Z rozbawieniem obserwuję jak ekonomiści, politycy, pracownicy ministerstw i dziennikarze, liczą koszty zmian związane z propozycjami reform, jakie zaproponował Jarosław Kaczyński podczas programowego wystąpienia 2 września. Nie dlatego bym liczenie kosztów przeróżnych reform uznawał za coś niewłaściwego – przeciwnie to sprawa podstawowa. Precyzyjne badanie skutków finansowych, społecznych i gospodarczych jakichkolwiek projektów jest niezwykle ważne.

Chodzi jednak o to, że ci, którzy wzięli teraz do ręki kalkulatory, milczeli jak zaklęci, gdy rząd lekką ręką deklarował „pożyczenie” ponad 6 mld euro Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu, podpisywał pakiet klimatyczny, który niesie gigantyczne koszty i uderzy w miejsca pracy w Polsce. Nie słyszałem krytyki uzasadnienia ustawy o przeciwdziałania przemocy w rodzinie, w której napisano wprost, że nie generuje ona żadnych kosztów dla budżetu państwa, choć angażuje w jej realizację setki tysięcy nowych osób (np. wszystkich nauczycieli i lekarzy).

Gdzie byli liczący, gdy budowaliśmy najdroższe stadiony na Euro, a na naszą prezydencję w UE wydawaliśmy krocie?