceniano, że ciążę da się utrzymać do 20–26 tygodnia, tak by nie zaszkodzić matce, a jednocześnie dać dziecku realną szansę na przeżycie mimo wczesnego porodu. Wszystko zależało od tego, na ile oba organizmy dostosują się do siebie i jak długo uda się zachować wydolność oddechową Magdaleny. Budowa jej ciała ograniczała miejsce dla rozwijającego się dziecka, które rosnąc, uciskało na przeponę, co dodatkowo zmniejszało możliwości oddechowe płuc. Na szczęście ułożyło się ono stosunkowo nisko, a nieinwazyjne nocne wspomaganie oddychania pomogło mięśniom oddechowym matki i pozwoliło dotlenić dziecko. Istniało jednak drugie poważne zagrożenie dla życia i zdrowia Magdaleny – nie było pewności, czy po wybudzeniu ze znieczulenia ogólnego przy cesarskim cięciu jej mięśnie podejmą akcję samodzielnego oddychania i wrócą do stanu sprzed ciąży.

 

W miarę wzrostu dziecka Magdalena odczuwała coraz większe trudności z oddychaniem. Przy ruchach dziecka bolały ją żebra. Miała bardzo wysokie ciśnienie krwi, a pod koniec ciąży pojawiły się obrzęki utrudniające jej poruszanie rękoma.

 

Miesiąc przed porodem została hospitalizowana. Podano sterydy dla lepszego rozwoju płuc dziecka. Postanowiono rozwiązać ciążę w ósmym miesiącu. Przygotowując poród, lekarze zorientowali się, że budowa matki spowoduje kłopoty przy intubacji. Do przeprowadzenia narkozy sprowadzono zespół anestezjologów z innego szpitala. Zdecydowano się na zastosowanie specjalnej intubacji przez nos w znieczuleniu miejscowym. W trakcie zabiegu nie uniknięto jednak problemów, bo struktura nosa pacjentki okazała się inna, niż się spodziewano.

 

24 maja 2011 roku poprzez cesarskie cięcie na świat przyszedł Feliks. Czterdzieści minut po operacji Magdalenę przewieziono do szpitala, z którego pochodził zespół anestezjologów. Tam trafiła na OIOM, gdzie przez 24 godziny była utrzymywana w śpiączce farmakologicznej. Przy wybudzeniu pojawiły się komplikacje i stan Magdaleny był dość ciężki, chociaż oddychała samodzielnie.

 

Adam jeździł pomiędzy szpitalami, w których leżeli Magdalena i Feliks. Po dwóch dniach, na życzenie położnika, Magdalena została z powrotem przewieziona do szpitala położniczego i w Dniu Matki po raz pierwszy zobaczyła syna. Pielęgniarki pomogły jej nakarmić dziecko piersią.

 

Wszystkie obawy co do osłabienia mięśni karku, szyi i rąk się potwierdziły. Magdalena była tak słaba, że nie mogła siedzieć. Ale powoli zaczęła się regenerować i 1 czerwca rodzina w komplecie wróciła do domu. Magdalena przez trzy miesiące karmiła Feliksa piersią. Nadspodziewanie szybko wróciła do kondycji sprzed ciąży.

 

„Matki: mężne czy  szalone?” to wspaniały prezent dla wszystkich mam, babć oraz wszystkich ludzi, dla których miłość i oddanie drugiemu człowiekowi stanowi sens życia. To także lektura godna polecenia dla wszystkich zwolenników aborcji. Może coś zrozumieją.

 

 

 

 

Najnowsze artykuły

Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu

Śledź nas na Google News

Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News

Dziękujemy za przeczytanie!

Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.

Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.

Autor

Wspieraj niezależne media Wspieraj niezależne media Wspieraj niezależne media

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych