Bezkarne naciski na media w Polsce świadczą o tym, że u nas panuje coś w rodzaju systemu białoruskiego w oxfordzkim przebraniu

PAP/Radek Pietruszka
PAP/Radek Pietruszka

Po informacji, że Hans Michael Strepp, rzecznik prasowy bawarskiej CSU telefonował w sprawie zdjęcia z anteny telewizji ZDF depeszy na temat zjazdu konkurencyjnej SPD, u naszego sąsiada rozpętała się prawdziwa burza medialna.

Prawdopodobnie to ciśnienie opinii publicznej sprawiło, że Strepp, w pierwszych chwilach ostro zaprzeczający, że jego telefon do Petera Freya, redaktora naczelnego miał charakter nacisku politycznego, podał się do dymisji.

To jednak nie uciszyło głosów krytyki świata polityki przez media niemieckie. Kolejny już dzień „wałkują” temat. Zagrożony jest zarząd CSU, bowiem pojawiły się sugestie, że Strepp działał z polecenia swojego szefostwa.

„Głupota nie zna granic” napisał „Nuernberger Zeitung”. To jedno z łagodniejszych określeń na zachowanie chadeckich polityków. Można Niemcom pozazdrościć skutecznych mechanizmów obronnych demokracji i wolności mediów.

Warto więc porównać sytuację w RFN z tą w Polsce, gdzie ostre naciski na dziennik „Rzeczpospolita” przez rzecznika prasowego MSZ, aby nie publikować materiałów mogących kolejny raz zaszkodzić nadwyrężonemu wizerunkowi resortu i jego szefowi, nie dosyć, że przechodzą bez większego echa, to jeszcze rozzuchwaliły rzecznika MSZ Marcina Bosackiego i jego szefa - Radosława Sikorskiego.

Obaj idą w zaparte twierdząc, że nie było nacisków, a jedynie coś w rodzaju „prośby o odpowiedzialność”.

W cywilizowanym kraju Bosacki zostałby zwyczajnie zdmuchnięty ze stanowiska. W Polsce jednak rzecznicy i ministrowie mają taryfę ulgową. Dlaczego? Bo mainstreamowe media do perfekcji opanowały technikę zamilczania niewygodnych dla obecnej władzy spraw lub ich przykrywania. Ciekawie byłoby się dowiedzieć, czy to też w wyniku jakiejś „prośby o odpowiedzialność” usłyszanej z telefonu.

Warto sobie wyobrazić, co by się działo w Polsce, gdyby do nacisków na jakąś gazetę, aby czegoś nie publikowała, doszło w latach 2005-2007.

Żółte paski biegłyby w poprzek wszystkich „zaprzyjaźnionych telewizji”, a wstępniaki wiadomej gazety przez kilka dni uginałyby się od sążnistych porównań Polski do Białorusi. Sprawa oparłaby się pewnie o Brukselę. Konferencja prasowa goniłaby konferencję i to niezależnie od pory doby.

Jeśli nikt z MSZ nie poniesie odpowiedzialności politycznej za naciski na „Rzeczpospolitą”, będzie można uznać, że właśnie teraz mamy Białoruś, ale w oxfordzkim wdzianku.

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...