Co wypadało Mackiewiczowi, nie wypada Zychowiczowi. "Przyszłe tego typu książki powinny brać bardziej pod uwagę polskiego ducha i polską specyfikę"

Józef Beck podczas wygłaszania przemówienia w Sejmie, 5 maja 1939 roku
Józef Beck podczas wygłaszania przemówienia w Sejmie, 5 maja 1939 roku

Co wypadało Mackiewiczowi, nie wypada Zychowiczowi

Piotr Zychowicz należy do pokolenia Solidarności (ur. 1981), zapewne też do pokolenia JPII, jest historykiem i zodiakalnym bykiem – a więc człowiekiem z natury twardym, trochę buńczucznym i odważnym. To, że uważa się za ucznia prof. Wieczorkiewicza więcej mu dodaje, niż ujmuje. Natomiast przełom w jego życiorysie stanowi informacja z 10.04.2010 r., że jako jeden z pierwszych był w miejscu smoleńskiej tragedii. Fakt ten zostawia bowiem podobne piętno, jak np. przeżycia z II wojny światowej. Dlatego też jego książka intencjonalnie jest wiarygodna. Należy potraktować ją poważnie i – chyba, jako jeden z głosów młodego pokolenia Polaków. Poważnie, ale z dystansem. (To, co napisze poniżej adresowane będzie do tych, którzy tę książkę przeczytali. Tekst ten będzie bardziej pokazaniem innej perspektywy niż polemiką).

***

Każda ambitna książka, niezależnie od pomysłu lub mechanizmu, który „włączył” autora, niesie z sobą przekaz ducha swojej epoki. Fenomen II RP zrodzony został z niezależności (niepodległości myślenia) i zaczął się prawdopodobnie na wysokim poziomie – od polemik polskich naukowców z naukowcami państw zaborczych oraz od ponad stuletniej refleksji nad własnym losem. Okres przełomu XIX i XX wieku można chyba uznać za najmądrzejszy od upadku polskiej państwowości. Dlatego też II RP nie zastanawiała się z kim ma iść, postawiła na siebie, a jej korzenie nie sięgają roku 1918, 1920, czy 1922. Swoje niezależne i ożywcze soki zaczęła czerpać w okresie oświecenia i gdzieś na przełomie tamtych dwóch wieków.

PRL zaczął się również na „wysokim poziomie”, ale obcej władzy. Społeczeństwo polskie po wojnie mimo to nie miało poczucia totalnej klęski, jaką poniosła w II wojnie Polska – na każdym poziomie. (Być może w grę wchodziła propaganda klasowa). PRL miał wyraźny rys antyrosyjski, III RP, która jest kontynuacją tamtego okresu i niesłusznie oddzielana jakąś barierą terminologiczną, miała wyraźną tendencję proniemiecką. I to była pierwsza faza Polski Solidarnościowej. Druga faza III RP była już inna, a to za sprawą wyhamowania napływu Polaków do Niemiec i ograniczenia płynących stamtąd korzyści. Młodzi Polacy za pracą i swoim doświadczeniem pojechali do Anglii, Irlandii, USA – a więc dalej. To doświadczenie starsze rodzeństwo przekazało młodszemu, a ci w odpowiedzi, postanowili pozostać w Polsce. I tak zaczęła się trzecia faza, którą aktualnie obserwujemy. Co z niej wyjdzie, nie wie nikt.

Pierwsza faza wywarła na młodych Polakach duże wrażenie – zostawiła po sobie wyraźne ślady i chyba poszła jakby w korzenie. Jedno z najważniejszych zdań, dotyczące przełomu pierwszej i drugiej fazy napisał Tomasz Otremba w „Wyżynie polskiej” (s. 561). Brzmi ono: „…<zakochanie> minęło niemal bez śladu. Tyle, że tego co się stało, odwrócić już się nie da i dla wielu stanie się jasne, że Polska <nosi w swym łonie… niemieckie dziecko>”. Można dodać, że to dziecko musi przyjść na świat. Tu aborcji dokonać nie można. Tak samo więc, jak PRL spłodził III RP, tak pierwsza faza III RP wydała na świat dzieci z tamtego okresu.

Książka Piotra Zychowicza (Pakt Ribbentrop-Beck) ukazała się w ostatniej fazie III RP, ale jej korzenie tkwią zapewne jeszcze w okresie niemieckim. Nie jest to zarzut, ale pod warunkiem, że historia alternatywna nie zejdzie na manowce, co zważywszy na stan obecnego ducha Polaków, nie jest pewne. Z Autorem można się zgodzić, że historię Polski trzeba napisać od początku, ale znów pod warunkiem, że będzie to kontynuacja roku 1939, a nie radosna twórczość antypeerelowska.
„Co by było gdyby”

Książkę warto przeczytać, choć najbardziej pasjonujące są dwa pierwsze rozdziały; gdzieś do połowy jest zajmująca, później to już gra do jednej bramki. Jej podstawową słabością jest brak adwokata przedwojennego ministra spraw zagranicznych. Do słabości należy też nadmierna gloryfikacja Studnickiego (w tym względzie robi wrażenie jakby kalki jego myśli i postulatów) oraz jego uczniów Cata-Mackiewicza i Aleksandra Bocheńskiego. Owszem, wszyscy trzej mają swoje zasługi (może na podobnej zasadzie, jak historyczna szkoła krakowska), ale na ogólnym planie nie do tego stopnia jak widzi to Autor. Im miejsce wyznaczyła już historia – bronili kresów, a więc czegoś, co było nie do obrony – tak samo wówczas jak i dziś.

Druga wojna była nie do wygrania nie tylko ze względu na dysproporcje siły militarnej, ale przede wszystkim ze względu na tendencje narodowościowe na kresach. Tego trzej wymienieni panowie nie brali pod uwagę. Polska w 1939 r. miała tylko jeden ruch – ku Odrze. Tam skąd przyszła i tam gdzie mieszkali Polacy. Nieśmiało zapoczątkowany on został w oświeceniu (Kołłątaj), a potem kontynuowany przez Wysłoucha, Popławskiego i endecję. Na tym tle widać anachroniczność każdej myśli podążającej w kierunku wschodnim – również i układanki Piotra Zychowicza. Zastanawiające jest, że Piotr Zychowicz w trakcie pisania dał się pochłonąć do tego stopnia, iż sam uwierzył w konieczność sojuszu Polski z Niemcami, choć początek tego nie zapowiadał – i to jest chyba największy mankament tej książki.

Kolejna słabość, to bagatelizowanie destrukcyjnej roli mniejszości niemieckiej, która w niemieckich planach miała bardzo twardą pozycję, nie tylko w Polsce. Trudno też zaakceptować jednostronności winy – cała odpowiedzialność za upadek II RP została złożona na barki jednego człowieka - Józefa Becka. To kolejna słabość. Nie ma tu refleksji, że był to proces, w którym niechlubną rolę odegrała Anglia i Francja, tzn. Nie ma tu postawienia wyraźnej ich winy. A to oskarżenie w swoim tonie podobne jest do PRL-owskiego, które – zaporowo, o wszystko obwiniało II RP i przedwojenne elity.

***

Główną tezę książki, że „gdybyśmy w 1939 r. poszli z Niemcami na Moskwę, wyszlibyśmy na tym lepiej” słyszałem już w dzieciństwie, dopuszczany byłem bowiem do rozmów ze starszymi (jako słuchacz, oczywiście). A więc owe „co by było gdyby” żyje swoim życiem od klęski w 1939 r., a dziś zaczęło przybierać formę publicystyczną. Uprawianie historii alternatywnej podobne jest trochę do uprawiania geopolityki, z tą różnicą, że wyniki tej ostatniej prędzej czy później zostaną zweryfikowane przez życie. Obydwie wymagają dużej wyobraźni (tę Zychowicz ma), ale z historią alternatywną jest inaczej,  wymaga ona bowiem szczególnej wiedzy pozaźródłowej, która pozwala we właściwy sposób interpretować dokumenty; potrzebna jest też znajomość ducha epoki i duszy opisywanego narodu, które pozwalają wiedzieć co było możliwe, a co nie.

No więc co byłoby, gdyby żył Marszałek (JPI)? Jest całkiem prawdopodobne, że umożliwiłby Hitlerowi uderzenie na ZSRS, aby dokończyć swoje dzieło z lat 20-ych. Hitler Piłsudskiego szanował bo widział w nim siłę i sojusznika przeciw Rosji, i nic więcej. Chciał też wykorzystać polską piechotę, chyba w podobny sposób jak to zrobili sowieci pod Lenino, na co raczej Piłsudski nie wyraziłby zgody. Nie mógłby też powtórzyć błędu z epoki napoleońskiej, kiedy to niemal całe Księstwo poszło na wschód. Gdy spojrzymy na mapę działań operacyjnych Wehrmachtu na wschodzie, widzimy, że musiałby nastąpić podział ról. Być może Niemcy uderzaliby na Moskwę, a Polacy musieli by operować na Ukrainie. Jeżeli Piłsudski oddałby korytarz Niemcom, to ani tunel, ani droga na słupach nie mogła wystarczyć.  W przypadku ataku na Rosję musiałby oddać cały dostęp do morza, a mając na uwadze podział ról operacyjnych, transport wojsk niemieckich przebiegałby przez tereny Kowieńszczyzny i Wileńszczyzny – rodzinne strony Piłsudskiego itd. Jest więc  bardzo dużo niewiadomych. Oczywiście, ze względu na stawkę, do jakiegoś porozumienia musiałoby dojść, ale nie można też wykluczyć, że z jakichś przyczyn układ zostałby zerwany i wówczas nastąpiłoby to, co nastąpiło w 1939 r.

Inną rzeczą  jest fakt, że na terenie pomiędzy Niemcami a Rosją (a więc Polski), za pomocą regularnego wojska operować mogło tylko niepodległe państwo. Gdyby ta niezależność została utracona, ten sam teren nadaje się tylko do partyzantki. (Stąd min. powstania w okresie zaborów). Nie wiadomo gdzie Hitler chciał się zatrzymać. Gdyby poszedł na Rosję wątpliwe jest, aby zgodził się na pozostawienie na swoich tyłach silnej regularnej armii polskiej, będącej nawet w sojuszu. Był szaleńcem, ale nie był idiotą. Tu raczej można by spodziewać się kolejnego „San Domingo”. Dalej, jest też prawdopodobne, że Piłsudski nie zgodziłby się operować swoimi wojskami na Ukrainie, by nie pomagać tam w rozbudzeniu diabłów „pańskiej Polski”, co było w interesie Niemiec. Dla Ukraińców samostijna była tym samym, co dla Polaków niepodległa. Dowodem na to są późniejsze wołyńskie rzezie. Ani kwiaty, ani rekruty nie były więc dla Polaków, lecz dla Niemców. W 1939 r. nie było różnicy, czy przepuścimy przez swoje terytorium Niemców, czy Rosjan. Skutek prawdopodobnie byłby ten sam. Różnica  mogła polegać na tym, że mielibyśmy „niemiecki PRL”.

Ale załóżmy, że Polacy przepuszczają eszelonami Niemców, załóżmy, że kilka dywizji polskich uderza też na Moskwę i cała ofensywa załamuje się. Co robi Piłsudski? Prawdopodobnie uderza na Gdańsk, spycha Niemców do morza i odcina wszelkie dostawy. Niemcy wracają pobici. Za nimi podążają sowieci. Z karabinami na sznurkach, czy już w uzbrojeniu alianckim? Czy polska armia mogła pozwolić sobie na wojnę z dwoma armiami na jednym froncie? Czy może doszłoby do porozumienia Polaków (prędzej Niemców) z bolszewikami? Wątpliwe lub konieczne? A co byłoby, gdyby Piłsudskiego zabrakło?

Inna wersja, załóżmy, że Hitler opanowuje Moskwę, Petersburg, Ukrainę, Polska zostaje w środku – pomiędzy pobitą Rosją a macierzystymi Niemcami. Czy alianci wyszliby nam na pomoc? Bardzo wątpliwe. Po zwycięskim ataku na Rosję, Hitler musiałby zlikwidować Polskę. Nie miałby wyboru. I nie ma znaczenia że w otoczeniu Hitlera nie było Prusaków, nieco później zrobił on coś tak arcypruskiego, że traci znaczenie jego austriackie pochodzenie. Hitler będąc w takiej sytuacji z jednej strony musiał złapać trochę oddechu, nabrać sił ,a z drugiej powstrzymać Zachód. Gdyby obiecał mu część bogactw Syberii, spełniłby ich marzenie, właśnie to, które tak świetnie przedstawił Michałkow w „Cyruliku syberyjskim”… Są też jeszcze inne alternatywy…

Klęska II RP nie może być wyłączną winą jednego człowieka. W tamtym czasie decyzja sojuszu z Anglią i Francją była jedyną możliwą alternatywa zatrzymania wojny i mimo wszystko była to próba realizacji testamentu Marszałka. Jak wiemy stało się inaczej. Wina nie leży po stronie polskiej, lecz po stronie tych, co pozwolili Niemcom na takie zbrojenia. Nie sposób uwolnić Anglię i Francję od winy. Francja odrzucając propozycję wojny prewencyjnej wykazała swoją niedojrzałość cywilizacyjną. Jeżeli jest przewrażliwiona na punkcie przewodnictwa kulturalnego, to przepraszam, ale noblesse oblige. Nie sposób kunktatorstwem obronić cywilizacji, bo taki to ma wymiar. Potem było już tylko ratuj się kto i jak może.  Obwinianie jednoosobowo Becka jest zielonym światłem dla ponownych manewrów ze strony Zachodu. Oczywiście Beck nie jest bez winy, ale wieszanie mu jej na szyi i oskarżanie o całą klęskę w II wojnie i rzucanie na głęboką wodę nie jest uzasadnione.
To

co tu napisałem, Autor może uznać za wywody mijające się istotą książki, ale warto zdać sobie sprawę, że II RP, nie z własnej winy, nie była przygotowana do pójścia z Niemcami na wschód (miała zbyt krótki staż), tak samo zresztą jak nie była przygotowana Solidarność w 1989 r. do przejęcie rządów w Polsce. Ba, do Solidarności można mieć porównywalną pretensję jak do Becka. Nikt jednak niczego podobnego nie artykułuje. Dlaczego, dlatego, że większość z nas pamięta jak to było. Ale to już inna sprawa.

Niemcy-Polska-Rosja

W myśl, że tylko perspektywa całości dziejów daje najbardziej przybliżony obraz, odwołajmy się do dwóch wybitnych myślicieli średniowiecza żyjących w podobnym czasie: do Henryka de Segusio ( zm. 1271 r.) i Marcina Boduły (zm. 1279 r.). Źródła podają, że pierwszy z nich był jednym z najbardziej znaczących kanonistów epoki późnego średniowiecza. Drugi był arcybiskupem gnieźnieńskim podległym bezpośredni papieżowi. Segusio, na którego powoływali się Krzyżacy (abp. S. Wielgus) w swoim słynnym dziele  „Summa aurea” głosił, że: „grzech pierworodny, o ile nie zostanie zmazany przez chrzest, pozbawia człowieka prawa do posiadania własnego państwa, rodziny i prywatnej własności. Własność, którą sobie przypisują poganie, jest własnością niczyją. Po przyjściu Chrystusa na ziemię prawo do wszelkiej własności i posiadania własnych państw przysługuje tylko chrześcijanom”.

Teza Boduły była z gruntu odmienna: „wojny nie mają charakteru boskiego i są dziełem samych ludzi. Potępiając ekspansję zakonu krzyżackiego, jako sprzeczną z religią katolicką, usiłował udowodnić, że wszystkie wojny prowadzone w celach zdobycia bogactw, podboju ludów i nowych terytoriów są  niesprawiedliwe. Sprawiedliwe są bowiem takie wojny, których celem jest poskromienie krzywdzicieli, obrona własnej ziemi i bogactw, udzielenie pomocy krzywdzonym”. Warto zauważyć, że jest to koniec XIII w.

Sięgnijmy teraz do wieku XV i porównajmy również dwie osobowości. Obydwaj byli na poziomie uniwersyteckim: Falkenberg i Włodkowic. Pierwszy z nich od 1385 r. był profesorem uniwersyteckim w Wiedniu, od 1398 wykładowcą teologii w Studium Teologicznym dominikanów w Krakowie i Kolonii, a od 1411 r. inkwizytorem Saksonii i Turyngii. Głosił: „Ludzie łączący się na wytracenie Polaków zasługują na życie wiekuiste, nieczyniący tego zasługują na kary piekielne; władcy świeccy powinni powybijać wszystkich Polaków wraz z ich królem, lub przynajmniej większą ich część, a książąt i wszystkich rycerzy powywieszać na szubienicach”. Paweł Włodkowic w latach 1414-1415 był rektorem Akademii Krakowskiej (starszej od każdego uniwersytetu w Niemczech), a 1418 prorektorem i głosił: „że niewierni posiadają oparte na prawie naturalnym i boskim prawa do własności, do posiadania państwa, jurysdykcji, czci, a stąd wywodził, że przywileje tak papieskie, jak cesarskie, na które powołuje się Zakon, są nieważne. Najazdy Krzyżaków na ziemie spokojnych pogan uznawał ze stanowiska prawa naturalnego, boskiego, kanonicznego i obywatelskiego za sprzeczne z pojęciem wojny sprawiedliwej, a łączenie ich ze świętami Błogosławionej Dziewicy [i urządzanie dwukrotnie w roku krwawych rejsów po Litwie – R.S.] po prostu za skandaliczne, wprost graniczące z zabobonem” (abp S. a).

Polskie stanowisko szkoły krakowskiej, zgodnej zresztą z intencjami papieża Innocentego IV, odbiło się na całym świecie. Czyż nie jest ono pokłosiem bulli „Veritas ipsa”, papieża Pawła III z 1537 r. głosząca, że nawracani Indianie nie mogą być „pozbawieni wolności ani własności, a zatem nie powinni być brani w niewolę”? Kraków współtworzył cywilizację chrześcijańską, ale też polską odmianę cywilizacji.

Odwołajmy się raz jeszcze do abpa Stanisława Wielgusa: „Jeżeli jedno z najważniejszych kryteriów „europejskości” stanowi poszanowanie praw ludzkich, poszanowanie prawa narodów sąsiedzkich oraz zamieszkałych w kraju mniejszości narodowych i wyznaniowych, to Polska już na początku XV w. o 120 lat wcześniej niż którykolwiek z krajów europejskich, wypracowała odpowiednie  zasady prawne gwarantujące ich wolności, zastosowała te zasady w praktyce, obroniła je zbrojnie przed imperializmem krzyżackim, będącym prekursorem imperializmu pruskiego, a następnie uzasadniła je, także prawnie, przed ówczesnymi najwyższymi międzynarodowymi trybunałami”. I puenta za Jędrzejem Gertychem: „Gdyby np. w XV w. myśl Włodkowica zdołała […] zdobyć w świecie szerszy zasięg wpływu, a więc gdyby przyjęły się na Zachodzie raczej polskie, a nie krzyżackie zasady programu nawracania pogan, dzieje rozpoczęte w tymże XV w. przez Columba i Vasco da Gamę ekspansji terytorialnej Europy byłyby się potoczyły całkiem inaczej i… lepiej. Lepiej dla świata, lepiej dla pogan, lepiej dla Kościoła i lepiej dla samej Europy”.

W taki sposób rodziła się polska cywilizacja w ramach cywilizacji łacińskiej. I choć upadła, taką pozostała, i za taką płacimy do dziś… Oczywiście po upadku I RP nastawienie niemieckie nie zmieniło się. Nadal można cytować wypowiedzi w tym samym tonie: Girolomo Lucchesiniego, Fryderyka II, Bismarcka i Hitlera – przy czym warto zaznaczyć, że siła agresji narastała. I tak było od 600 lat. Oczywiście można mówić o kulturze klasyków weimarskich: Goethego, Schillera, romantyków Herdera, Eichendorfa, muzyków - Bacha itd , ale w tym natłoku mimo wszystko ten dorobek jakoś ona ginie. Może na koniec jeszcze jeden cytat z prof. Gustawa Stenzela: „… jakkolwiek rozmaicie możemy doceniać zastosowane przy tym środki, należy jednak wyrzec głośno, że monarchia pruska i Rzeczpospolita polska nie mogły obok siebie istnieć”.

Dla pewności zadzwoniłem też do osób poważnych mających powyżej 90 lat – wszystkie zgodziły się, że pójście z Niemcami w 1939 r. było niemożliwe ze względu na brak zgody społecznej. Jedna z nich dodała, że tak samo wówczas nie mogła pójść z Niemcami, jak dziś z Rosjanami. Nasilenie propagandy przedwojennej i dzisiejszej w swoim natężeniu nie miało porównania, to były dwie różne siły – także intencjonalnie.

To wszystko miał „za uszami” Józef Beck w 1939 r. i nie ma mu czego pozazdrościć. Zanim postawi się jakiekolwiek oskarżenie, wypada wejść w jego skórę i jego odpowiedzialność.

Na koniec jeszcze dwa cytaty dotyczące stosunku Rosji do Polski. Nikołaj Berg, koniec XIX w.: „My albo oni. Innego rozwiązania kwestii polskiej nie ma i być nie może. To jest esencja konfliktu polsko-rosyjskiego”. Iwan Dugin, czołowy współczesny rosyjski geopolityk: „Rosja w swoim geopolitycznym oraz sakralno-geograficznym rozwoju nie jest zainteresowana istnieniem niepodległego państwa polskiego”. Nie trzeba dodawać, że stan taki trwa, wyłączając okres międzywojenny,  ponad 200 lat.

Geopolityka

Z akademickiego punktu widzenia, Piotr Zychowicz ma rację – można było iść z Hitlerem na Moskwę, ale praktyczna (stosowana) geopolityka stawia inne wymagania. Wiąże się w sposób praktyczny z przestrzenią – gdy jej nie ma, państwo nie ma ruchu. A geopolityka, jak sama nazwa wskazuje, to suma geograficznego położenia (przestrzeni) i siły państwa (lub bloku) na którą składa się: obywatelska świadomość, gospodarka, technika (technologia) i zdolność obronna – w tej kolejności.

Geograficznie byliśmy uzależnieni od poparcia zewnętrznego. Politycznie byliśmy silni, ale jeszcze nie na tyle, by samodzielnie móc stawić czoła armii niemieckiej, której, sygnatariusze wersalscy pozwolili wyrosnąć do monstrualnych rozmiarów. W „rozpisce” wygląda to następująco: Rosja nie dawała nam żadnej przestrzeni, Niemcy owszem dawali, ale swoją, Anglia i Francja dawała pozorną (dywan, który wysunęli nam spod nóg).

Z geopolitycznego punktu widzenia II RP nie miała więc wyjścia. Tak samo zresztą, jak przez ostatnie 200 lat. Przegrana wiązała się z wyniszczeniem tej siły, którą niepodległa Polska zdołała wybudować w ciągu 20 lat, a więc jednego pokolenia. Symbolami II wojny po obu stronach był Oświęcim i Katyń. Natomiast PRL był kontynuacja zaboru rosyjskiego i tego dzieła, którego nie zdołano zakończyć w tamtym okresie. Niemcy i Rosjanie likwidację polskości zaczęli od inteligencji, a więc od nośników polskości i filarów wiedzy. Poraża tylko skala, bo ona świadczy o determinacji tych dwóch państw. Ponadto wbić nóż w plecy Niemcom mógł tylko Piłsudski, poza nim chyba nikogo innego nie było po prostu na to stać.

Polska będąc pomiędzy Niemcami a Rosją miała tylko dwie możliwości: iść z jednym z nich i zawsze przegrywać, albo czekać na odpowiedni polityczny moment i robić powstanie, któro było niewiadomą (warto przeczytać co na ten temat pisał J. Piłsudski). Naiwnością był gest profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego w 1939 r. ale trudno już na dużym planie naiwnością nazwać „Proces 16” (choć dokumenty mogą pokazać coś innego), skoro nie pozostało już im nic jak proces. Ów proces mógł być takim samym gestem, jak słynna mowa Becka w Sejmie z maja 1939 – był mobilizacją siły na przyszłość. Na tym polega sztuka przetrwania.

Szukając porównań w polskich dziejach po utracie państwowości można odwołać się do mesjanizmu, równie spektakularnie wyśmiewanego, który był pokłosiem polskiej klęski cywilizacyjnej – na kresach. Mesjanizm był szczególnym wyostrzeniem polskich idei I RP, a więc syntezą polskiego katolicyzmu  ze świecką polskością rozumiana szerzej. Ówczesne hasło „Polska Chrystusem narodów” było porównywalne z dzisiejszym „więcej Europy”, jako remedium na kryzys. Polski mesjanizm, ba cały romantyzm, był w warunkach zaborczych pokłosiem  I RP i jej ideałów, był „rzutem na taśmę” starych czasów w nowych fatalnych warunkach. Nie można się z tego wyśmiewać, ponieważ to romantyzm wyniósł kulturę polską na wyżyny, a że z konieczności wzięła taki kierunek, to dowód na żywotność Polaków. Natomiast hasło „więcej Europy” nie ma zaplecza kulturowego, ma ekonomiczne, a to już nie to samo. Nie więc za sobą nic.

Jaki z tego wypływa wniosek? Że Polska operując geopolityką musi brać pod uwagę własne wartości. Aby przetrwać pomiędzy potęgami niekiedy trzeba być bardziej „papieskim od samego papieża” – do czasu gdy nie zewrze się szeregów moralnych i intelektualnych własnego społeczeństwa. Pakt z Hitlerem nie był możliwy nie tylko z tych właśnie względów moralnych, ale również był wbrew polskiej polityce zagranicznej, która w tamtej sytuacji nie miała dobrego rozwiązania.
Ciąg polskiej niemocy ma więc charakter głównie zewnętrzny. Bez usunięcia przyczyn zewnętrznych, nie mamy szans na ułożenie wewnętrznych stosunków. Polskość jest trudna i niezwykle wymagająca, tak samo, jak miejsce, w którym została usytuowana.

Zakończenie

Patrząc na dzisiejszą Polskę , nie trudno zauważyć, że racji nie miał nawet sam Józef Piłsudski, dzięki głównie któremu II RP odzyskała wolność. (Myślę, że to już jest chyba zdanie prawdziwe, bo gdyby takiej osobowości zabrakło, nie byłoby komu połączyć tak wielu nitek, które prowadziły do niepodległości) Marszałek siebie i swoją Litwę widział w Polsce, bo tak się zaczęło od unii horodelskiej, tak było za Jagiellonów i później, bo rody litewskie współtworzyły polską kulturę. A tymczasem na Ukrainie i na Litwie, gdzieś od uwłaszczenia chłopów zaczęła nasilać się tendencja w kierunku niepodległości obydwu państw. I był to proces nie do zatrzymania. Gdyby Polska poszła z Niemcami, jak chce Zychowicz, byłby to gest dla niej samobójczy. W krótkim czasie bowiem stanęłaby przed problemem ukraińskim i litewskim oraz samoczynnym stworzeniem kilku frontów dodatkowych przeciw nam. W takim układzie losy Polaków mogłyby się potoczyć zgodnie z uwagą Becka – mogliśmy pasać krowy  za Uralem. Oczekiwanie lojalności od Hitlera jest już niefrasobliwością. Oskarżanie więc Becka o głupotę nie jest najszczęśliwsze, zwłaszcza, że z reguły elity polskie przed wojną były dużo lepiej wykształcone niż obecnie. I nie jest to nawet tajemnicą poliszynela. Co wypadało pisać Studnickiemu i Mackiewiczowi, nie wypada pisać Zychowiczowi. To po pierwsze.

Po drugie, trzeba mieć bardzo mocne argumenty, aby mając za sobą prostacką napaść PRL-u, porwać się na tak totalną krytykę Józefa Becka, polskich generałów i w konsekwencji chyba całej II RP (wyłączając jej stronę techniczno-wojskową). W taki sposób niechcąco można zburzyć jedyny punkt odniesienia dla przyszłej, nowej Polski. Warto przy okazji też zwrócić uwagę na znamienny fakt, że Polacy, w przeciwności do Niemiec i Rosji, mają się do czego odwołać.

Warto też porównać pozycję Polski przedwojennej z pozycją Polski obecnej. W 1939 r. byliśmy niepodlegli. Beck wykonał to, co do niego należało. Zdradzili Francuzi, którzy mogli wojnę szybko zakończyć. Nie zrobili tego. Można mieć pretensję do Becka za danie wiary, ale pretensja do niego nie może być większa od tej do Francji. Trzeba zachować proporcje. Więcej, sytuację Becka w jakiś sposób można porównać z obecną Polską, która też została osamotniona: ani Niemcy, ani Rosja, ani Stany Zjednoczone. Pozostały jedynie Chiny. Tym razem nikt z nami nie chce w ogóle gadać, bo to, co posiadamy nie można nazwać siłą. O żadnej wojnie mowy już nie będzie, bo nie mamy ani wojska, ani gospodarki, ani nawet honoru, do którego można by w ostateczności się odwołać. Front polski jest więc „zabezpieczony” z każdej strony, a z Polakami można zrobić to, co się komu podoba. Trzecia Rzeczpospolita dała światu wyraźne dwa sygnały: poprzez stosunek do obcego kapitału, że można nas okradać, a sposób prowadzenia śledztwa smoleńskiego dał sygnał, że można nas zabijać. Tak więc argument o jakieś niepotrzebnej wytracie polskich obywateli w czasie II wojny, jest już nie do utrzymania. Trąca naiwnością. Dziś, mimo wielu zastrzeżeń, powinniśmy się modlić o takiego polityka, jakim był Beck. Więcej, sprawa granicy: można odwoływać się do UE, ale państwo jakieś granice musi mieć. Zwykle ruchomą była granica wschodnia, dziś jest odwrotnie. Granica wschodnia stała się trwałą. Zanikającą jest granica zachodnia. Swoistym symbolem tych czasów jest fakt, że nawet tego nie zauważamy.

Wart się zastanowić, gdyby Beck podpisał pakt z Ribbentropem, a Niemcy przegrały wojnę, to nikt nie byłby w stanie wytłumaczyć Polakom (i światu – historyczna interpretacja), że Polacy zrobili to w sposób taktyczny. Podobnie zresztą byłoby z Powstaniem Warszawskim – gdyby dowództwa nie przejęła AK, to przejęłaby je prawdopodobnie AL z poparciem sowietów i zostałoby skompromitowane nie tylko polskie podziemie i ale cała II RP, ale ostatecznie zamknięty cały rozdział 1000-letniej Polski. Nikt nie byłby w stanie nic nikomu już wytłumaczyć ani wyjaśnić.

Książka adresowana jest głównie do młodego pokolenia, dlatego też nie może być zarażona PRL-em i III RP. (Wiem co mówię, bo urodziłem się w 1950 r.). Natomiast Zychowicz ma rację, że w tej części Europy może istnieć tylko Polska silna, ale chcąc ją zachować nie może wracać tam, gdzie jest jej słabość – na kresy. Kresy przeniosły się na ziemie zachodnie i północne. I tych trzeba bronić, bo biorąc pod uwagę nienaruszalność granicy wschodniej możemy zostać albo państwem kadłubowym, albo nie będzie nas wcale. Kto panuje nad Szczecinem i Gdańskiem/Gdynią, ten panuje nad ziemiami zachodnimi i północnymi – 1/3 polskiego terytorium. Kto panuje nad ziemiami zachodnimi, ten panuje nad Polską!

Jak już pisałem, nie powinno się Autorowi przypisywać złych intencji, chociaż jego książka mimo wszystko oswaja nas z Hitlerem, czyni go jakoś milszym i łagodniejszym. Autor wykazał się dużą wyobraźnią i talentem. Ma rację pisząc, że Polacy nie kolonizują, że są narodem, który myśli kolektywnie, że mają problemy ze zrozumieniem na czym polega polityka, że nie mogą zrozumieć iż świętym obowiązkiem przywódców jest walka o interes narodowy, o bezpieczeństwo państwa i jego obywateli (ten ostatni człon zdania dotyczy społeczeństwa powojennego). To wszystko prawda, ale podstawową zaletą książki Zychowicza jest to, że w dość schematyczny sposób myślenia Polaków, który został wymuszony przez obecny system, wprowadza pewien ożywczy ton. Być może nawet dokona pewnego przełomu w myśleniu. Choć uwagę, zwłaszcza młodych Polaków kieruje w stronę kresów, to dalsza logika powinna odwrócić ją w kierunku ziem zachodnich (piastowskich!), właśnie tam, gdzie  zadecydują się losy przyszłej Polski. Czyli, być może w taki zawiły sposób wracamy do piastowskiego myślenia – zgodnie z porzekadłem: myśl tą ziemią po której stąpasz.

Trzeba jednak podkreślić, że przyszłe tego typu książki powinny brać jednak bardziej pod uwagę polskiego ducha i polską specyfikę. Bez tego paradygmatu, będą szkodliwe i bezpłodne, a polską kulturę sprowadzać na manowce. Nie powinno powielać się schematu i skutków przerwania ciągu elit i pokoleń, bo to służy wszystkim, tylko nie nam. Nie można też się zgodzić z zarzutem, który rozbrzmiewa pokątnie, że „chłopak chciał sobie zarobić”, ponieważ Autor wciąż nosi w sobie obraz smoleńskiej tragedii, i prawdopodobnie to ona zapłodniła go w tym kierunku.

Autor

Wspieraj uczciwe, wolne, polskie media. Subskrybuj! Wspieraj uczciwe, wolne, polskie media. Subskrybuj! Wspieraj uczciwe, wolne, polskie media. Subskrybuj!
W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...