Polacy potrafią robić dwa rodzaje filmów wojennych. Znakomite albo fatalne. Do drugiej kategorii należą superprodukcje naśladujące „wypasione” kino Spielberga, Gibsona albo choćby Stone’a (nikt na szczęście nie stara się w naszym kraju udawać, że potrafi podrobić Malicka). Wszyscy znamy efekty tej pracy. Znamy również efekty pracy Wojtka Smarzowskiego czy Marcina Krzyształowicza. Oni pokazali, że potrafimy opowiadać o II wojnie światowej w sposób oryginalny na skalę europejską. Ba, śmiem twierdzić, że nawet światową. Róża” i „Obława”, która dziś wchodzi do naszych kin dowodzą, że powinniśmy skupić się na pokazywaniu wojny właśnie w taki sposób. Jesteśmy w tym lepsi niż Hollywood.

„Obława” jest filmem unikatowym. Po pierwsze mamy do czynienia z zupełnie innym pokazaniem żołnierzy AK, którzy obrazują w pewnym stopniu wspomnienia Stefana Dąbskiego zawarte w „Egzekutorze”. Nie są to posągowi, zawsze rycerscy młodzieńcy o twarzach aktorów z „Czasu honoru” ( z całą sympatią dla tego serialu), ale zmęczeni, brudni i ocierający się o typowe dla wojennych warunków życia zdemoralizowanie zwykli ludzie, którzy są rzuceni w bestialskie czasy. Każdy z nich ma tajemnice i grzechy. Każde z nich ma własne porachunki z Panem Bogiem i sobą samym. Każdy z nich przejawia „normalność” tylko w przyziemnych (?) gestach. Kapral ( jakże inny niż w „Róży” jest Dorociński!) jedząc watę cukrową ogląda się za matką z dzieckiem, inny żołnierz chowa pod kurtką myszkę. Porucznik chce uchować od śmierci sanitariuszkę ( coraz lepsza Rosati) oddalając ją do domu. Jednocześnie ci sami ludzie są gotowi brutalnie torturować więźnia czy obcinać głowy martwym wrogom. Goyowskie demony wojny są widoczne tutaj, a nie w komiksowych filmie Pasikowskiego. Krzyształowicz unika jakichkolwiek jednoznaczności nawet przedstawiając wyjątkową kanalię moralną i kolaboranta nazistów ( fenomenalny Stuhr) i zdrajczyni, która wydaje cały oddział AK. Reżyser nie rozgrzesza i nie prawi taniego moralizatorstwa. On tylko pokazuje, że człowieczeństwo tkwi w każdej osobie. Szczególnie w tych, którzy są postawieni pod ścianą.

Niektórzy po pokazie filmu na festiwalu w Gdyni, gdzie zdobył on Srebrne Lwy, porównywali go do „Bękartów Wojny” Quentina Tarantino. Jest to zupełne nieporozumienie. „Obława” jest jak najdalsza od pastiszu Tarantino, u którego przemoc przypomina tą z kart komiksów Millera. W „Obławie” przemoc jest obnażona, goła, mechaniczna i surowa. Tu nie ma miejsca na mruganie okiem czy jakąkolwiek, nawet krwawą, umowność. Krzyształowicz idzie dalej niż Smarzowski w „Róży”. Pewne sceny mogą przyprawić o mdłości osobę wychowaną nawet na Georgu A. Romero. I są to sceny, które epatują brutalnością w sposób minimalistyczny w porównaniu z dziełkami mistrza slashowych horrorów. Mamy jednak w filmie pierwiastek tarantinowski. Jest to zupełnie nowatorska jak na nasze kino narracja. Otwierająca film scena powinna przejść do historii naszej kinematografii. Nie powstydziłby się jej nawet Robert Rodriguez. „Obława” jest filmem mozaikowym. Akcja skacze w czasie, choć rozgrywa się w ciągu kilkudziesięciu godzin. Takie żonglowanie wątkami bywa zawsze zgubne dla niedoświadczonego filmowca. Nie zapominajmy, że przejechał się na nim nawet taki mistrz gatunku jak Guy Ritchie. Krzyształowicz radzi sobie jednak wyśmienicie. Na dodatek twórca dokonuje piekielnie trudnej sztuki i w kilku miejscach przywołuje trick z „Roshomona” Kurosawy. Fakt, że jest on niewidoczny na pierwszy rzut oka, potwierdza klasę tego filmu.

Po seansie bliskiej mi „Róży” ( mieszkam na Warmii i Mazurach) myślałem, że nie zobaczę bardziej wbijającego w fotel wojennego filmu. Dziś zmieniłem zdanie. Czy po raz ostatni?

Łukasz Adamski

“Obława”, Polska 2012, reż. Marcin Krzyształowicz, wyst: Marcin Dorociński, Maciej Stuhr, Sonia Bohosiewicz.


Więcej znakomitych recenzji filmowych, omówień książek, wywiadów z najlepszymi konserwatywnymi autorami i wiele informacji ze świata kultury na najlepszym portalu o kulturze- www.wNas.pl