Niemcy zbudowali za prawie 3 miliony euro w Berlinie pomnik ku czci 500-tysięcy pomordowanych w latach 1933-45 Romów i Sinti. W uroczystości jego odsłonięcia wzięła udział kanclerz Angela Merkel i prezydent RFN – Joachim Gauck. Dużo było słów ekspiacji i żalu za grzechy przodków. Media niemieckie – jak jeden mąż zaaprobowały ideę uczczenia zabitych.

Kompromitujące dla polityki Niemiec w kontekście historii jest to, że dopiero w 1982 r. niemiecki kanclerz zdobył się na stwierdzenie, że zbrodnie na ponad stu tysiącach Cyganów w czasach hitlerowskich były ludobójstwem. Dalszych trzydziestu lat potrzeba było, by powstał pomnik w godny sposób upamiętniający ofiary hitlerowskich zbrodni na tle rasowym

- napisał „Frankfurter Rundschau”, a w podobnym tonie tuzin innych gazet.

Kanclerz Merkel powiedziała w swym wystąpieniu, że „zagłada Sinti i Romów wryła się głęboko w pamięć i pozostawiła głębokie rany”.

Dzień po odsłonięciu pomnika ku czi zamordowanych Romów i Sinti o potrzebie wybudowania pomnika ku czci pomordowanych Polaków wypowiedział się Władysław Bartoszewski, rządowy pełnomocnik ds. dialogu międzynarodowego. Dziennikowi „Rzeczpospolita” powiedział, że w połowie listopada poruszy ten temat podczas konsultacji polsko-niemieckich w Berlinie.

W Berlinie, obok odsłoniętego właśnie pomnika Sinti i Romów, istnieje obelisk upamiętniający ofiary Holokaustu i zamordowanych homoseksualistów. Są plany zbudowania pomnika ofiar przymusowej eutanazji.

Wielu Polaków w ogóle nie było świadomych, że nie tylko w stolicy Niemiec nie ma pomnika ku czci Polaków przeznaczonych do zlikwidowania zaraz po Żydach, ale że Niemcy właściwie nie mają pojęcia, że wśród ich ofiar byli Polacy.

Uświadomił to bardzo wyraźnie Bartosz Dudek, szef polskojęzycznej redakcji „Deutsche Welle”, który w artykule pt. „Pomnik polskich ofiar Hitlera w Berlinie: potrzebny i mało realny”. Red. Dudek napisał szczerze:

(...) wzniesienie takiego pomnika na wzór już istniejących wydaje się mało prawdopodobne. Zbrodnie Hitlera rozciągnęły się bowiem na tyle narodów i grup społecznych, że zapewne zabrakłoby miejsca w centrum Berlina, by uczcić je wszystkie.

Bawarski, konserwatywny dziennik „Süddeutsche Zeitung” apel Bartoszewskiego zatytułował: „Polacy także żądają pomnika”. Wyczuć można wyraźne zniecierpliwienie „kolejnymi żądaniami”.

Niemieckie, pierwsze zdziwienia nad „żądaniami” upamiętnienia najważniejszej po Żydach grupie ofiar szaleństwa naszego zachodniego sąsiada to wyraźne pokłosie polskiej polityki historycznej, a raczej jej braku.

W przeciętnym przekazie medialnym niby jest wszystko dobrze, ale nawet tu dochodzi do niemiłych zgrzytów. Były prezydent RFN - Christian Wulff w styczniu 2011 roku, wymienił wszystkie grupy eksterminowane w tym niemieckim obozie Auschwitz, a zapomniał o... Polakach. Choć przecież dla eksterminacji polskiej inteligencji wybudowano pierwotnie ten obóz.

O hekatombie "polskiej rasy" w czasie wojny wie garstka specjalistów, którzy interesują się tematem. Nie przebija się to w ogóle do świadomości ogólnoniemieckiej. Niemcy więcej już wiedzą o domniemanym „ludobójstwie” Niemców z rąk Polaków i Czechów po wojnie, niż np. o niemieckich „Katyniach”, np. podwarszawskich Palmirach, gdzie – podobnie jak sowieci, Niemcy likwidowali polską inteligencję.

O ostatniej rocznicy powstania warszawskiego Niemcy ze swoich mediów dowiedzieli się tylko „dzięki” temu, że były protesty przeciwko koncertowi Madonny 1 sierpnia. A i tak zawsze myli im się ten zryw z powstaniem w getcie.

Slaw/ Süddeutsche Zeitung/ Deutsche Welle