"Zadaniem prawicy jest dziś spolityzowanie lemingów, sprawienie, by przestały być polactwem". "Tysol" rozmawia z Ziemkiewiczem

Fot. Blogpress.pl
Fot. Blogpress.pl

O procesie z Adamem Michnikiem, spolityzowaniu lemingów i byciu nowoczesnym endekiem z publicystą i pisarzem Rafałem Ziemkiewiczem rozmawia Krzysztof Świątek.

 

Używając sformułowań z pozwu przeciwko Panu autorstwa Agory, jako Pana "czytelnik z rynsztoka" pytam "rzekomo wykształconego pseudopublicystę" czy ma kompleksy wobec Adama Michnika?

Nie mam kompleksów wobec Adama Michnika. Moje życiowe aspiracje są zupełnie inne, więc niczego mu nie zazdroszczę. Prywatnie żywię wobec niego wiele współczucia, bo z tego pozwu rysuje się obraz bardzo sfrustrowanego człowieka, który pamięta, że był kimś szalenie ważnym, najważniejszym, a teraz stał się nikim. Oglądałem podczas jakiejś ceremonii, jak nie wymieniając go z nazwiska, pieklił się bezsilnie na gościa, który napisał  paskudną lustracyjną książkę. I bynajmniej nie chodziło o jakiegoś prawicowca, tylko jego własnego wówczas jeszcze podwładnego, Domosławskiego. I ten mocarz, przed którego „zniszczę cię” kiedyś salony drżały, mógł tak sobie popluć, bez nazwiska, ale nie mógł wydaniu książki i jej sukcesowi zapobiec, ani nawet skutecznie zaszkodzić jej autorowi. To miara tego, że Adam Michnik po aferze Rywina jest człowiekiem, który nic nie może. Jakiś gówniarz, bo tak pewnie o mnie myśli, sprzedaje kilkadziesiąt tysięcy egzemplarzy książki niweczącej mit wielkiego Adama Michnika, i nic, obiecana śmierć cywilna jakoś mnie nie dotyka... Smutne. Ale to, co sobie prywatnie o nim myślę oczywiście nie zmienia sytuacji procesowej. Dostałem pozew kuriozalny, pełen obelg i złośliwości, absolutnie niestosownych w piśmie procesowym. Jestem przekonany, że pisał to sam Michnik...

 

...ten styl?

Ten. Pozew wyraźnie rozpada się na dwa poziomy. Jeden to jakby wstępniak z "Wyborczej", czy nawet miejscami „Nie”, drugi to wywód prawniczy. A w tych fragmentach prawniczych Adam Michnik występuje jako "powódka". Widać, jak do furiackiego ataku na „podającego się za dziennikarza” Ziemkiewicza ktoś metodą "wytnij, wklej" wsadzał prawnicze formułki z innego pozwu i nawet nie pofatygował się, by uzgodnić formę gramatyczną! Jeżeli dostaję pismo tak kompromitujące, to "sorry Gregory", ale nie mogę nie wykorzystać broni, którą atakujący sam wkłada mi do ręki.

 

Będzie Pan miał proces za sformułowanie zawarte w felietonie: "Adam Michnik terroryzuje swoich przeciwników pozwami sądowymi". Dlaczego uzdolniony, kompletny publicysta Adam Michnik nie odwinie się Panu na łamach wpływowej wciąż gazety? Z lenistwa?

Odpowiedź jest banalna: nie jest w stanie, bo nie ma żadnego godziwego argumentu na swoją obronę. I to musi być jego piekłem na ziemi, karą Bożą za to, co robił po roku '89. Gdyby ten dawny Michnik - o którym wszyscy znający go wtedy ludzie, opowiadali jaki był ideowy – jakimś cudem spotkał tego dzisiejszego, pewnie splunąłby mu pod nogi, jeśli nie w twarz. Facet, który był rzecznikiem pokrzywdzonych, stał się kukiełką w ręku możnych, oligarchów, ochroniarzem wyjątkowo parszywego systemu uprzywilejowującego jednych, a niszczącego drugich. I nie ma takiej ilości alkoholu, za pomocą którego można by tego robaka zalać i wyrzuty sumienia w sobie zgasić. Stąd te furiackie szarże jakich dopuszcza się przy użyciu sądów. Bo jak w uczciwej polemice mógłby mi udowodnić, że nie mam racji? Ja mówię, że dwa plus dwa jest cztery, a on z wyżyn moralisty, mesjasza wolności, usiłuje wszystkim wmówić, że pięć, że Bolek nie był Bolkiem, Jaruzelski nic nie wiedział o „nieznanych sprawcach” czy „oddziale Y”, i w ogóle, że czarne jest białe.

 

Uświadomić lemingom, że są lemingami. To jedyna nadzieja na zmianę polskiej rzeczywistości?

Po ostatnich dyskusjach zaczynam nie lubić tego określenia, bo ono dziwnie zmieniło znaczenie. To było żartobliwe odwołanie do zwierzątek, które słyną z tego, że bezmyślnie podążają za przywódcą stada, nawet jak prowadzi je w przepaść, bo żaden leming nie wpadnie na pomysł, by zawrócić. Trochę podobna sytuacja jak w słynnej balladzie Wysockiego "Obława": wilki zostały otoczone czerwonymi szmatami, a że od dzieciństwa im wpojono, że nie wolno przeskoczyć tych czerwonych fladr, jak to się fachowo nazywa, idą na rzeź. A teraz słowo leming staje się określeniem pogardliwym, od czego jestem jak najdalszy. Na ludzi nazywanych lemingami musimy patrzeć tak jak XIX-wieczni inteligenci patrzyli na pozbawionego świadomości narodowej kmiota. Żeromski opisywał jak ciemny chłop obdziera powstańca nie po to, by się nad tym chłopem pastwić, gardzić nim jako głupim bydłem czy nie-Polakiem, tylko by pokazać, że nie odzyskamy niepodległości, dopóki z tych chłopów nie zrobimy Polaków. I to w działalności politycznej i socjaliści, i endecy, i ludowcy realizowali.

 

Zadanie z lemingami jest chyba podobne?

Myślę, że tak. Zygmunt Baliński, współtowarzysz Dmowskiego w Lidze Narodowej, mówił, że trzeba "spolityzować masy". Zadaniem prawicy jest dziś spolityzowanie lemingów, sprawienie, by przestały być polactwem - ludźmi, którzy są Polakami z obyczaju, języka, ale nie mają świadomości wspólnego interesu polskiego - a zrobienie z nich Polaków, którzy są „zorganizowanym narodem”. To dla myśli Dmowskiego kluczowe pojęcie. Zorganizowanym narodem, który jest świadomy własnych interesów i tworzy wspólnotę nie tylko kulturową, ale i polityczną. W starej publicystyce endeckiej, która mnie inspiruje, ujmuje się to rozróżnieniem pomiędzy narodem a żywiołem. Żywiołem są ludzie, których łączy kultura, ale nie funkcjonują jako wspólnota polityczna. Naród pojawia się w momencie, kiedy do wspólnego obyczaju dochodzą interesy polityczne. Wkurza mnie, kiedy polskość definiuje się na poziomie choinki w Wigilię i święconki na Wielkanoc, a zapomina o najważniejszym, o interesie narodowym.

 

Cały wywiad można przeczytać w najbliższym wydaniu „Tygodnika Solidarność” w poniedziałek.

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...