„Jak długo jeszcze będziesz Katylino nadużywał cierpliwości naszej” – grzmiał w senacie rzymskim Cyceron pytając jak daleko może posunąć się polityczna bezczelność. Mam wrażenie, że rządy PO pokazują, że, w każdym razie w III RP, nie ma ona granic.

Jeszcze przy aferze hazardowej czy bezpośrednio po katastrofie smoleńskiej można było sądzić, że premier i jego otoczenie dziwią się, że tak wiele uchodzi im na sucho. Potem przyzwyczaili się.
Czytam rewelacje Piotra Zaremby o tym, że Tusk skarżył się niemieckiej kanclerz na działania „Dziennika”, który był własnością Springera. Abstrahując od efektów tych żalów (a obserwując zmianę linii gazety można domniemywać, że były one wymierne) nawet przy elementarnych standardach taka informacja musiałaby wstrząsnąć światem mediów, których zadaniem winno być wyświetlenie czy rzeczywiście wydarzenie takie miało miejsce.
U nas jedyną reakcją są groźby wobec Zaremby ze strony wyrobnika „GW”.


„wGospodarce” opisuje aferę „Projektu Chopin”. Ciekawych odsyłam do siostrzanego portalu. Chodzi o sprzedaż – w tajemnicy – spółki należącej do PKO SA po radykalnie zaniżonej cenie włoskiemu koncernowi Pirelli, co umożliwia mu długotrwały drenaż funduszów formalnie polskiego banku. Operację przeprowadził Jan Krzysztof Bielecki najbliższy współpracownik premiera Tuska. Sprawa nie uzyskuje rozgłosu.


W ostatnim „Uważam Rze” szokuje bardzo spokojny w tonie artykuł prof. chemii UW, Leszka Z. Stolarczyka. Autor jest sygnatariuszem apelu naukowców polskich, którzy proponują całemu środowisku bezstronne zbadanie katastrofy smoleńskiej. Wychodzą z założenia, że raport komisji Millera nie odpowiada na wiele pytań, w wielu sprawach udowodniono mu, co najmniej, błędy, a więc uznają, że potrzebne jest ponowne, możliwie dokładne zbadanie tej, tak istotnej w skali kraju, sprawy. W tym celu naukowcy pod przewodnictwem prof. Piotra Witakowskiego z krakowskiej AGH organizują 22 października br. w Warszawie konferencję.
Apel o udział w tym przedsięwzięciu miał zostać opublikowany z piśmie UW. Miał, ale nie został. Pierwotnie jego autorzy nie dostali wyjaśnienia dlaczego. Kiedy sprawę upublicznili uzyskali „wytłumaczenie”, że ich apel: „nie mieścił się w tematyce poruszanej na łamach pisma”.


Wezwanie do bezstronnego zbadania najbardziej znaczącej politycznie katastrofy ostatnich dekad nie może się ukazać w oficjalnym, uniwersyteckim piśmie. Czy trzeba to jeszcze komentować? Przecież ci wszyscy, którzy: „nie wierzą w teorię spiskową”, którzy sądzą, że najważniejsze rzeczy na temat Smoleńska zostały już powiedziane mieliby wówczas możliwość publicznego dowodzenia swoich racji. Jednak nie tylko odmawiają oni tego, ale wykorzystując instytucje uniwersyteckie usiłują zablokować działania naukowców, którzy nie opowiadają się po żadnej stronie politycznego sporu i chcieliby wyłącznie sprawę możliwie obiektywnie naświetlić…
Jak długo jeszcze…