Lech Wałęsa kolejny raz zaatakował rolę śp. Lecha Kaczyńskiego w "Solidarności". "Żyją świadkowie i wiedzą, że z litości go tu i ówdzie brałem" - mówił Wałęsa, jak zwykle przy przyzwalającym milczeniu ludzi, którzy powinni wstać i krzyczeć: kłamstwo.

A przecież - to kłamstwo.

Publikujemy więc całość wystąpienia red. Piotra Semki z Konferencji "Lech Kaczyński - Człowiek Solidarności", z dnia 8 września. To dokument, który warto zachować, i warto przywoływać zawsze wówczas, gdy znów kłamcy zabiorą głos:

Jeśli mówimy o życiorysie Lecha Kaczyńskiego, to to na co zwróciłbym uwagę to jego często powtarzające się zdumienie w sytuacjach, gdy przychodziło mu bronić "Solidarności" wobec ludzi, którzy "Solidarności" bardzo wiele zawdzięczają.

Ja po raz pierwszy spotkałem Lecha Kaczyńskiego w 1987 roku, kiedy to bardzo modne było stawianie z jednej strony na jakieś miraże organizacji - mówiło się wtedy o żółtych związkach zawodowych, czy o jakiejś organizacji wokół prymasa. Z drugiej strony modne były wówczas towarzystwa gospodarcze. Ludzie, których potem poznaliśmy w kongresie liberałów, mieli manierę mówienia w sposób lekceważący o "Solidarności". Mówiono wtedy, że nie można zapadać w moralną drzemkę, że "Solidarność" to już przeszłość.

Opowiadano mi o zdumieniu Lecha Kaczyńskiego, który widział ludzi, którzy wszystko zawdzięczali "Solidarności", a którzy już przyzwyczaili się do roli bywalców... Ja pamiętam wówczas w gdańskim Towarzystwie Naukowym pierwszy raz zobaczyłem Donalda Tuska, który występował w roli człowieka, mówiącego, że towarzystwa gospodarcze wszystko zmienią, a "Solidarność" jest już passe.

W 88 roku "Solidarność" pokazała swoją siłę. I te głosy ucichły. Jednak okazało się, że na krótki czas. W 1990 roku znowu "Solidarność" miała być odesłana do lamusa, znowu wtedy Zbigniew Bujak przepraszał za "Solidarność", Władysław Frasyniuk prezentował się, jako przedsiębiorca, który jest kierowcą. On uwielbiał taki styl twardziela, mówił, że jak ktoś się nie zgadza, to potrafi w "dziób" dać i tak dalej. Na tym tle była to karykatura działalności "Solidarności".

Władysław Frasyniuk i Zbigniew Bujak przez te lata ukrywania się stali się ludźmi, bardzo oderwanymi od robotników. Wówczas tego typu pseudoludźmi "Solidarności" walczono m.in. z Lechem Kaczyńskim. To właśnie Lech Kaczyński wówczas w tym Sejmie potrafił twardo protestować przeciwko sprzedaży "Solidarności" legitymacji. Ale mimo wszystko, nawet mimo tego coraz większego wzburzenia się ludzi, którzy zapomnieli o tym, co dała nam "Solidarność", byłem i jestem przekonany, że po śmierci Prezydenta nawet jego najwięksi adwersarze, pamiętając jego rolę w ruchu "Solidarność", że majestat jego śmierci w Smoleńsku sprawi, że rzeczą oczywistą jest wystawienie pomnika Lecha Kaczyńskiego w Warszawie. Bardzo szybko okazało się, że ci ludzie nie byli do tego zdolni.

Co więcej, padały argumenty, że Lech Kaczyński nie ma żadnych zasług, że dlaczego mu stawiać pomnik, że to nieudana prezydentura. Nie wiedziałem wtedy, że czeka nas jeszcze straszniejszy epizod. Epizod całkowitego, wręcz Orwellowskiego, zakwestionowania zasług Lecha Kaczyńskiego. To jest ten okres, po wystąpieniu Jarosława Kaczyńskiego na zjeździe "Solidarności", gdy Jarosław Kaczyński poruszył kwestię sporu między robotnikami a doradcami, którzy wówczas uważali kwestię obrony związków zawodowych za coś nie do pomyślenia. Wówczas rozpętała się kampania czysto Orwellowska. Papier pamięta.

Pamiętam, że wówczas pisałem szybko tekst do "Rzeczpospolitej", więc zbierałem opinie jak to było naprawdę z obecnością Lecha Kaczyńskiego. Okazało się szybko, że nie ma żadnej pracy naukowej. Padały argumenty bardzo podłe. Warto o nich dzisiaj pamiętać. Padał np. argument, że Lecha Kaczyńskiego nie ma na żadnym zdjęciu. Nie było go z bardzo prostego powodu. W czasie strajku ludzie tacy, jak Lech Kaczyński unikali fotografowania, ponieważ cały czas uczestnicy byli pod obstrzałem argumentu, że to nie jest robotniczy strajk, ale ludzi, wówczas propaganda PRLowska używała tego terminu, drugiego szeregu. Na tej zasadzie nie pchał się przed obiektyw aparatów fotograficznych ani Bogdan Borusewicz, ani Aleksander Hall, ani inni działacze. Ale to wobec Lecha Kaczyńskiego wysuwano ten argument.

Inny argument, inna taktyka, opierała się na mówieniu: ja nie pamiętam. Ja jednak przeczytam te zdania, które są zapisem swoistego festiwalu hańby. Mowa o ludziach, którzy widzieli i znali doskonale rolę Lecha Kaczyńskiego w strajku sierpniowym.

Proszę bardzo, Lech Wałęsa orzeka, że w czasie sierpnia Lech Kaczyński był daleko, dalej, jeszcze dalej, w ogóle nie był liczącym się działaczem w tamtym czasie. Depesza PAPu z 31 sierpnia.

Dalej, wypowiedź dla "Super Expressu" Wałęsy z 7 września 2010 roku:

Lech Kaczyński był wtedy tak tchórzliwy, że bał się własnego cienia.

Tadeusz Mazowiecki dla łamach ostatniego numeru "Wprostu" określa Lecha Kaczyńskiego jako poznanego w stoczni młodego człowieka, który nie odegrał żadnej roli w sprawie politycznej koncepcji porozumienia Sierpniowego.

Bogdan Lis, który widział i spotykał się z Lechem Kaczyńskim wielokrotnie, mówi tak, wypowiedź dla strony www.tvn24.

Lech Kaczyński z nikim w naszym imieniu nie negocjował. Był na stoczni może z godzinę, może piętnaście minut.

Dalej, Jerzy Borowczak przypomnijmy człowiek, który wówczas owszem rozpoczął strajk, ale który kierował strażami na bramach, mówił, że Kaczyńskiego na stoczni nie było.

No i Bogdan Borusewicz. To jest wypowiedź najbardziej przerażająca, bo wiemy dobrze, że Bogdan Borusewicz w czasie strajku współpracował z Lechem Kaczyńskim. (...) Tych słów nie można nie pamiętać niestety. Bogdan Borusewicz w wypowiedzi dla PAPu 31 sierpnia 2010 roku powiedział:

Lech Kaczyński pojawił się na dwa dni przed zakończeniem strajku i nie musiał nikogo reprezentować z grupy doradców.

Dodał, uwaga proszę zauważyć, jak skonstruowana jest perfidnie ta wypowiedź, dodał, że jest przyzwyczajony, że "słyszy o nowych rolach osób, które na strajku były krótko, albo ich w ogóle ich tam nie było".

Proszę Państwa, ja do redakcji "Rzeczpospolitej" bardzo często otrzymuję różne biuletyny historyczne. Wiele z nich odkładam na półkę, nie ma czasu na ich czytanie. Niedawno otrzymałem zadanie opróżnienia szafki i przeglądając zwróciłem uwagę na to, co tam leży. Odkryłem pierwszy numer biuletynu Europejskiego Centrum "Solidarności", wydany w 2010 roku, firmowany przez Radę naukową z Jerzym Eislerem czy Andrzejem Friszke. W tym numerze, który musiał być złożony przynajmniej jesienią 2010 roku, jest wywiad z Lechem Kaczyńskim dotyczący jego pracy jako doradcy liderów strajku. On został przeprowadzony w 1986 roku. W nim jest kilka stron szczegółów, Lech Kaczyński mówi, że przybył na strajk 24, że był kilka razy wcześniej, ale przyjaciele prosili go, by nie był na strajku, ponieważ obawiano się, że strajk zostanie zniszczony, a wtedy Lech Kaczyński, jako prawnik, będzie bardzo potrzebny do bronienia robotników. Sześć stron dokładnej relacji, punkt po punkcie, wszystkich czynności Lecha Kaczyńskiego w strajku sierpniowym.

Proszę Państwa, ten wywiad został przeprowadzony w 1986 roku przez "Przegląd Polityczny". I tutaj nota bardzo charakterystyczna. "Przegląd Polityczny" był wydawany od 1983 roku w Gdańsku. Nie wiemy, kto wtedy przeprowadzał wywiady w prasie podziemnej. Ale w redakcji główne role odgrywali: Donald Tusk, Wojciech Duda i Piotr Krapczyński. Żaden z tych trzech ludzi, w tych dniach, w których Bogdan Boruszewicz mówił, przypomnę, że dziś "słyszy o nowych rolach osób, które na strajku były krótko, albo ich w ogóle ich tam nie było", żadna z tych trzech osób nie przypomniała, że przeprowadziła wywiad z Lechem Kaczyńskim o jego roli w strajku sierpniowym.

Nie znam żadnej wypowiedzi członków Europejskiego Centrum "Solidarności", które by informowały, że do druku jest przygotowywany pierwszy numer. Ja nawet myślałem, że to może jest jakaś spóźniona reakcja na tę całą kampanię kłamstwa, ale nie. Cały numer był zaplanowany wcześniej i dotyczył Sierpnia. Wszystko to w piśmie, które zaczyna się od tekstu o. Macieja Zięby, ówczesnego szefa ECS, w którym znajdujemy takie oto zdanie:

Podstawowym zamierzeniem działającego od trzech lat ECS jest troska o kulturę wspólnej pamięci.

Ta kultura wspólnej pamięci powodowała, że grupa ludzi, którzy odegrali bardzo ważną rolę w Sierpniu, gdy wybuchła kampania - przypomnijmy, że ona wybuchła w cztery miesiące po śmierci Lecha Kaczyńskiego, nawet pamięć o śmierci nie powstrzymała Lecha Wałęsy od mówienia - to trzeba przypominać:

Lech Kaczyński w czasie strajku był tak tchórzliwy, że bał się własnego cienia.

One są o tyle ważne, że mamy do czynienia z sytuacją, w której NSZZ "Solidarność" jest rugowana z historii, NSZZ jest otwarcie rugowana przez Europejskie Centrum Solidarności. NSZZ "Solidarność" nie było w żadnym momencie skonsultowane, gdy prezydent Adamowicz podjął decyzję o przywróceniu haniebnego nazwiska Lenina na bramę stoczni. Dzisiaj siedziba NSZZ "Solidarność jest miejscem, do którego wkracza policja z żądaniem prokuratorskim wydania napisu. Dziś posłowie, siedzący obok mnie Pan Janusz Śniadek, są objektami listów Pana Adamowicza, który pisze do marszałek Sejmu, sugerując, że powinna ukarać posłów za udział w chuligańskich wydarzeniach i przestępstwie. Dla rozmaitych ludzi "Solidarność" jest postrzegana, jako prywatna własność np. Lecha Wałęsy. Ta pamięć i kwestia wagi wspomnień pokazuje, w jakim jesteśmy momencie.

Lech Wałęsa, jako człowiek, który ma prawo do "Solidarności", jawnie kłamie na temat Lecha Kaczyńskiego i jego roli w czasie strajku. Tradycja "Solidarności" nie jest rzeczą, która obroni się sama. Będzie manipulowana, przykrywana. Będzie modulowana pod potrzeby tych, którzy rozpoczną kampanię wyborczą aktualnie rządzącej partii. Nie trzeba jej nazwy wymieniać.

Not. KL