Ciągle nie przestaję się dziwić. Komentarze w „Wyborczej” do aborcyjnego sporu brzmią jak głosy handlarzy cudzym życiem

PAP
PAP

Werdykt Sejmu, który przesłał do komisji projekt Solidarnej Polski zakazujący aborcji także w przypadku „ciężkiego uszkodzenia płodu” (do tej pory była ona dopuszczalna) wywołał wściekłość liberalno-lewicowych mediów. W TVN Katarzyna Kolenda-Zalewska ogłosiła, że to precedensowe zdarzenie – do tej pory jej zdaniem zawsze próby zmian w „aborcyjnym kompromisie” odrzucano.

Kolenda-Zalewska nie pamięta, że w roku 1994 parlament wprowadził glosami SLD, Unii Pracy i części PSL aborcję z tak zwanych przyczyn społecznych. Zawetował ją wtedy Lech Wałęsa. W 1996, już za prezydentury Kwaśniewskiego,  zrobiono to ponownie. I wtedy to prawo zostało zakwestionowane przez Trybunał Konstytucyjny, który swoim orzeczeniem przywrócił stan prawny z roku 1993 – zakaz, choć z wyjątkami.

Z kolei próba zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej zdawała się mieć szanse w poprzedniej kadencji. Pod sam jej koniec, zupełnie jak teraz, przesłano do komisji projekt społeczny. Tyle że przepadł on tuż przed wyborami w ostatecznym głosowaniu.

Można mieć więc podejrzenie, że teraz będzie podobnie. Ale to głosowanie ma wymiar symboliczny. A zwłaszcza fakt, że projekt poparła wstępnie czterdziestka posłów PO. Na tych ludziach wiesza się teraz psy. Znowu naruszyli wizerunek Polski jako kraju nieubłaganej logiki postępu.

Złość rozumiem – to fundamentalny spór. Ale czy trzeba się odwoływać do najbardziej prymitywnych argumentów? Do skrajnego pragmatyzmu, który zatrąca o cynizm. I czy warto grzebać w sumieniach ludzi, którzy głosują niezgodnie z naszymi oczekiwaniami? Nawet gdy się tych ludzi nie rozumie.

„Posłowie liczą na nagrodę w niebie. Cudzym kosztem” – alarmuje autorka subtelnych prawnych analiz Ewa Siedlecka. Tym razem subtelności u niej nie uświadczysz. Jest kompletny brak wrażliwości na cudze motywacje, wyrażany na dokładkę grubym żartem. Język Urbana zaczyna się utrwalać. Publicystka przekonuje, że posłowie mieliby prawo do zakazów, gdyby wzięli na siebie ciężar leczenia ułomnych dzieci. Naturalnie sprawa ma wymiar finansowy, ale czy rzeczywiście jest to argument przesądzający? Czy tylko wtedy, gdy wszyscy będą w dobrej kondycji finansowej, można oczekiwać od ludzi młodych, że na przykład nie wykończą starych rodziców aby „skrócić ich męki”? A czy inne przestępstwa nie są nieraz generowane ludzką biedą, bezradnością? Należy więc na nie gremialnie pozwolić? Dopóki nie uszczęśliwimy wszystkich?

Jeszcze toporniejsze argumenty rzuca na stół Wojciech Szacki. Ten z kolei dowodzi, że decyzje posłów nie miały wymiaru etycznego, to tylko czysta polityka. O ile Siedlecka drwi z rzekomego szukania sobie miejsca w niebie, Szacki rozumuje dosłowniej: chodzi o to aby zasłużyć się księdzu proboszczowi. Myśl, że może ci ludzie po prostu tak myślą, nie dociera do świadomości komentatora. Sądzi po sobie? Zna wyłącznie ludzi kierujących się interesem. Współczuję.

Wizja cyników, którzy we współczesnej Polsce,  przy agresywnie laickim mainstreamie dokonują takiego wyboru, aby coś ugrać, jest żałosna. Co więcej Szacki dowodzi, że kierownictwo klubu PO powinno opornych po prostu do odpowiedniego głosowania przymusić. Bo gra toczy się o wizerunek Platformy jako partii liberalnej. Tyle rozumiesz człowieku z udziału w życiu publicznym?

Nota bene te wypowiedzi to mimowolny przyczynek do debaty rozpętanej w  ostatnim „Wprost”. Tygodnik ten alarmuje, że w Polsce ateiści czują się nieszczęśliwi i prześladowani. Z artykułu ciężko się dowiedzieć, na czym  ma polegać owa dyskryminacja, poza jednym argumentem,. Oto profesor Jan Hartman  żali się, że Kościół przedstawia ludzi niewierzących jako pozbawionych moralności. A przecież my też mamy moralność, przekonuje.

Głęboko wierzę w to, że są ludzie pozostający poza Kościołem, a może w ogóle nie wierzący w Boga, którzy hołdują nawet rygorystycznym zasadom moralnym. Co jednak począć, że wypowiedzi wielu tak zwanych wolnomyślicieli utrwalają schemat taki: gdy nie ma kościelnego przymusu, jasnych nakazów, hulaj dusza.

Przekonanie, że człowiek nie może po prostu bronić życia, bo to mu się wydaje słuszne i moralne, jest dla takich środowisk  zbyt trudne do wyobrażenia. Albo religijny nakaz, albo pełna dowolność i stawianie ludzkiego szczęścia, doraźnej przyjemności na pierwszym miejscu, to obraz mentalności liberalno-lewicowych elit. Część z nich tak rozumuje, bo w nic nie wierzy. Inna sprawa, że trafiają się wśród nich także ludzie, którzy nadal sądzą, że są katolikami. Tylko takimi raczej bezobjawowymi.

Żeby było jasne, decyzje związane z prawną ochroną życia są trudne i, moim zdaniem, nie jest tak, że każdy argument przeciw aborcyjnym zakazom brzmi bezsensownie. Nawet to głosowanie jest uwikłane w paradoks. Skoro aborcję uznaje się za zabójstwo, dlaczego nie objąć bezwzględną ochroną także ciąż powstałych na skutek gwałtu czy aktu kazirodczego?

Ale właśnie dlatego, że to tak bardzo trudne, oczekiwałbym od wszystkich uczestników debaty maksymalnej powagi i subtelności. Ważenia słów. Tymczasem Leszek Miller zestawił rzeczników zakazów z hitlerowcami. A przecież  rząd hitlerowski ustanawiał zakazy we własnym kraju. W Generalnej Guberni, której życzył źle, przeciwnie, sprzyjał pełnej „wolności” w tym względzie. Skoro zaś komuś już zebrało się na historyczne analogie, może dojrzałby podobieństwo między zasadą prenatalnego selekcjonowania na przykład  dzieci z zespołem Downa do praktyk eugenicznych. Także III Rzeszy.

Siedlecka i Szacki tak daleko się nie posuwają. Oni jedynie drwią. To wyraz intelektualnej bezradności, ale i zatraty elementarnej empatii.

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!

Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych