Poniedziałkowa wizyta  premiera Tuska na Uniwersytecie Jagiellońskim uświetniająca otwarcie nowego roku akademickiego powinna była przyciągnąć uwagę większości obserwatorów życia polskiego oraz mediów.

Oto w najstarszej i – jak niektórzy jeszcze sądzą – najbardziej prestiżowej uczelni pojawia się polityk, który jako pierwszy i dotąd jedyny w wolnej, pokomunistycznej Polsce postanowił użyć instrumentów rządowych do wywierania nacisków politycznych na życie naukowe wyższych uczelni, a konkretnie Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Jak pamiętamy, po opublikowaniu książki Pawła Zyzaka o Lechu Wałęsie Donald Tusk zabrał głos w tonie grożącym, następnie podjęto kroki dla zredukowania dotacji finansowej dla uczelni, a wreszcie totumfacka premiera, minister Barbara Kudrycka, zapowiedziała kontrolę ministerialną sprawdzającą poziom prac magisterskich, szczególnie z zakresu historii. Niedługo później minister się z tej decyzji wycofała, lecz władze uczelni wcześniej zadeklarowały gotowość współpracy z komisją kontrolną.

Całe to wydarzenie było kompromitacją nie tylko, a nawet nie przede wszystkim dla rządu Donalda Tuska – tutaj okoliczności kompromitujących było wcześniej i później znacznie więcej i to poważniejszych, a o nowych dowiadujemy niemal każdego dnia – lecz dla środowiska uniwersyteckiego, które wobec tej skandalicznej decyzji nie zaprotestowało, lecz przyjęło ją z żałosną potulnością.

Od czasu komuny nic równie bulwersującego w zakresie wolności akademickiej się nie wydarzyło, a podobna pogróżka ze strony władz wobec jednej z głównych uczelni wywołałaby w innych krajach polityczny tajfun, a może nawet dymisję rządu. Tymczasem u nas było inaczej. „Zapraszamy i oczekujemy” – taki mniej więcej był wówczas komunikat władz UJ na zapowiedź komisji ministerialnej. Inne uczelnie przyjęły ten komunikat z solidarnym zrozumieniem. Grupa niezależnych naukowców zaprotestowała, ratując honor środowiska, lecz występowali oni właśnie jako niezależni naukowcy bez oficjalnego wsparcia senatów, czy rektorów swoich uczelni.

Wczorajsza wizyta Tuska na inauguracji roku akademickiego na UJ – kilka lat po tamtym wydarzeniu – nie spotkała się ze szczególnym zainteresowaniem mediów i to nie tylko z tego powodu, że inauguracje raczej nie zawierają elementów sensacyjnych. Tylko ludzie skrajnie naiwni mogli przypuszczać, że coś się stanie i jakiś śmiałek wypomni premierowi tamte czyny oraz zażąda wyjaśnień wobec całej społeczności akademickiej. Nikt niczego nie wypominał i niczego nie żądał. Nikt nie napomknął nawet o tamtym skandalu, który przecież nie był postrzegany jako skandal nawet wtedy, gdy się wydarzył. Żałosna potulność okazała się być stanem naturalnym środowiska.

Premier ekscesów nie przewidywał, bo swoim zwyczajem – jako ten, który nigdy nie mija się z prawdą –  głośno zadeklarował, że jest gorącym zwolennikiem autonomii polskich instytucji. Stało to oczywiście w bezczelnej sprzeczności z jego pamiętnymi pogróżkami po opublikowaniu książki Zyzaka. Ale tej sprzeczności mu nie wytknięto, jedni z powodu małej odwagi, a inni z tej racji, że jej nie dostrzegli.

Tępienie Zyzaków – by użyć zwrotu wielkiego polskiego męża stanu Lecha Wałęsy – jest wszak tym dobrodziejstwem, na które wielu uczonych mężów oczekuje, i to dobrodziejstwem znacznie większym, niż autonomia uczelni, jej reputacja oraz etos akademicki. Donalda Tuska przywitano jak przyjaciela, a wśród obecnych można było nawet dostrzec wzruszenie zaszczytem, jakim uczelnię obdarzył premier przybywając na uroczystość. Temat dawniejszych pogróżek premiera i jego rządu nie istniał, a kto by go przypomniał, ten niechybnie naraziłby się na gniew środowiska akademickiego.

Piszę powyższe słowa bez przyjemności, a nawet z dużymi oporami. UJ to moja uczelnia. Tutaj się wykształciłem i tutaj przeszedłem przez wszystkie tytuły i stopnie naukowe. Tutaj mam przyjaciół, studentów, doktorantów i dobrodziei. Pamiętam tę uczelnię z okresów trudnych. Widziałem wówczas różne zachowania moich młodszych i starszych kolegów, i starałem się utrzymać wobec nich wyrozumiały dystans. Znacznie trudniej jest mi zrozumieć to, co dzieje się w czasach łatwych. Najwidoczniej dzisiaj czasy łatwe okazują się dla wielu za trudne.