Prezydent Gdyni wspiera festiwal o Żołnierzach Wyklętych, a prezydent Gdańska - walczy jak lew o Lenina na bramie Stoczni

W sobotę 15 września zakończyła się IV edycja tego święta filmu dokumentalnego. Szczególne słowa uznania dla Arka Gołębiewskiego, pomysłodawcy i Dyrektora Festiwalu.

CZYTAJ TAKŻE: NASZ WYWIAD: Arkadiusz Gołębiewski, dyrektor IV festiwalu filmów dokumentalnych „Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci” - Gdynia, 13-15 września

Podziękowania należy kierować też do Prezydenta Gdyni Wojciecha Szczurka.

CZYTAJ TAKŻE: Ważne słowa prezydenta Gdyni Wojciecha Szczurka: "Im bardziej chcemy snuć plany dotyczące rozwoju, tym bardziej musimy myśleć o tym, kim jesteśmy"

Festiwal zaczynał kilka lat temu, jako dość skromna impreza, na której prezentowane były filmy dokumentalne poświęcone głównie żołnierzom podziemia niepodległościowego. Przyglądając się z bliska wysiłkom animatorów Fundacji „Pamiętamy” wiem, jak ciężko było już w wolnej Polsce przebić się do powszechnej świadomości z tym tematem. Bo pamięć o żołnierzach, którzy nie złożyli broni wraz z wkroczeniem do Polski Sowietów i ich polskich pomagierów, czy mówiąc wprost, zdrajców obalała jeden z fundamentów III RP: że pierwsi, którzy głośno zaprotestowali, to byli Jacek Kuroń i Karol Modzelewski pisząc w 1964 r. swój obrosły taką legendą list.

Dość podłe kłamstwo, także dlatego, że sygnatariuszom listu nie chodziło o Wolną Polskę, a o jakąś tam reformę partii komunistycznej, której byli członkami. Pamięć o Wyklętych nie była wygodna i z innego powodu: żołnierze ci stanęli zbrojnie przeciw systemowi, z którego wyrastają „ludzie honoru”, którzy ponoć zgodzili się ofiarować nam niepodległość w 1989 r. A w takiej sytuacji uznano (tzn. nie my uznaliśmy, tylko dla naszego dobra stwierdzono to za nas), że nie można „ludziom honoru” wypominać ich zdrady i licznych zbrodni. A bez tego nijak nie można było mówić o podziemiu niepodległościowym. No to milczano albo powielano haniebne kłamstwa, najpierw w PRL, potem w III RP. Na szczęście to się zmienia, dziś nawet mamy w dniu 1 marca dzięki śp. Lechowi Kaczyńskiemu święto państwowe. Ale wciąż jest ciężko. Wystarczy poczytać teksty publicystów z jednego czasopisma codziennego na „g”. Mam czasem wrażenie, że oni pisząc te swoje „dzielne” wstępniaki, komentarze i felietony dostają spazmów, jak indory w chwili podniecenia. To już nawet nie oburza, bardziej śmieszy, ale niestety wystarczy by utrudnić życie wszystkim tym, którzy o bohaterskich żołnierzach chcą głośno mówić. To generalnie szerszy problem, by wspomnieć tylko, jak oficjalnie traktuje się większość twórców Wolnych Związków Zawodowych.

Z podobnymi problemami borykał się pomysłodawca i Dyrektor Festiwalu, Arkadiusz Gołębiewski. Sytuacja uległa poprawie, kiedy poznał Pana Wojciecha Szczurka Prezydenta Gdyni, który postanowił o zaproszeniu Festiwalu do zarządzanego przez siebie miasta. I tegoroczna edycja była już drugą w Gdyni. Tu nie sposób nie zauważyć symbolicznej różnicy między włodarzami dwóch głównych miast Trójmiasta. Kiedy Prezydent Gdyni wspiera imprezy kulturalno-społeczne, na których poważnie i uczciwie dyskutuje się o historii, bez taryfy ulgowej dla kogokolwiek, Prezydent Gdańska walczy jak lew o Lenina na bramie Stoczni Gdańskiej, wzywając na pomoc Policję i prokuratorów. I obaj mówią o prawdzie historycznej. Iście dialektyczne zadanie. Może pewnym wyjaśnieniem może być fakt, że Prezydent Gdyni nie biega w gustownym żółciutkim uniformiku po lotniskach, dworcach PKP, PKS, czy choćby przystankach dla busów i nie ciągnie z ekscytacją jakiegoś środka komunikacji niemiejskiej.

Uważam, iż Gdynia generalnie wydaje się świetnym miejscem do organizowania spotkań ze sztuką i historią XX w. Niesamowita architektura, bogate tradycje kulturalne, w tym filmowe (by wspomnieć tylko o Teatrze Muzycznym i Festiwalu Filmów Fabularnych) oraz historia miasta. Wprawdzie nie ma w niej zbyt wielu linków do zbrojnego podziemia antykomunistycznego lat czterdziestych i pięćdziesiątych (choć takie też są), to dzieje Gdyni są fascynujące i to mimo ledwie nieco ponad osiemdziesięcioletniej historii. A to wszystko przyprawione mieszanką dynamizmu i nowoczesności tamtejszej społeczności.

Bodaj najlepszą wizytówką Festiwalu są prezentowane filmy. Miejsca by nie starczyło, by opowiadać o każdym z nich, choć o każdym naprawdę warto mówić, ale zatrzymam się na chwilę przy filmach nagrodzonych. Bo są to dzieła ważne i bardzo miarodajne dla przesłania Festiwalu. Główną nagrodę „Złotego Opornika” otrzymał film Jędrzeja Lipskiego i Piotra Mielecha „Okruchy rozbitego dzbana”. Jest to opowieść o zmarłym w 2009 r. Krzysztofie Gulbinowiczu, drukarzu wydawnictw podziemnych, legendzie „Solidarności Walczącej”, człowieku niezłomnym. Także utalentowanym autorze, który kiedyś m.in. pisał:

„Pozostaje jeszcze kwestie mas, tych, których duszą wszyscy chcieliby zawładnąć. Ja osobiście nie wiem, co one czują, o czym myślą, czego pragną. W czarnych snach widzę czasem, że chciałyby dokładnie tego samego, do czego ich nie dopuszczono: popełnić grzech zdrady i dopuścić się wielkiego oszustwa, ale ponieważ od samego początku to nie było możliwe, popełniły tylko jeden błąd, za który przychodzi im dzisiaj płacić, a dopłacą jeszcze pokolenia: nie patrzyły nikomu na ręce. Nie reagowały, kiedy był jeszcze czas. Ich obecna odmowa udziału życiu publicznym, niechęć do uczestnictwa w wyborach, jest niczym innym jak milczeniem niewolnika, któremu nie pozostaje nic innego, jak ślepa wiara, że bierność jest wyrazem buntu.” (http://okruchy-film.pl/).

Film niemal surowy, bez fajerwerków technicznych czy artystycznych, z dość prostą narracją, ale przez to bardzo sugestywny i w pełni służebny wobec pamięci o głównym bohaterze. Ale autorzy nie kreują legendy, nie budują pomnika, zresztą sam Krzysztof Gulbinowicz był jak najdalej od takiego formowania siebie w oczach innych. Tym niemniej widzowie wychodzą z seansu z przekonaniem, że zmarły opozycjonista był człowiekiem niezwykłym.

Kolejny nagrodzony film to obraz Roberta Kaczmarka pt. „Betar”. Jest to niezwykle ciekawa opowieść o działającej w pierwszych dziesięcioleciach XX w. największej żydowskiej organizacji społecznej. Co istotne, ideowo konserwatywnej. Jej wojskową emanacją na terenie okupowanej Polski był Żydowski Związek Wojskowy. Ta formacja wsławiła się w czasie Powstania w Getcie Warszawskim w 1943 r. Dziś „Betar” został wymazany de facto z powszechnej świadomości, przypominany z rzadka jakby ze wstydem. Wiązać to należy z profilem ideowym organizacji, definiowanym w opozycji do środowisk lewicowych, które w czasie wojny powołały do życia Żydowską Organizację Bojowej. A pamiętajmy, że po wojnie to ocaleli członkowie ŻOB formowali powszechną pamięć o oporze w Getcie.
I wreszcie film „Pamięć – NSZ” w reżyserii Iwony Bartólewskiej. Tu już zasługuje na uznanie sam wybór tematu. Bo Narodowe Siły Zbrojne są wciąż przedmiotem niezliczonej ilości kłamstw i manipulacji. Ta bardzo ideowa i patriotycznie nastawiona organizacja zasłużyła sobie na poczesne miejsce w naszej historii i film ten należy traktować, jako jeden z wielu działań w tym kierunku. A, jak wielka jest skala kłamstw i takiej zwyczajnej nienawiści w stosunku do NSZ niech świadczy spektakl telewizyjny z 1994 r. „Ziarno zroszone krwią” w reżyserii Kazimierza Kutza wg. Jerzego Stefana Stawińskiego, opisujący kulisy podejmowania przez kierownictwo AK i Delegatury Rządu na Kraj decyzji o wybuchu Powstania Warszawskiego. Otóż znajdujemy tam oskarżenie NSZ o kolaborację z Niemcami i bierne „czekanie z bronią u nogi”. Jak podłe są to słowa, niech świadczy tylko fakt, że największy zwarty oddział ochotniczy Powstania Warszawskiego „Chrobry II” był właśnie jednostką o NSZ-owskiej proweniencji. A oficerowie i żołnierze NSZ byli niemal we wszystkich batalionach walczącej Warszawy.

Specjalną Nagrodą im. Janusza Krupskiego, która jest przyznawana za odwagę i trud w poszukiwaniu tematów i postaci niepokornych, niezłomnych i wyklętych, został wyróżniony film Marii Dłużewskiej „Degrengolada w Teatrze Domowym” (niestety nie miałem okazji go obejrzeć). Warto jeszcze wspomnieć, iż na Festiwalu prezentowane były filmy zagraniczne, w tym już dość znany w Polsce film poświęcony tematyce Zbrodni Katyńskiej pt. „Czaszka z Katynia” duńskiej reżyser Lisbeth Jessen, która była jednym z gości Festiwalu. W trakcie dyskusji o filmie, szczególnie zapadła mi w pamięci wypowiedź reżyser, która stwierdziła, iż gdyby wiedziała jak dużo ten temat wywołuje emocji, bardzo często negatywnych, jak mocno oplatany jest różnymi grami i interesami, jak dalece jest polityczny, a jeszcze jest przecież cały wymiar międzynarodowy, to zapewnie nigdy by tego filmu nie zrealizowała. Na szczęście dokument powstał, ale muszę przyznać, że słowa duńskiej reżyser dały mi do myślenia.

Ważnym elementem Festiwalu stały się warsztaty dla młodzieży w ramach akcji uruchomionych przez Arka Gołębiewskiego „Młodzi dla Historii” i „Nagraj Dziadka komórką”. Młodzi ludzie zdobywają pierwsze szlify w fachu filmowym, ale przede wszystkim, aktywnie włączają się w proces dyskusji o naszych najnowszych dziejach. I co wspaniałe, sami wyszukują świadków historii, często zapomnianych bohaterów i starają się im przywrócić należne miejsce. Nagrywają więc swoje filmy, z młodzieńczym zapałem, może naiwnością, bez warsztatu i środków ale z przekonaniem, że robią coś naprawdę ważnego. I proszę mi wierzyć, warto ich w tym wspierać, a wzruszenie bohaterów ich filmów jest wystarczającym argumentem.

To zresztą jest kolejny niezwykle cenny walor Festiwalu – udział kombatantów, świadków historii. W tym roku gościem honorowym w Gdyni był Pan Józef Bandzo „Jastrząb”, żołnierz III i V Brygady Wileńskiej AK, a także III Brygady NZW, podkomendny legendarnych dowódców partyzanckich: „Szczerbca”, „Łupaszki” i „Burego”, wieloletni więzień PRL.

Został bohaterem wyróżnionego na Festiwalu filmu 11-letniej (!) Zuzi Wróblewskiej pt. „Spotkanie” (dostępny pod adresem: http://www.youtube.com/watch?v=1vXLV3LdTsA). Miałem wrażenie, że ten wspaniały człowiek przyćmił swoją obecnością wszystkich obecnych. Z ogromną satysfakcją obserwowałem, jak podchodzili do naszego bohatera kolejni znani, wybitni goście Festiwalu, by z szacunkiem uścisnąć dłoń i choć przez chwilę porozmawiać. I tylko Pan Józef, człowiek bardzo skromny, sprawiał czasem wrażenie, że to wszystko nieco go przytłacza i najchętniej uciekłby gdzieś, gdzie mógłby zagrać partyjkę swojego ulubionego brydża. Byli też i inni. Dla mnie osobiście odkryciem była rodzina Józefa Kurasia „Ognia”, legendarnego dowódcy z Podhala. Ludzie niezwykli, skromni, ale silni pewnością swoich wyborów życiowych i dumy z tego kim są. Sól naszej ziemi, dający nadzieję, że nawet w najtrudniejszych czasach nasza Ojczyzna ma na kogo liczyć. Przez lata poniewierani przez komunę, ale i teraz jakże często wystawiani na bezpardonowe ataki, muszą ciągle walczyć o dobre imię i swojego bliskiego i całej rodziny. I mają świadomość, że tak będzie jeszcze długo, może nawet do końca ich dni, bo „Ogień” był takim dowódcą, że komuniści i ich jawni lub ukryci spadkobiercy (wiemy o kogo chodzi) nigdy Jego pamięci nie przestaną bezcześcić. I tylko czasem żal, że do tej nagonki przyłączali się ci, którzy „Ogniowi” zawdzięczali bardzo wiele, czasem życie…

O Festiwalu można by jeszcze bardzo długo pisać, bo i filmy i bardzo interesujące panele dyskusyjne z udziałem naprawdę ciekawych osób, a ponadto koncert „De Press” i występy teatralne. To były bardzo bogate trzy dni. Ale trzeba wspomnieć o pomysłodawcy i Dyrektorze Festiwalu, Arku Gołębiewskim.

Filmowiec, producent telewizyjny, wydawca prasy lokalnej i, co może najważniejsze, kolejny przedstawiciel tego szlachetnego gatunku Chorych na Polskę. Miłośnik historii, ciągle gdzieś w podróży, łapie kawałki Polski i nagrywa na swoją kamerę, upamiętnia i mobilizuje. Walczy. Efektem jego pracy są filmy – by wspomnieć tylko „Historię Kowalskich”, głośny krzyk o prawdę w sprawie postawy naszych rodaków w czasie Holokaustu. Ponadto uruchomił wspomniane warsztaty „Młodzi dla Historii”, z którymi objechał już pół Polski*. Wreszcie jego dziełem jest Festiwal. I w tym zakresie my wszyscy (uczestnicy) czujemy się jego dłużnikami. Tu nie można nie wspomnieć o Janie Białostockim, wnuku płk. Ignacego Oziewicza dowódcy Narodowych Sił Zbrojnych, a także przedsiębiorcy, który współpracuje z Arkiem od kilku lat i bardzo mocno wspiera w każdej możliwej formie tą szczytną inicjatywę. To on był pomysłodawcą przeniesienia imprezy do Gdyni i, jak mam prawo przypuszczać, jest źródłem nieustającej inspiracji dla Arka, przez co ma prawo czuć się jednym z gospodarzy Festiwalu.

Na koniec chciałbym jeszcze podzielić się dość gorzką refleksją. W tym samym niemal czasie co Festiwal „Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci” odbywał się I Ogólnopolski Festiwal Filmu Niezależnego „OKNO” w Ełku. Jego organizatorem był Kongres Mediów Niezależnych, wsparcie okazał Prezydent Ełku Pan Tomasz Andrukiewicz, a honorowego patronatu udzielił ordynariusz diecezji ełckiej Jego Ekscelencja ks. Biskup Jerzy Mazur. Jak stwierdził Pan Krzysztof Czabański przedstawiciel KMN Festiwal w Ełku prezentuje filmy, które „odsłaniały takie fragmenty polskiej rzeczywistości, których nie uświadczy się w mediach głównego nurtu, ani w filmie dokumentalnym głównego nurtu. Po prostu odsłaniały coś, co zdaniem tych, którzy sterują opinią publiczną, powinno być przed Polakami schowane”.

No właśnie, przecież te słowa można śmiało odnieść do Festiwalu „Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci”. Wspaniale, że taka inicjatywa powstała, tylko dlaczego termin I edycji musiał się pokrywać z Festiwalem w Gdyni? Czy środowiska konserwatywne cieszą się tak dużym bogactwem festiwali filmowych? Czy jest tak wiele miejsc w Polsce, gdzie można zrobić przegląd obrazów dokumentalnych z różnych powodów wypychanych z głównego nurtu? Ta fatalna koincydencja spowodowała, że na Festiwalu w Gdyni nie mógł pojawić się Robert Kaczmarek, autor nagrodzonego filmu „Betar”. O innych problemach już nie wspomnę. Nie chcę się doszukiwać takich czy innych powodów zaistniałej sytuacji, w tym momencie ani to potrzebne, ani produktywne.

Wierzę tylko, że potrzeba intensywnego przeżywania Polski, prawdziwej dyskusji o Jej historii, uczciwej analizy współczesności i próby określania celów na przyszłość nas łączą. Dlatego, mam nadzieję, w przyszłym roku obie imprezy, jako stałe elementy naszego pejzażu kulturalnego, będą synergicznie dostarczać sobie wzajemnie energii, a nie wydzierać okruchów Polski. I każdy chętny będzie mógł uczestniczyć w obu Festiwalach bez tracenia czasu i nerwów na gonitwę po Polsce.



*Drodzy samorządowcy, jeżeli Wam zależy na aktywnym zachęcaniu młodzieży do zaznajamiania się z naszą historią najnowszą, także w wymiarze lokalnym, to zastanówcie się, czy nie warto zaprosić Arkadiusza Gołębiewskiego do siebie, by mógł zorganizować w Waszych gminach (miastach) warsztaty „Młodzi dla Historii”? Może u Was rosną następcy Kieślowskiego, Dłużewskiej, Krauzego, czy Gołębiewskiego?

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...